Wiedziała, że zmarnowała czas. Z początku myślała, że, pokazując jej to miejsce, dawał powód większej zażyłości, ale jego stanowisko zupełnie się nie zmieniło. Zreferowała całą sprawę, a on nic nie zrobił, tylko jej wysłuchał.
— Nie powinnam była cię trudzić — powiedziała.
— Antoinette, posłuchaj mnie. Lubię cię bardziej, niż zdajesz sobie sprawę. Zawsze traktowałaś mnie uprzejmie i ze współczuciem. Dlatego właśnie zależy mi na tobie i chcę, abyś przeżyła.
Spojrzała mu w oczy.
— Więc co z tego, Johnie?
— Możesz odlecieć. Ciągle jest czas, ale niewiele.
— Dzięki — odparła. — Ale jeśli nie masz nic przeciwko temu, zostanę, żeby się przejechać.
— Z jakiejś konkretnej przyczyny?
— Taa — odpowiedziała, rozglądając się wokół. — To chyba je dyny przyzwoity statek w mieście.
Scorpio chodził po promie. Przełączył prawie wszystkie powierzchnie kadłuba na stan przezroczystości, z wyjątkiem pasa podłogi i części, w której czekali Valensin i Khouri z dzieckiem. Kiedy zgasił wszystkie światła prócz tych niezbędnych, widział świat zewnętrzny prawie tak, jakby unosił się w wieczornym powietrzu.
Z zapadnięciem nocy stało się jasne, że bitwa w kosmosie toczy się już bardzo blisko Araratu. Obłoki rozproszyły się, może na skutek nadmiernej energii zrzucanej w górne partie atmosfery. Meldunki o obiektach spadających z nieba nadchodziły zbyt szybko, by je opracować. Ogniste smugi przelatywały co kilka minut od horyzontu do horyzontu, kiedy niezidentyfikowane obiekty — statki, pociski i rzeczy, dla których koloniści nie mieli nazwy — wcinały się głęboko w przestrzeń powietrzną. Czasami leciały ich całe salwy, czasami obiekty poruszały się w bardzo zwartym szyku. Trajektorie w niesamowity sposób zakręcały, czasami o sto osiemdziesiąt stopni. Było jasne, że główni przeciwnicy w tej bitwie wykorzystują maszynerię dławiącą bezwładność z beztroską, która Scorpia zaskakiwała. Aura już powiedziała im o tym poprzez swoją matkę. Najwyraźniej przyswojona obca technika była nieco bardziej kontrolowana niż wtedy, gdy Clavain i Skade testowali ją podczas długiego pościgu z przestrzeni Yellowstone do Resurgamu. Nadal jednak niektórzy ludzie opowiadali przerażające historie o przypadkach, gdy ta technika zadziałała nieprawidłowo. Maszyneria dławiąca bezwładność potrafiła robić ohydne rzeczy zarówno z ciałem, jak i umysłem. Jeśli teraz stosowali ją jako rutynową broń — po prostu jako jeszcze jedną zabawkę w piaskownicy — to Scorpio wzdragał się na myśl o tym, co obecnie uważane jest za niebezpieczne i najbardziej nowoczesne.
Myślał przez chwilę o Antoinette, mając nadzieję, że jej rozmowy z kapitanem przyniosą jakiś skutek. Nie sądził, że uda jej się skłonić kapitana do zmiany decyzji, skoro już ją podjął, ale nadal nie było jasne, czy rzeczywiście zamierza odlecieć. Może zastartowanie silników napędu hybrydowskiego miało po prostu go upewnić, że są w dobrej kondycji, na wypadek, gdyby okazały się potrzebne kiedyś w przyszłości. Nie musiało to wcale znaczyć, że statek ma zamiar wystartować w ciągu następnych kilku godzin. Taki życzeniowy optymizm był Scorpiowi obcy, a w Chasm City był mu nawet całkowicie nieznany. W sercu był pesymistą. Może właśnie dlatego źle mu szło planowanie, nawet na kilka dni naprzód.
Ale tym razem Scorpio miał nadzieję — wbrew wielu oznakom świadczącym o czymś innym — że statek zamierza pozostać na Araracie. Coś musiało być z nim źle, że zaczął myśleć w ten sposób. Coś musiało go nurtować. I nie trzeba było tego daleko szukać.
