Выбрать главу

— To było nieco więcej niż cios.

— Facet wyjdzie z tego?

— Tak — powiedział niechętnie. Khouri wzruszyła ramionami.

— Więc wyluzuj. Teraz ci ludzie potrzebują przywódcy, a nie kogoś, kto ma ciągle poczucie winy.

Wstał.

— Dziękuję, Ano. Dziękuję.

— Czy to pomogło, czy bardziej spieprzyłam sprawę?

— Pomogłaś mi.

— To dobrze. Ponieważ, wiesz, nie jestem najbardziej elokwentną osobą. W sercu jestem po prostu żołdakiem. Daleko od domu, z jakimiś dziwacznymi pomysłami w głowie i córką, co do której nie jestem pewna, czy ją kiedykolwiek zrozumiem. Tak naprawdę nadal jestem po prostu żołdakiem.

— Niedocenianie żołdaków nigdy nie było moją strategią — powiedział. Teraz to on miał trudności z wysłowieniem się. — Przykro mi z powodu tego, co ci się przydarzyło. Mam nadzieję, że pewnego dnia… — Rozejrzał się i zobaczył, że Vasko idzie po nieprzezroczystej linii ku niszy Aury. — Cóż, nie wiem. Po prostu coś zmniejszy tę twoją wściekłość.

— Czy to byłoby dobrze?

— Nie wiem.

Uśmiechnęła się.

— Ja też nie. Ale myślę, że obydwoje się o tym przekonamy.

— Scorpio? — zaczepił go Vasko. — Tak?

— Powinieneś to zobaczyć. Ty też, Ano.

Obudzili Valensina. Vasko zaprowadził ich do innej części promu, a potem dokonał kilku modyfikacji kadłuba, by zwiększyć widoczność nocnego nieba. Powołał do istnienia ścianki działowe i zwiększył jasność światła, by skompensować blask odbity od skrzydeł promu. Zrobił to z łatwością, jakby pracował z takimi systemami przez pół życia, a w rzeczywistości robił to tylko przez kilka dni.

Scorpio zobaczył w górze tylko te same pojawiające się i blaknące świetlne zadrapania, które widział wcześniej. Uczucie, że te światła coś znaczą, nadal go męczyło, ale zadrapania wcale nie były bardziej zrozumiałe niż przedtem.

— Nic nie widzę, Vasko.

— Będę musiał zwiększyć bezwładność świetlną kadłuba, by napisy znikały wolniej.

Scorpio nachmurzył się.

— Umiesz to zrobić?

— To łatwe. — Vasko poklepał gładką wewnętrzną powierzchnię kadłuba. — Te stare maszyny prawie niczego nie odmówią, jeśli znasz właściwy sposób pytania.

— Więc to zrób — powiedział Scorpio.

Wszyscy czworo spojrzeli w górę. Nawet Valensin był już w pełni rozbudzony, jego oczy za okularami wyglądały jak szparki.

Świetlne bazgroły zaczęły wolniej znikać. Przedtem jedynie dwa lub trzy były widoczne jednocześnie. Teraz świeciło ich kilkanaście, jasne jak obrazy wypalone na siatkówce przez zachodzące słońce.

— Mój Boże — szepnęła Khouri.

TRZYDZIEŚCI

Ararat, 2675

Na polanie wszystko się zmieniło. Niebo stało się czarne jak o północy, żadne ptaki nie przefruwały z drzewa na drzewo, a same drzewa utworzyły ciemniejszą ramę nocnego nieba, zwisając ze wszystkich stron jak nadciągające chmury burzowe. Zwierzęta umilkły, nie słychać już było szumu wodospadu. Może ten dźwięk nigdy nie był prawdziwy.

Kiedy Antoinette powróciła wzrokiem do kapitana, siedział przy stole sam. Znowu posunął się o parę lat, odtwarzając inny kawałek swej historii. Ostatni raz, kiedy go widziała w srebrnym opancerzonym skafandrze, jedno z jego ramion było mechaniczne. Teraz proces mechanizacji posunął się dalej. Z powodu skafandra trudno było orzec, jak wiele miał protez, ale jego czaszka była zupełnie łysa, a twarz pozbawiona zarostu, jeśli nie liczyć opadających po obu stronach ust wąsów. Były to te same usta, które zapamiętała: zaciśnięte, prawdopodobnie rzadko oddające się towarzyskim pogwarkom. Ale na tym podobieństwo się kończyło. W ogóle nie widziała jego oczu. Zagubiły się pod taśmą, która sięgała od jednego boku twarzy do drugiego. Spod tej perłowej taśmy błyskały soczewki urządzeń optycznych. Skórę na czaszce miał pikowaną cienkimi białymi liniami, a tuż pod nią były nieregularne płytki.

