Выбрать главу

Nie chciał tego wiedzieć.

Jak się okazało, wszyscy inni też nie bardzo lubili Hallata. Jego dni jako starszego kolonii już minęły, a wyznanie nieufności do Khouri także mu nie pomogło. Jednak mimo że okoliczności jego odejścia będą trzymane w tajemnicy, coś nieuchronnie przecieknie i imię Scorpia z pewnością pojawi się w tych opowieściach o przemocy.

Trudno. W przeszłości krążyły podobne pogłoski i nie wyrządziły mu żadnej krzywdy.

Ale tamte gwałtowne epizody były usprawiedliwione. Nie były powodowane nienawiścią, nie były próbami szukania zadośćuczynienia za grzechy popełnione przez starszych ludzkości przeciwko Scorpiowi i jego rodzajowi. Były niezbędnymi gestami. Ale to, co zrobił Hallatowi, miało charakter osobisty i w ogóle nie miało nic wspólnego z bezpieczeństwem planety.

Zawiódł siebie i zawiódł również Ararat.

— Scorp? Wszystko w porządku?

To była Khouri, siedząca w przyciemnionej części promu. Serwitory Valensina cały czas monitorowały inkubator Aury, ale Khouri także czuwała. Raz czy dwa usłyszał, jak łagodnie mówi do dziecka, a nawet mu śpiewa. Wydawało się to dziwne, biorąc pod uwagę, że były związane ze sobą na poziomie neuralnym.

— Czuję się doskonale.

— Wydajesz się czymś zaabsorbowany. Czy myślisz o wydarzeniach we wnętrzu góry lodowej?

Jej uwaga zaskoczyła go. Na ogół wyraz jego twarzy był kompletnie nieczytelny dla obcych.

— Cóż, jest ta niewielka sprawa z wojną, w którą zostaliśmy wplątani, i fakt, że nie jestem pewien, czy ktoś z nas dożyje do przyszłego tygodnia, ale poza tym…

— Wszyscy niepokoimy się wojną — przerwała mu — ale w twoim przypadku jest coś jeszcze. Nie widziałam tego, zanim wyruszyliśmy po Aurę.

Kazał promowi utworzyć obok niej fotel o wysokości odpowiedniej dla świni i usiadł. Zauważył, że Valensin drzemie, w regularnych odstępach czasu podrywając głowę. Wszyscy byli wyczerpani, funkcjonowali na granicy wytrzymałości.

— Jestem zaskoczony, że chcesz ze mną mówić — powiedział.

— Dlaczego miałabym nie chcieć?

— Z powodu tego, o co mnie prosiłaś, a ja ci odmówiłem. — Na wypadek, gdyby nie wiedziała, o czym mówi, wskazał na Aurę. — Myślałem, że nienawidzisz mnie za to. Miałabyś do tego prawo.

— Owszem, to mi się nie podobało.

— Więc cóż…

— Ale to nie ty, Scorp, przeszkodziłeś mi w zabraniu jej do wnętrza mojego ciała. To sytuacja, kłopoty, które mieliśmy. Ty po prostu działałeś w jedyny sposób, który wydał ci się sensowny. Nie pogodziłam się jeszcze z tym, ale nie dręcz się, dobrze? To wojna. Uczucia bywają zranione. Poradzę sobie. Nadal mam swą córkę.

— Jest piękna. — Scorpio tak nie myślał, ale wydawało mu się, że w tych okolicznościach trzeba tak powiedzieć.

— Naprawdę?

Spojrzał na pomarszczone różowoczerwone dziecko.

— Naprawdę.

— Martwiłam się, że będziesz ją nienawidził, Scorp, ze względu na to, ile nas kosztowała.

— Clavain by jej nie nienawidził — odparł. — Mnie to wystarczy.

— Dziękuję, Scorp.

Siedzieli minutę w milczeniu. Nad nimi, widoczny przez przezroczysty kadłub, trwał pokaz świetlny. Jakaś broń lub urządzenie w kosmosie wokół Araratu bazgrało linie na niebie. Były tam łuki, kąty i linie proste, a każdy znak trwał przez kilka sekund, zanim zapadł się w fioletowoczarne tło. W tych liniach jest coś dręczącego, pomyślał Scorpio, dają poczucie, że mają jakieś znaczenie, które mógłbym odczytać, gdybym miał sprawniejszy umysł.

— Jest coś jeszcze — rzekł cicho.

— Dotyczącego Aury?

— Nie, w gruncie rzeczy dotyczy mnie. Nie było cię tam, ale dzisiaj zraniłem człowieka.

Scorpio spojrzał na swe małe jak dla dziecka buty. Nieco pomylił się, zadając wysokość fotela, więc niezupełnie sięgały do podłogi.

— Jestem pewna, że miałeś swoje powody — odparła.