Zaledwie kilka godzin wcześniej przełamał dwadzieścia trzy lata narzuconej sobie dyscypliny. W obecności Clavaina czynił wszelkie wysiłki, by dorównać standardom starca. Przez lata nienawidził ludzi z linii głównej za to, co mu zrobili podczas jego niewolniczej służby. Za to, że był komicznym połączeniem człowieka i świni, które miało wszystkie wady obu ras i żadnej zalety. Nie mógł chodzić tak dobrze jak człowiek. Nie mógł trzymać przedmiotów tak jak ludzie. Nie widział ani nie słyszał tak dobrze jak oni i brakowało mu zdolności abstrakcyjnego myślenia. Kiedy słuchał muzyki, słyszał tylko złożone następstwo dźwięków, nie wywołujące żadnych emocji. Według optymistycznych ocen długość jego życia wynosiła dwie trzecie długości życia człowieka pozbawionego terapii długowieczności i modyfikacji w okresie zarodkowym. I — jak mówili niektórzy ludzie, kiedy im się wydawało, że ich nie słyszy — świnie nawet nie smakowały w sposób zamierzony przez naturę.
To bolało. To naprawdę cholernie bolało.
Ale ośmielił się myśleć, że pozostawił te wszystkie urazy za sobą. Albo jeśli nie za sobą, to przynajmniej w małym zapieczętowanym przedziale umysłu, który otwierał jedynie w czasach kryzysu.
I nawet wtedy trzymał swoją urazę pod kontrolą, wykorzystywał ją tylko po to, by dawała mu siłę i zdecydowanie. Dzięki temu był lepszy, niż wszyscy oczekiwali. Znajdował w sobie takie cechy przywódcy, o jakie nigdy siebie nie podejrzewał. Chciał pokazać, do czego jest zdolna świnia. Że świnia może być takim samym mężem stanu jak Clavain, tak samo przewidującym i rozsądnym tak samo okrutnym i łagodnym.
I przez dwadzieścia trzy lata to działało. Uraza czyniła go lepszym. Ale teraz uświadomił sobie, że w ciągu tych wszystkich lat był tylko cieniem Clavaina. Nawet kiedy Clavain odszedł na wyspę, tak naprawdę nie zrzekł się władzy.
Tylko że teraz Clavaina nie było, a on zawiódł już po kilkudziesięciu godzinach swego prawdziwego przywództwa. Ostro zaatakował Hallata, człowieka, który w tamtej chwili gniewu uosabiał wszystkich ludzi linii podstawowej. Wiedział, że to Blood rzucił nóż, ale jego własna ręka też sięgała po nóż. Blood był wyrazicielem jego zamiarów.
Tak naprawdę nigdy nie lubił Hallata. Mężczyzna był skompromitowany współpracą z totalitarnym rządem na Resurgamie. Nic mu nie udowodniono, ale było bardziej niż prawdopodobne, że Hallat wiedział o biciu, śledztwach i usankcjonowanych przez państwo egzekucjach. Ale Hallat uczynił także wiele dobrego w ostatnich dniach ewakuacji. Ludzie, których Scorpio oceniał jako rozsądnych i godnych zaufania, byli gotowi świadczyć na jego korzyść. Zresztą jeśli przyjrzeć się bliżej, w życiu osobistym niemal wszystkich przybyszy z Resurgamu było coś tragicznego. Spośród stu sześćdziesięciu tysięcy ewakuowanych na Ararat ze starego świata bardzo niewielu nie miało żadnych powiązań z rządem. W państwie takim jak Resurgam machina rządowa nie dawała ludziom spokoju. Nie mogłeś jeść, spać ani oddychać, żeby w jakimś małym stopniu nie przyczynić się do jej funkcjonowania.
Tak więc nie lubił Hallata. Ale Hallat nie był potworem i w chwili wściekłości uderzył zasadniczo przyzwoitego człowieka, którego akurat nie lubił. Hallat wyprowadził go z równowagi swym zrozumiałym sceptycyzmem w sprawie Aury, a Scorpio pozwolił, by to go dotknęło. Uderzył Hallata, ale mógłby zaatakować kogokolwiek innego. Mógłby to być ktoś, kogo naprawdę lubił, jak Antoinette, Xavier Liu czy jakiś inny ludzki starszy.
Co gorsza, kiedy wściekłość mu przeszła i groza tego, co zrobił, zaczęła do niego docierać, spodziewał się buntu, a przynajmniej otwartego zakwestionowania jego zdolności przywódczych.
Ale nic nie nastąpiło. Wszyscy jakby przymknęli oko na to, co zrobił, akceptując ten jego błysk szaleństwa. Był świnią, a u świń trzeba tolerować takie rzeczy.
Był pewien, że właśnie tak pomyśleli. Wszyscy. Być może nawet Blood.
Hallat przeżył. Nóż nie tknął głównych organów. Scorpio nie wiedział, czy przypisać to spektakularnej dokładności Blooda, czy też jego spektakularnej niedokładności.