— Coś nie gra, prawda? — zapytała Antoinette.

— Spójrz w górę.

Posłuchała i natychmiast zobaczyła, że w ciągu tych kilku minut, gdy studiowała ostatnie pojawienie się kapitana, zaszły zmiany. Niebo przecinały świetlne zadrapania, jakby ktoś wykonywał w miękkiej skórze równe rzeźnickie nacięcia. Zadrapania z początku wyglądały na przypadkowe, ale potem zaczęła rozróżniać ich wzorzec.

— Johnie…

— Obserwuj dalej.

Częstotliwość zadrapań zwiększała się. Potem zaczęły migotać, aż wreszcie wydawały się czymś stałym.

Zadrapania utworzyły litery.

A litery utworzyły słowa: ODLEĆCIE TERAZ.

— Chciałem tylko, żebyś wiedziała — powiedział John Brannigan. Wtedy właśnie usłyszała dudnienie całego podłoża polany, a potem poczuła, że ciężar jej ciała wzrósł. Została wgnieciona w zgrubnie uformowane drewniane siedzenie. Nacisk był niewielki, ale właśnie takiego należało się spodziewać. Statek o masie kilku milionów ton nie skakał po prostu w kosmos. Zwłaszcza gdy przez dwadzieścia trzy lata stał w głębokiej na kilometr wodzie.

* * *

Z drugiej strony zatoki, oświetlając morze i ląd aż do horyzontu, nad Araratem wstał dzień. Z początku Vasko nie widział nic prócz góry pary, erupcji przegrzanej wody pochłaniającej najpierw dolne partie statku, a potem całą odzianą w zieleń strukturę. Niebieskobiałe światło przebijało się przez parę jak latarnia przez bibułkę. Było jaskrawe aż do bólu, mimo że widziane przez zaciemniający filtr promu. Nawet z dala od kolumny pary woda świeciła jaskrawym turkusem. Było to piękne i dziwne. Vasko nie widział niczego podobnego w ciągu dwudziestu lat swego życia.

Teraz zobaczył, że woda wokół statku wybrzusza się na wysokość wielu setek metrów. Pod wodą wyzwolono przerażającą energię, tworząc napuchłe bańki supergęstej, supergorącej plazmy.

Potem ściana wody odpłynęła od „Nostalgii za Nieskończonością” w dwóch koncentrycznych falach.

— Jak daleko fale dotrą za przylądek? — zapytał.

— Za chwilę się dowiemy — odparł Scorpio. Powierzchnia wody była pokryta sztywną zieloną biomasą.

Obserwowali, jak biomasa pęka, niezdolna do odkształcenia się dostatecznie szybko po przejściu fali. Fala rozchodziła się z szybkością setek metrów na sekundę. Za kilka chwil uderzy w niskie skały osłaniające zatokę.

Vasko odwrócił wzrok w stronę źródła fali pływowej. Statek wznosił się, jego dziób wynurzał się z góry pary tak fantastycznie gładko, że wydawało się, iż to jakiś stały element rzeźby terenu — stara zerodowana iglica lub wysokie wzgórze — wyłania się z porannej mgły.

Okazało się, że górny kilometr „Nostalgii za Nieskończonością” jest niemal wolny od biomasy żonglerów: Malinin zobaczył tylko kilka zielonych włókien nadal przymocowanych do kadłuba. Potem ukazał się następny kilometr. Linowate włókna biomasy — grubsze niż domy — ześlizgiwały się, tracąc przyczepność na przyśpieszającym pojeździe kosmicznym.

Blask stał się nie do wytrzymania. Kadłub promu pociemniał, chroniąc swych pasażerów. Teraz już cały statek wynurzył się z oceanu. Przez niemal nieprzezroczysty kadłub promu Vasko widział tylko wznoszące się powoli dwa ostre punkty świetlne.