— Mylisz, że nie wiem, ile nas kosztowała?
Vasko pokręcił głową. Nie miał pojęcia, co mógłby powiedzieć. Siły niemal go opuściły. Nie przypuszczał, by został poważnie zraniony, ale czuł się rozpaczliwie zmęczony.
Scorpio próbował z nim walczyć, stojąc twarzą w twarz. Świnia był silniejszy — Vasko był tego pewien — ale on sam miał przewagę w postaci lepszego chwytu i większej zręczności.
— Rzuć nóż, Scorp.
— Zabiję cię, Malinin.
— Poczekajcie — powiedział łagodnie Valensin. Zdjął okulary i wycierał je o brzeg kurtki. — Poczekajcie obydwaj. Sądzę, że powinniście wyjrzeć na zewnątrz.
Nadal zmagając się o panowanie nad nożem, zrobili tak, jak sugerował.
Coś się działo, coś, czego kompletnie nie zauważyli w gorączce walki. „Nostalgia za Nieskończonością” zaczęła się bronić. Z kadłuba wynurzyła się broń. Vasko zorientował się, że to nie jest ani broń kazamatowa, ani poważne uzbrojenie Hybrydowców, które statek krył głęboko w swym wnętrzu. To było uzbrojenie konwencjonalne, które miał przez prawie cały okres swego funkcjonowania, przeznaczone głównie do onieśmielania i ostrzegania potencjalnych rywali lub piratów. Ta sama broń, którą wykorzystano przeciwko kolonii na Resurgamie, kiedy ociągała się z przekazaniem Dana Sylveste’a.
Scorpio puścił na Vaska i powoli schował nóż do pochwy.
— To nie zrobi wielkiej różnicy — powiedział.
— Daje nam czas — odparł Vasko. Puścił świnię. Obydwaj patrzyli na siebie gniewnie. Vasko wiedział, że przekroczył następną granicę, za którą już nigdy nie zdoła wrócić.
Trudno. Dana Clavainovi obietnica, że będzie chronił Aurę, była poważnym zobowiązaniem.
Ogień z „Nostalgii za Nieskończonością” zamiatał wokół i dźgał zamykającą się ścianę wilczej maszynerii. Byli teraz bardzo wysoko nad Araratem i mała ilość atmosfery powodowała, że broń promieniowa — czy cokolwiek to było — była widoczna tylko przez kilkadziesiąt metrów. Vasko przypuszczał, że wielki statek po tak długim pobycie w atmosferze wypuszczał złapane powietrze z kieszeni w zagięciach i szczelinach kadłuba. Obserwował, jak ciemne kawały wilczej maszynerii oddalają się wijącym ruchem od miejsc uderzeń promieni niczym drobiny żelaza odpychane przez magnes. Promienie poruszały się szybko, ale sześciany jeszcze szybciej, prześlizgując się od punktu do punktu z prędkością przyprawiającą o zawrót głowy. Vasko ze smutkiem zdał sobie sprawę, że Scorpio miał rację. Wszystko, czego dowiedzieli się o wilkach z dotychczasowych przelotnych kontaktach, nauczyło ich, że konwencjonalna broń ludzi nie czyni im żadnych szkód. Może spowolnić zamykanie się skorupy maszynerii, lecz nic ponadto.
Może Aura miała rację. Lepiej dla niej będzie, jeśli umrze teraz, zanim maszyny wydobędą z jej głowy całą wiedzę, aż do ostatniego skrawka. Powiedziała im, że Hela jest ważna. Może nikt nie przeżyje, by wykorzystać tę wiedzę. Ale jeśli ktoś jednak przeżyje, będzie przynajmniej mógł działać, jeśli wilki nie będą znały jego zamiarów.
Spojrzał na pochwę, w której świnia trzymał nóż.
Nie. Musi być inny sposób. Jeśli zaczną mordować dzieci, by zyskać przewagę taktyczną, to równie dobrze Inhibitorzy mogą teraz wygrać wojnę.
— Wycofują się — zauważył Valensin. — Zobaczcie. Coś je rani. Nie sądzę, by to była „Nieskończoność”.
Ściana maszyn ziała nieregularnymi dziurami. Bezbarwne białe światło błyskało w rdzeniu sześciennych struktur. Fragmenty maszynerii wpadały na siebie i ginęły. Macki sześcianów biły bez celu. Błyskawice pulsowały, przybierając chore kształty. I nagle pojawiły się mknące przez powstałe luki maszyny.
Vasko rozpoznał gładkie muskularne linie pojazdów kosmicznych, podobnych do ich promu.
