— Taa — mruknęła Antoinette — ale wtedy będziemy mogli na nich rzucić więcej broni, prawda?
— Tak jest — potwierdził Remontoire — ale nie bagatelizujcie ryzyka niepowodzenia.
— Zaryzykujemy — stwierdził Scorpio.
— Czekajcie — przerwała im Khouri. Drżała, jedną ręką trzy mała inkubator na kolanach, drugą ściskała drewniany stół. — Czekajcie. Ja… Aura… — Jej oczy stały się całe białkami, mięśnie szyi naciągnęły się. — Nie. Zdecydowanie nie.
— Co nie? — spytał Scorpio.
— Nie. Nie, nie, nie. Róbcie tak, jak mówi Remontoire. Dajcie całą broń. To zrobi różnicę. Wierzcie mu.
Jej paznokcie żłobiły białe ślady na drewnie.
Vasko pochylił się naprzód i po raz pierwszy się odezwał.
— Aura może mieć słuszność.
— Mam słuszność — powiedziała Khouri.
— Powinniśmy jej słuchać — ciągnął Vasko. — Wydaje się wyrażać zupełnie jasno na ten temat.
— Skąd by wiedziała? — spytał Scorpio. — Wie pewne rzeczy, ale nikt nie mówił, że widzi przyszłość.
Starsi potaknęli jak jeden mąż.
— W tej sprawie zgadzam się ze Scorpiem — powiedziała Antoinette. — Nie możemy dać Remowi całej broni. Musimy zatrzymać trochę dla siebie. A jeśli nie uda nam się zmusić manufaktur do działania? Albo rzeczy, które wyprodukują, też nie będą działały?
— Będą działały. — Remontoire nadal był całkowicie spokojny i odprężony, choć od tych decyzji bardzo wiele zależało.
Scorpio pokręcił głową.
— To nie wystarczy. Damy ci niektóre rodzaje broni kazamatowej, ale nie wszystkie.
— Doskonale.
— Scorpio… — zaczął Vasko.
Świnia miał dosyć. To była jego kolonia, jego statek, jego kryzys. Sięgnął i zerwał gogle, przy okazji je łamiąc.
— To zdecydowane — warknął. Remontoire rozłożył szeroko palce.
— W takim razie zaczniemy przygotowania. Przyślemy holowniki transportowe, by przewieźć broń. Drugi prom przybędzie z nowymi manufakturami i pewnymi prefabrykowanymi detalami. Hybrydowcy pomogą wam w zainstalowaniu broni hipometrycznej i innych nowych technik. Czy trzeba zabrać z powierzchni jakiś dodatkowy personel?
— Tak — odparła Antoinette.
— Poważna ewakuacja nie wchodzi w rachubę — oznajmił Remontoire. — Możemy otworzyć bezpieczne przejście z powierzchni i na powierzchnię jeszcze raz, może dwa razy — to wystarczy na parę lotów promem, ale na nic więcej.
— To nam wystarczy.
— A co z resztą? — spytał jeden ze starszych.
— Mieli swoją szansę — odparł Scorpio.
Remontoire uśmiechnął się półgębkiem, jakby ktoś w kulturalnym towarzystwie popełnił faux pas.
— Nie powinno im zagrażać bezpośrednie niebezpieczeństwo. Gdyby Inhibitorzy chcieli zniszczyć biosferę Araratu, już mogliby to zrobić — oznajmił.
— Ale będą tam na dole więźniami — zauważyła Antoinette. — Wilki nigdy nie pozwolą im odlecieć.
— Ale my nadal będziemy żyć — powiedział Remontoire. — I możemy mieć szansę zredukowania wilczej obecności wokół Araratu. Jednak bez dostępu do kompletu broni kazamatowej nie możemy tego gwarantować.
— A czy moglibyście zagwarantować, gdybyście mieli całą broń? — spytał Scorpio.
Po chwili rozważań Remontoire pokręcił głową.
— Nie — oznajmił. — Nawet wtedy nie byłoby gwarancji.
