Выбрать главу

Bardzo niedługo katedry staną się widoczne, a ich iglice po — szarpią linię horyzontu.

Jednak zanim zobaczyła katedry, ujrzała jakieś inne maszyny. Z początku jako kropki w dali, wyrzucające spod dudniących kół i gąsienic czyste białe pióropusze. Przez wiele minut zdawały się w ogóle nie ruszać. Rashmika zastanawiała się, czy karawana nie doścignie podobnej procesji, która przybywa na Drogę z innego miejsca na Heli. Wydawało się to rozsądną hipotezą, gdyż kiedy wydostali się z rozpadliny, ich droga złączyła się z wieloma innymi.

Nagle zorientowała się, że pojazdy pędzą im naprzeciw. Nawet ten fakt nie wydał się jej wart szczególnej uwagi, ale potem poczuła, jak karawana zwalnia i zaczyna przejeżdżać z jednej strony drogi na drugą, jakby niepewna, którą stronę drogi ma zająć. Przyprawiło to dziewczynę o mdłości. Pomieszczenie widokowe było prawie puste, ale kilkoro ludzi z obsługi karawany, których dostrzegła, również czuło się nieswojo.

Maszyny nadal zmierzały ku nim. W kilka chwil urosły do olbrzymich rozmiarów. Były większe niż którakolwiek z części karawany. Rashmika zobaczyła gąsienice i szerokie zębate koła pojazdów terenowych, a na nich brutalną maszynerię do przesuwania lodu i skał. Maszyny pomalowane na matowożółte pasy jak u osy miały obracające się latarnie ostrzegawcze. Rozpoznawała ogromnie powiększone części ciężkiego sprzętu wykopaliskowego, którego mieszkańcy jej wioski używali do wykopywania artefaktów czmychaczy.

Były tam zębate szpony i ogromne czerpaki. Były ostrza równiarek i potężne młoty uderzeniowe. Nachylone transportery taśmowe przypominały pomarszczone grzbiety dinozaurów. Obracające się wiertła tarczowe były wielkości największych kół w wagonach karawany. Nie brakowało jądrowych żagwi, laserów, boserów, ciśnieniowych przecinaków wodnych i wiertarek parowych. Były samowyładowcze leje na rudę i okratowane, zaopatrzone w kominy maszyny, których nawet nie umiała rozpoznać. Generatory, transportery sprzętowe i kabiny mieszkalne pomalowano na tę samą matową żółć.

I wszystko to toczyło się obok, zajmując całą drogę, a karawana podskakiwała w koleinach na poboczu.

Rashmika czuła się beznadziejnie upokorzona.

Później, kiedy karawana znów ruszyła, próbowała dowiedzieć się, co się stało. Pomyślała, że Pietr może wie, ale był nieosiągalny. Kwestor Jones, kiedy go odnalazła, potraktował całą sprawę jako rzecz o marginalnym znaczeniu.

— To nie była taka karawana jak nasza — zauważyła.

— Pani talent obserwacyjny jest powodem do chwały.

— Tak więc, czy mogę spytać, dokąd ona jechała?

— Powiedziałbym, że to oczywiste, biorąc pod uwagę pani za miar pracowania na Drodze Ustawicznej. To jasne, że te maszyny są częścią zespołów konserwujących Drogę. Bez wątpienia jechały usunąć blokadę lub poprawić jakąś usterkę infrastruktury.

Kwestor Jones skrzyżował ramiona, jakby temat został wyczerpany.

— A więc są związani z kościołem, prawda? Wiem, że każda brygada jest związana z określonym kościołem.

— Z pewnością.

Kwestor bębnił palcami o biurko.

— W takim razie jaki to był kościół? Obserwowałam wszystkie te maszyny i nie widziałam na nich ani jednego kościelnego symbolu.

Kwestor wzruszył ramionami — jak na gust Rashmiki nieco zbyt przesadnie.

— To ciężka praca, jak się pani wkrótce przekona. Kiedy bry gada nie ma czasu, wątpię, by malowanie wzruszających insygniów było bardzo wysoko na jej liście priorytetów.

Przypomniała sobie, że maszyny były zakurzone i wyblakłe. I na żadnej z nich nigdy nie wymalowano kościelnego symbolu — przynajmniej od czasu, kiedy pomalowano je ostatni raz.

— Jeszcze jedna sprawa, kwestorze.

— Tak — powiedział ze znużeniem.

— Kierujemy się ku Drodze, ponieważ jechaliśmy skrótem przez Otchłań Rozgrzeszenia. Przybyliśmy z północy. Wydaje mi się, że gdyby te maszyny rzeczywiście zmierzały ku blokadzie, nie jechałyby tą samą drogą co my, nawet w przeciwnym kierunku.