— Remontoire — wyszeptała Khouri.
Za postrzępioną skorupą maszynerii Inhibitorów Vasko zobaczył fragmenty bitwy: musiała obejmować wiele sekund świetlnych przestrzeni wokół Araratu. Widział przerażające erupcje światła, rozbłyski, które rosły i zanikały w zwolnionym tempie. Zobaczył fioletowoczarne sfery, które były widoczne jedynie wtedy, gdy pojawiały się na jakimś jaśniejszym tle, a po kilku sekundach raptownie znikały.
Vasko zemdlał. Kiedy przyszedł do siebie, Valensin oglądał jego ranę.
— Jest czysta i niebyt głęboka, ale trzeba będzie ją leczyć — stwierdził.
— Ale nie jest poważna, prawda?
— Nie. Nie sądzę, by Aura naprawdę chciała cię zranić. Vasko czuł, jak napięcie znika. Potem uświadomił sobie, że Scorpio powiedział bardzo mało od czasu przepychanki z nożem.
— Scorp, nie możemy tak po prostu jej zabić.
— Łatwo teraz mówić. Liczy się to, czego od nas chciała. Valensin musnął jego ranę czymś szczypiącym. Vasko ostro wciągnął powietrze.
— Co chciała powiedzieć, kiedy się odezwała? Mówiła coś o cieniach.
Mimo że Scorpio wydawał się obecnie bardzo spokojny, Vasko nie wierzył, by świnia wybaczył mu te zmagania.
— Nic nie wiem — oznajmił Scorpio — z wyjątkiem tego, że nie bardzo mi się to podoba.
— Liczy się Hela — wtrąciła Khouri.
Westchnęła i potarła pociemniałą ze zmęczenia skórę twarzy. Vasko pomyślał, że właściwie mają teraz do czynienia raczej z Aną niż Aurą.
— A ta druga sprawa — ta z cieniami?
— Dowiemy się, gdy tam dotrzemy.
W kabinie załogi rozległo się wywołanie.
— Nadchodzący przekaz z „Nostalgii za Nieskończonością” — powiedział pilot. — Zapraszają nas na pokład.
— Kto zaprasza? — spytał Scorpio.
— Antoinette Bax. — Z… hmmm… pozdrowieniami od kapitana Johna Brannigana.
— Dla mnie to wystarczy — powiedział Scorpio.
Vasko poczuł, jak prom odwraca się ku znacznie większemu statkowi. W tym samym czasie jeden z małych opływowych statków pilotowanych przez człowieka odłączył się od swoich kolegów i towarzyszył im, czyniąc ogromne wysiłki, by ich nie wyprzedzić na drodze do światłowca.
Z podróży ku Drodze Ustawicznej w pamięci Rashmiki utkwił jeszcze jeden incydent. Było to dzień po przeprawie przez most, gdy karawana w końcu wydostała się znad rozpadliny na białe jak kość płaskie Równiny Jaraxa. Na północy rozciągały się południowe krańce Zachodnich Wyżyn Hyrrokkin, a na wschodzie — Rashmika wiedziała o tym — leżały tereny wulkaniczne Glistenheath i Ragnarok, przy czym wszystkie wulkany obecnie były w stanie uśpienia. Równiny Jaraxa były za to gładkie jak lustro i stabilne geologicznie. Nie prowadzono tu wykopalisk — ten sam proces geologiczny, który stworzył Równiny, unicestwił wszystkie relikty czmychaczy w tej części Heli — ale nadal było wiele małych wspólnot, które czerpały środki do życia z sąsiedztwa Drogi. Od czasu do czasu karawana mijała jedno z tych posępnych małych osiedli z samych namiotów bąblowych lub mknęła obok przydrożnej kapliczki upamiętniającej jakąś niedawną tragedię. Niekiedy widzieli pielgrzymów ciągnących przez lód swoje pokutnicze systemy podtrzymywania życia. Rashmice przypominali myśliwych powracających z saniami obładowanymi zapasami na zimę z jakiegoś obrazu Breughla.
Mając przed sobą szeroką i prostą drogę, karawana mogła rozwijać przez kilka godzin maksymalną szybkość, i teraz wydawało się, że wpadła w rytm. Koła się obracały, gąsienice wirowały, kończyny napędowe znikały w tym pędzie maszynerii. Haldora przesuwała się ku zenitowi, aż wreszcie — według oceny Rashmiki — nie mogli być więcej niż kilkadziesiąt kilometrów od Drogi.