— Nie ma już powrotu — zauważył.
— Będę za nim leciał, chyba że się nie zgodzisz — powiedział Scorpio do Khouri.
Kobieta zerknęła na córkę.
— Nic nie dostaję od Aury, Scorp, ale jestem pewna, że za tym stoi Remontoire. Zawsze powtarzał, że prześle wiadomość. Nie sądzę, byśmy mieli inne wyjście, jak tylko mu zaufać.
— Miejmy nadzieję, że to Remontoire — odparł Scorpio.
Ale było jasne, że już się zdecydował. Powiedział wszystkim, by zrobili sobie siedzenia i przygotowali się na to, co mogą zastać na orbicie Araratu. Zanim Vasko się usadowił, spostrzegł, że podłoga kadłuba jest znowu przezroczysta. Nisko w dole dojrzał Pierwszy Obóz, siatkę ulic i budynki. Zobaczył poruszające się cienie ludzi biegnących między budynkami. Potem spojrzał w kierunku zatoki. Ściana wody walnęła o barierę przylądka, tracąc wiele ze swej energii, ale nie zatrzymując się całkowicie. Z dręczącym poczuciem dystansu obserwował, jak resztki fali pływowej przekraczają zatokę, zwalniają i — po uderzeniu w podnoszące się płycizny — nabierają wysokości. Potem fala pożerała linię brzegową, w jednej chwili zmieniając jej rysunek, zalewała budynki i ulice. Powódź trwała chwilę, a potem cofnęła się, pozostawijąc za sobą gruzy i puste miejsca, skąd po prostu zniknęły całe budynki. Wielkie konchowe struktury, nieodpowiednio obciążone i zakotwiczone, pływały po powierzchni wody — morze odebrało swą własność.
W zatoce fala pływowa odbijała się od siebie, tworząc kilka mniejszych pływów, ale żaden z nich nie uczynił takich szkód jak pierwszy. Po minucie wszystko znowu się uspokoiło. Vasko oceniał jednak, że ćwierć Pierwszego Obozu po prostu przestało istnieć. Miał tylko nadzieję, że większość obywateli z tej najbardziej narażonej na szkody dzielnicy miała pierwszeństwo w czasie ewakuacji.
Blask przygasał. Starek znajdował się teraz daleko nad nimi, nabierał prędkości, wspinał się ku rozrzedzonej atmosferze i kosmosowi. Zatoka pozbawiona tego jedynego punktu orientacyjnego wydawała się nieznajoma. Vasko mieszkał tu przez całe życie, ale teraz było to obce terytorium, miejsce, które ledwie rozpoznawał. Był przekonany, że nigdy już nie poczułby się tu jak w domu. Łatwo mu było jednak z tym się pogodzić. Miał uprzywilejowaną pozycję — nie musiał wracać i odbudowywać swojego życia wśród ruin. Już wyjeżdżał, już mówił Araratowi „do widzenia”, żegnał się ze światem, który uczynił go tym, kim jest.
Rozsiadł się w swym nowo utworzonym fotelu, pozwalając, by kadłub wiercił się z dużą zażyłością wokół niego, dostosowywał się do jego kształtu. Prawie natychmiast po tym, jak się usadowił, poczuł, że prom poszedł ostro w górę.
Doścignięcie „Nostalgii za Nieskończonością” nie zajęło wiele czasu. Przypomniał sobie słowa Antoinette Bax, kiedy spytał, czy kapitan naprawdę zdoła opuścić Ararat. Odpowiedziała, że może to zrobić, ale nie będzie to szybki odlot. Jak większość statków tego rodzaju, wielki światłowiec zaprojektowano tak, by utrzymywał jeden g ciągu cały czas, aż po krawędź szybkości światła. Ale na poziomie morza ciążenie Araratu było już bliskie jednego standardowego g. Przy normalnym ciągu podróżnym statek był zdolny do balansowania wbrew tej sile, unosząc się na stałej wysokości, dlatego lądowanie nie stanowiło problemu. Trzeba było tylko pozwolić grawitacji, by zwyciężyła. Start był inny: statek musiał pokonać zarówno ciążenie, jak i opór powietrza. Istniała rezerwa mocy dla manewrów awaryjnych — dająca ciąg ponad dziesięć g — ale tę rezerwę zaprojektowano tak, by działała zaledwie przez sekundy, a nie przez wiele minut niezbędnych po to, by osiągnąć orbitę lub międzyplanetarną prędkość ucieczki. Wobec tego aby odlecieć z Araratu, silniki trzeba było obciążyć nieco ponad zwykłą granicę jednego g, dając małą nadwyżkę ciągu, ale nie aż tak, by je znacznie przeciążyć. Nadwyżka wynosiła mniej więcej jedną dziesiątą g.