— Co pani sugeruje, panno Els?

— Uważam za znacznie bardziej prawdopodobne, że kierowały się zupełnie gdzie indziej. W jakieś miejsce, które nie ma nic wspólnego z Drogą.

— I to jest pani opinia oparta na wieloletnim doświadczeniu w sprawach Drogi i operacyjnych złożonościach jej konserwacji?

— Nie ma potrzeby sarkazmu, kwestorze.

Pokręcił głową i sięgnął po kompnotes w poszukiwania miejsca, którym się zajmował, kiedy mu przerwała.

— Na podstawie własnego ograniczonego doświadczenia wiem, że czeka panią jedno z dwojga, panno Els. Albo zajdzie pani bardzo daleko, albo wkrótce spotka panią przykry koniec, który będzie miał wszelkie pozory nieszczęśliwego wypadku na otwartej przestrzeni, na lodzie. Jednak jednego jestem pewien: zanim to się stanie, zdoła pani zirytować wielu ludzi.

— Wtedy przynajmniej wpłynę jakoś na bieg spraw — powie działa ze znacznie większą brawurą, niż ją czuła. I odwróciła się, by odejść.

— Panno Els.

— Kwestorze?

— Gdyby pani kiedyś zdecydowała się wrócić na jałowe wyżyny… czy mogłaby mi pani wyświadczyć pewną szczególną przysługę?

— Co takiego? — zapytała.

— Niech pani znajdzie jakiś inny środek transportu, który panią zabierze z powrotem.

TRZYDZIEŚCI JEDEN

Obok Araratu, 2675

Kiedy tylko prom siadł na kołysce dokującej i wpiął się we właściwe miejsce w hangarze przylotów, Scorpio natychmiast przeszedł przez śluzę powietrzną. Drugi statek, który im towarzyszył — o wiele mniejszy i bardziej opływowy — dostrzegał tylko jako plamę atramentu w kształcie krzemienia, jak jeden z tych przypadkowych kleksów stosowanych w badaniach psychologicznych. Po prostu spoczywał, sycząc i pachnąc mocno antyseptycznie niczym szafka z lekarstwami. Wyglądał całkowicie dwuwymiarowo, jakby wykrojony sztancą z kawałka cienkiego czarnego metalu.

Wyglądał jak coś, czym można się skaleczyć.

Milicja Sił Bezpieczeństwa już otoczyła kordonem obydwa statki. Rozpoznali prom, ale zaniepokoili się drugim przybyszem. Scorpio zwolnił większość z nich, zatrzymując pod ręką tylko kilku na wypadek, gdyby statek rzeczywiście zawierał jakąś przykrą niespodziankę.

Uniósł rękaw i powiedział do komunikatora:

— Antoinette? Jesteś gdzieś w pobliżu?

— Idę właśnie na górę, Scorp. Będę za około minutę. Czy macie naszego gościa?

— Nie jestem pewien — odparł.

Podszedł do czarnego statku. Nie był o wiele większy od kapsuły, w której wylądowała Khouri. Ocenił, że jest w nim miejsce dla jednej, maksimum dwóch osób. Postukał kłykciami w czarną powierzchnię. Była zimna w dotyku.

Ostry łuk różowego światła przełamał czarną maszynę w połowie i sekcja kadłuba odsunęła się, odsłaniając ciemne wnętrze. Jakiś mężczyzna wydostawał się z fotela akceleracyjnego i rozwiniętych wokół kontrolek. To był Remontoire, tak, jak Scorpio się spodziewał. Trochę starszy, niż go pamiętał, ale zasadniczo taki sam: bardzo chudy, bardzo wysoki, bardzo łysy, ubrany w obcisłe czarne ubranie, które podkreślało jego pajęcze cechy. Miał czaszkę szczególnego kształtu — wydłużoną niczym łza.

Scorpio pochylił się nad maszyną, by pomóc mu wyjść.

— Pan Pink, jak przypuszczam — powiedział Remontoire. Scorpio zawahał się chwilę. To nazwisko coś oznaczało, ale skojarzenie było zagrzebane gdzieś w przeszłości, pod dziesięcioleciami. Wreszcie przypomniał sobie czasy, kiedy razem z Remontoirem podróżowali incognito przez Pas Złomu i Chasm City, ścigając Clavaina, kiedy po raz pierwszy zbiegł Hybrydowcom. Pan Pink to było nazwisko, pod którym Scorpio podróżował. Jak Remontoire nazywał wtedy siebie?