Выбрать главу

Podeszła do nich Khouri.

— Słyszę Aurę — powiedziała. — Teraz nie śpi.

— To dobrze — odparł Scorpio.

— Jest coś jeszcze. Widzę różne rzeczy, Aura też. Myślę, że takie same rzeczy widzieliśmy razem z Clavainem, zanim sytuacja stała się naprawdę poważna: przecieki z wojny.

— Musimy być blisko — stwierdził Vasko. — Wilki chyba blokują te sygnały, by powstrzymać Remontoire’a przed wysłaniem wiadomości. Teraz, kiedy podeszliśmy blisko, nie mogą ich wszystkich zatrzymać.

Nagle usłyszał jakiś dźwięk — ostry, urywany, pełen bólu. Zdał sobie sprawę, że to płacz Aury.

— Nie lubi tego — wyjaśniła Khouri. — To boli.

— Nadchodzące sygnały powrotne radaru — zameldował pi lot. — Pięćdziesiąt kilometrów i odległość się zmniejsza. Nie było ich przed chwilą.

Prom mocno szarpnął, rzucając Vasko i Khouri na bok. Ściany odkształciły się, by zamortyzować uderzenie, ale mimo to Vaskowi na chwilę zabrakło powietrza.

— Co się dzieje? — spytał bez tchu.

— „Nieskończoność” wykonuje manewry unikowe. Zobaczyła te same echa radarowe. Po prostu staram się być blisko niej. — Pilot znowu spojrzał na odczyt. — Trzydzieści kilometrów. Dwa dzieścia i zwalnia. Zakłócenia się wzmagają. Nie jest dobrze, koledzy.

— Zrób wszystko, co możesz — polecił Scorpio. — Wszyscy po zostali — zabezpieczcie się. Będzie rzucało.

Vasko i Khouri wrócili tam, gdzie Valensin i jego maszyny czuwali nad Aurą. Nadal się poruszała, ale przynajmniej przestała płakać. Vasko żałował, że nie może nic zrobić, by jej pomóc, że nie ma jakiegoś sposobu, by złagodzić głosy wrzeszczące w jej głowie. Nie wyobrażał sobie, jakie to musi być dla niej straszne. To oczywiste, że Aura nie była zwykłym dzieckiem — według oceny Vaska miała już sprawność językową dwu — czy trzyletniego dziecka — ale jednak było mało prawdopodobne, że wszystkie części jej umysłu rozwijają się z tą samą szybkością. W końcu jeszcze była niemowlakiem. Gdy Vasko był dwa lata starszy od Aury, jego świat obejmował niewiele więcej niż kilka pokojów w jego domu. Wszystko inne było mgliste, nieważne.

„Nostalgia za Nieskończonością” oddaliła się od nich co najmniej na kilkadziesiąt kilometrów. Kadłub promu nadal nie był całkowicie przezroczysty, ale w oświetleniu jego silników Vasko złapał odbicia zbliżających się obiektów. One nie leciały, ale trzepotały, wirowały, dzieliły się i przegrupowywały, cofały i zbliżały pulsującymi falami.

Podlecieli bliżej. Teraz blask silników oświetlił tarasowate struktury. To była ta sama maszyneria, którą znaleźli na statku Skade, ta sama masa, która sięgnęła w dół z obłoków i rozerwała korwetę, ale tym razem skala była niepomiernie większa — te sześciany były prawie tak wielkie jak domy, tworzyły struktury o średnicy setek metrów. Wilcze sześciany były w ciągłym ruchu: ślizgały się po sobie, puchły i kurczyły się, większe struktury rozpraszały się z hipnotyzującą płynnością. Sześciany zbiegały prawie ze wszystkich stron i Vaskowi wydawało się, że już utworzyły skorupę zarówno wokół promu, jak i „Nostalgii za Nieskończonością”. I że skorupa się zaciska.

— Ana? — zapytał. — Widziałaś te rzeczy wcześniej, prawda? One zaatakowały twój statek. Czy to właśnie w ten sposób się zaczyna?

— Mamy kłopoty — potwierdziła.

— Co się stanie, jeśli nie zdołamy uciec?

— Wejdą do środka. — Głos miała głuchy jak pęknięty dzwon. — Wtargną na twój statek, a potem do twojej głowy. Lepiej, by to się nie wydarzyło, Vasko. Zaufaj mi.

— Ile czasu będziemy mieli, kiedy dotrą do statku?