Antoinette wyjaśniła, że odlot byłby wolniejszy niż start najprymitywniejszej rakiety chemicznej, wolniejszy nawet niż osławiony fajerwerk, który wyniósł pierwszego astronautę (powiedziała, że nazywał się Neal Gagarin, a Vasko jej wierzył) na orbitę. „Nostalgia za Nieskończonością” ważyła kilkadziesiąt tysięcy razy więcej niż najcięższa rakieta chemiczna. Ale stare rakiety chemiczne musiały bardzo szybko osiągnąć prędkość ucieczki, gdyż wiozły paliwo na najwyżej kilka minut ciągu, a „Nostalgia za Nieskończonością” mogła utrzymywać ciąg latami.
W miarę jak opór malał, statek szedł w górę. Zaczął nieco mocniej przyśpieszać, ale prom nadal bez trudu dotrzymywał mu kroku. Ucieczka wydawała się odbywać jak w sennym marzeniu. Kiedy Vasko uznał, że prawdopodobnie przez najbliższe kilka minut nic się nie będzie działo, opuścił swą niszę i poszedł na przód promu. Scorpio i pilot siedzieli w fotelach sterowniczych.
— Były jakieś przekazy z „Nieskończoności”? — spytał.
— Nic — odparł pilot.
— Mam nadzieję, że z Antoinette wszystko w porządku. — Za raz potem przypomniał sobie innych ludzi — według ostatniego rachunku czternaście tysięcy — których do tej pory załadowano na statek.
— Da sobie radę — powiedział Scorpio.
— Chyba za kilka minut dowiemy się, czy to przesłanie na prawdę było od Remontoire’a. Niepokoisz się?
— Nie — odpowiedział Scorpio. — A wiesz, dlaczego? Ponieważ ani ty, ani ja czy ktokolwiek inny nie możemy nic z tym zrobić. Nie możemy powstrzymać statku przed wznoszeniem się i nie możemy mieć wpływu na to, co nas czeka tam na górze.
— Mamy wybór, czy lecieć za statkiem, czy nie.
Świnia popatrzył na niego zmrużonymi ze zmęczenia lub pogardy oczyma.
— Nie, mylisz się — powiedział. — To my mamy wybór, to zna czy ja i Khouri. Ale ty po prostu zabrałeś się na przejażdżkę.
Vasko pomyślał o powrocie na fotel, ale postanowił pozostać. Choć była noc, widział wyraźnie krzywiznę horyzontu Araratu. Odlatywał w kosmos. Zawsze tego pragnął, ale nigdy sobie nie wyobrażał, że to będzie tak wyglądało i że sam cel podróży będzie tak niebezpieczny. Zamiast podniecenia ucieczką czuł w żołądku napięcie.
— Zasłużyłem na prawo bycia tutaj — powiedział wystarczająco głośno, by świnia go usłyszał. — Mam swoje miejsce w przyszłości Aury.
— Jesteś bystry, Malinin, ale sytuacja cię przerasta.
— Ja też w tym uczestniczę.
— Zostałeś w to wplątany. To nie to samo.
Vasko chciał odpowiedzieć, ale w tym momencie na wszystkich displejach unoszących się wokół pilota pojawiły się zakłócenia. Poczuł szarpnięcie promu.
— Odbieram zakłócenia na wszystkich częstotliwościach komunikacyjnych — zameldował pilot. — Straciliśmy kontakt z transponderami na powierzchni i wszystkie połączenia z Pierwszym Obozem. Mamy tu mnóstwo szumów elektromagnetycznych — znacznie więcej niż zwykle — i jakieś rzeczy, których czujniki nie mogą nawet zinterpretować. Sądzę, że weszliśmy w jakąś strefę zakłóceń.
— Czy możesz nas utrzymać blisko „Nieskończoności”? — spytał Scorpio.
— Już i tak prowadzę ten pojazd ręcznie. Jeśli będę miał statek jako punkt odniesienia, chyba się nie zgubimy. Ale nic nie obiecuję.
— Wysokość?
— Sto dwadzieścia kilometrów. Jesteśmy mniej więcej w dolnych rejonach bitwy.
Widok nad nimi od chwili odlotu statku niewiele się zmienił. Świetlne zadrapania znikły, może dlatego, że Remontoire wiedział, że przesłanie zostało odebrane i że na jego podstawie podjęto decyzję. Nadal błyskały światła. Łuki i sfery rozszerzały się, od czasu do czasu jakiś obiekt ocierał się o atmosferę, ale jeśli nie liczyć faktu, że ciemność przybrała głębszy i bardziej intensywny odcień czerni, ten widok nie różnił się specjalnie od widoku z powierzchni planety.