— W tym właśnie problem, że nie miałem. Zraniłem go w na padzie furii. Coś we mnie pękło. Przez dwadzieścia trzy lata mylnie sądziłem, że to kontroluję.

— Wszyscy miewamy podobne dni.

— Ja próbowałem nie mieć. Przez dwadzieścia trzy lata próbo wałem nie popełnić takiej pomyłki. A dzisiaj mi się nie udało. Dzisiaj to wszystko w jednej chwili słabości odrzuciłem.

Nic nie odpowiedziała. Wziął to za pozwolenie, aby mówił dalej.

— Kiedyś nienawidziłem ludzi. Sądziłem, że mam wystarczające powody.

Scorpio rozpiął skórzaną kurtkę, odsłaniając prawe ramię. Trzy dekady starzenia się — nie wspominając o późniejszym nałożeniu się świeższych ran — sprawiły, że blizna była teraz mniej widoczna. Mimo to zmusiła Khouri do odwrócenia na chwilę wzroku. Potem popatrzyła na nią bez mrugnięcia okiem.

— Oni ci to zrobili?

— Nie, to ja sam sobie zrobiłem laserem.

— Nie rozumiem.

— Wypalałem coś innego. — Pociągnął palcem po brzegu blizny. — Był tutaj tatuaż, zielony skorpion. To był znak właściciela. Z początku myślałem, że to zaszczytny znak, coś, z czego trzeba być dumnym.

— Przykro mi, Scorp.

— Nienawidziłem ich za to, czym byłem. Ale odpłaciłem im, Ana. Bóg mi świadkiem, że im odpłaciłem.

Zaczął z powrotem zapinać kurtkę. Khouri pochyliła się i pomogła mu. Zapięcia były duże, zaprojektowane dla niezgrabnych palców.

— Miałeś wszelkie prawo — powiedziała.

— Myślałem, że przez to przeszedłem. Myślałem, że wyrzuciłem to ze swego systemu.

Pokręciła głową.

— Tak się nigdy nie stanie, Scorpio. Wierz mi, nigdy nie po zbędziesz się tej wściekłości. Tego, co mi się zdarzyło, nie można porównać z tym, co zrobili tobie, ale wiem, co znaczy nienawidzić coś, czego nigdy nie zdołasz zniszczyć, co stale jest poza twoim zasięgiem. Odebrali mi męża, Scorp. Pozbawieni twarzy wojskowi urzędnicy oderwali go ode mnie.

— Nie żyje?

— Nie. Po prostu jest poza zasięgiem, dzieli nas trzydziestoletnia przeprawa statkiem gwiezdnym. To naprawdę tak, jakby nie żył.

— Mylisz się. To równie złe jak to, co mnie zrobili.

— Może. Nie wiem. Nie do mnie należy robienie takich po równań. Ale wiem jedno: próbowałam wybaczyć i zapomnieć. Zaakceptowałam fakt, że nigdy już nie zobaczę Fazila. Nawet pogodziłam się z tym, że Fazil już prawdopodobnie od dawna nie żyje. Mam córkę z innym człowiekiem. Przypuszczam, że trzeba to traktować jako pójście naprzód.

Wiedział, że ojciec jej dziecka również nie żyje, ale z tonu jej głosu, gdy o nim mówiła, wcale to nie wynikało.

— To nie pójście naprzód, Ana. To po prostu utrzymywanie się przy życiu.

— Wiedziałam, że to zrozumiesz, Scorp. Ale również rozumiesz to, co mówię o zapominaniu i wybaczaniu, prawda?

— Że to niemożliwe — odparł.

— Nawet za milion lat. Gdyby jeden z tych ludzi wszedł do tego pokoju — jeden z tych durniów, którzy spaskudzili mi życie przez chwilę nieuwagi — sądzę, że nie byłabym w stanie się po wstrzymać. Chcę powiedzieć, że wściekłość nie odchodzi. Maleje, ale podsycamy ją jak małe ognisko, któremu nigdy nie dajemy zgasnąć. To nas napędza, Scorp.

— Jednak zawiodłem.

— Nie, wcale nie. Doskonale nad tym panowałeś przez dwadzieścia trzy lata. Dzisiaj nie wytrzymałeś. — Nagle stała się wściekła. — Do cholery, w tamtej górze lodowej przeżyłeś coś, czego nie życzyłabym żadnemu z tych urzędników, Scorp! Wiem, ile Clavain dla ciebie znaczył. Przeszedłeś przez piekło na Ziemi. Dziwne jest nie to, że raz tego nie zniosłeś, ale to, że w ogóle się trzymałeś. Naprawdę, Scorp! — Jej gniew zmienił się w nalega nie. — Musisz sobie odpuścić, człowieku. Co tam się wydarzyło? To nie była przechadzka po parku. Miałeś prawo wymierzyć parę ciosów. Okej?