— Sekundy, jeśli mamy szczęście. Może nawet mniej. — Potem rzuciła się w konwulsjach, uderzając ciałem w barierę ochronną, którą statek wzniósł wokół niej. Zamknęła oczy, potem je otwarła; źrenice były zwrócone na sufit, białka jasne i przerażające.

— Zabij mnie. Teraz. — Ana?

— Aura — powiedziała. — Zabij mnie. Zabij nas obie. Teraz.

— Nie — odparł. Spojrzał na Valensina, spodziewając się jakiegoś wyjaśnienia.

— Nie zrobię tego — oświadczył doktor, kręcąc głową. — Bez względu na to, co ona chce. Nie odbiorę im życia.

— Posłuchajcie — nalegała. — To, co wiem, jest zbyt ważne. Nie mogą tego odkryć. Przeczytają nasze mózgi. Nie mogę na to pozwolić. Zabijcie nas teraz.

— Nie zrobię tego. Nie teraz. Nigdy — odpowiedział Vasko. Serwitory Valensina przysunęły się do inkubatora, szczękając wielostawowymi kończynami. Jedna z maszyn wysunęła manipulator w stronę inkubatora i schwyciła go, próbując wyciągnąć wylęgarkę z niszy.

Vasko skoczył i oderwał maszynę od dziecka. Maszyna była lżejsza, niż się wydawała, ale o wiele silniejsza, niż myślał. Mnogie kończyny młóciły go, twardy, zaopatrzony w stawy metal kaleczył skórę.

— Valensin! Zrób coś! — krzyknął.

— Nie kontroluję ich — odpowiedział spokojnie lekarz. Vasko wciągnął brzuch, próbując w ten sposób uniknąć ataku manipulatora zakończonego ostrzem. Ale nie był wystarczająco szybki. Poczuł przez ubranie zimno, które świadczyło o tym, że został ranny. Cofnął się, uderzył o ścianę i kopnął szeroką podstawę serwitora. Maszyna przewróciła się, grzechocząc; bijące kończyny zaplątały się, noże krzesały iskry.

Ale już nadchodził Scorpio. Coś pobłyskiwało mu w dłoni: brzęcząca plama metalu w kształcie noża. Tymczasem serwitory rozplatały się i jeden, nadal stojący, zaczął majstrować przy podstawie inkubatora, próbując go otworzyć siłą. Scorpio warknął i wsunął nóż w pancerz maszyny. Usłyszeli syczenie spiętych na krótko obwodów, potem warkot uszkodzonych mechanizmów. Nóż zawył i wyrwał się z dłoni Scorpia, uderzając w podłogę, gdzie nadal brzęczał i warkotał.

Serwitor zepsuł się. Pozostał na miejscu, z nadal wyciągniętymi, ale już nieruchomymi kończynami.

Scorpio ukląkł, podniósł swój piezonóż, uspokoił ostrze i schował go do pochwy.

A tymczasem na zewnątrz promu ściana maszynerii Inhibitorów wydawała się w zasięgu ręki. Ostrza niebieskoróżowych błyskawic migotały i tańczyły między jej rozmaitymi częściami.

— Czy ktoś raczy mnie poinformować, co się tu właśnie wy darzyło? — warknął Scorpio.

— Aura — powiedział Vasko. Wytarł zakrwawioną dłoń o nogawkę. — Aura chciała zmusić serwitory, by ją zabiły. — Ciężko dyszał, wyrzucając słowa między nieregularnymi haustami powierza. — Próbowała popełnić samobójstwo. Nie chce, by sześciany ją dopadły, kiedy nadal żyje.

Khouri kaszlnęła.

— Zabij mnie, Scorp. Nie jest jeszcze za późno. Musisz to zrobić.

— Po tym wszystkim, co przeszliśmy?

— Musisz lecieć na Helę — powiedziała. — Znaleźć Quaiche’a. Negocjować z cieniami. Oni będą wiedzieli.

— Gówno — burknął Scorpio.

Vasko patrzył, jak świnia jeszcze raz wyjmuje nóż z pochwy i gapi się na nieruchome ostrze z odrazą. Czyżby naprawdę chciał go wykorzystać, czy też po prostu pomyślał o wyrzuceniu noża, zanim okoliczności sprawią, że będzie musiał go zwrócić przeciwko osobom, na których mu zależy?

Wbrew poczuciu, że uchodzą z niego siły, Vasko złapał świnię za rękaw.

— Nie — powiedział. — Nie rób tego. Nie zabijaj ich.

Twarz świni wyrażała coś znacznie gorszego niż wściekłość. Vasko go trzymał i Scorpio nie mógł aktywować noża jedną dłonią; jego budowa anatomiczna na to nie pozwalała.