Scorpio spojrzał po zgromadzonych delegatach i po raz pierwszy zdał sobie sprawę, że był wśród nich jedyną świnią. Tam, gdzie siedział kapitan, teraz pozostało jedynie puste miejsce, przyciągające uwagę wszystkich pozostałych. Kapitan nadal tam jest, pomyślał Scorpio. Nadal tam siedzi, nadal słucha. Wydawało mu się nawet, że czuje zapach oleju maszynowego.
— Więc nie będzie mnie to prześladowało po nocach — rzekł.
Antoinette przyszła po zebraniu zobaczyć się ze Scorpiem, który udał się na górę statku, by pomóc przy załatwianiu spraw ewakuowanych osób. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, ludzie tłoczyli się w brudnych, zimnych, wilgotnych, krętych korytarzach.
Szedł jednym z tych korytarzy, patrząc na przestraszone twarze i odpowiadając na pytania o plany dotyczące statku i jego pasażerów. Mówił, że się nimi zajmą, że niektórzy z nich zostaną zamrożeni, ale dołożą wszelkich starań, by proces był jak najbardziej bezbolesny i bezpieczny. Sam przez chwilę w to wierzył, ale potem dotarła do niego myśl, że widział tylko kilkaset osób spośród tysięcy znajdujących się na statku.
Spotkał Antoinette u zbiegu korytarzy, gdzie Milicja Sił Bezpieczeństwa kierowała ludzi do działających wind, aby zabrały ich do centrów obsługi usytuowanych w dole statku.
— Wszystko będzie w porządku, Scorp — powiedziała.
— Czy tak łatwo poznać, co myślę?
— Jesteś zmartwiony, jakbyś nosił na ramionach brzemię całego świata.
— Dziwne, ale mniej więcej tak się czuję.
— Dasz sobie z tym radę. Pamiętasz, jak było z Clavainem, kiedy byliśmy w Zamku Mademoisselle?
— Od tamtej pory upłynęło sporo czasu.
— Cóż, ja pamiętam, nawet jeśli ty nie. Wyglądał tak samo jak ty teraz, Scorp, jakby całe życie było ciągiem błędów mających kulminację w tej jednej chwili kompletnej katastrofy. Omal wtedy nie zwariował. Ale jednak przetrzymał. I w końcu ten ciąg błędów okazał się serią właściwych decyzji.
Uśmiechnął się.
— Dziękuję za pocieszenie, Antoinette.
— Pomyślałam tylko, że powinieneś o tym wiedzieć. Sprawy się komplikują, Scorp, i wiem, że czasami myślisz, że rządzenie to nie jest twój żywioł, jeśli łapiesz, co chcę powiedzieć. Ale się mylisz. Takiego rodzaju przywództwa teraz potrzebujemy: bez ogródek i do rzeczy. Nie jesteś politykiem, Scorp, i dzięki za to Bogu. Clavain zgodziłby się z tym, wiesz.
— Tak myślisz?
— Ja to wiem. Chciałabym tylko, żebyś nie załamał się przy nas. Nie teraz.
— Spróbuję.
Westchnęła i figlarnie uderzyła go po ramieniu.
— Chciałam tylko, żebyś to usłyszał, zanim odlecę.
— Odlecisz?
— Lecę na Ararat jednym z promów Remontoire’a. Xavier jest tam na dole.
— To będzie ryzykowne — ostrzegł ją. — Dlaczego po prostu nie pozwolisz Remontoire’owi przywieźć tu Xaviera? Już zgodził się, że przywiezie Orkę. Nie cierpię mówić tego wprost — przepraszam — ale jeśli wilki dopadną prom, stracimy tylko jedno z was.
— Ja nie wracam — wyjaśniła. — Lecę na Ararat i tam zostaję. Dopiero po chwili te słowa do niego dotarły.
— Ale przecież udało ci się stamtąd wydostać.
— Nie, Scorp, poleciałam na górę z „Nieskończonością”, po nieważ nie miałam w tej sprawie wielkiego wyboru. Ale moje miejsce jest tam na dole, z tysiącami, które zostawiamy za sobą. Och, przypuszczam, że oni nie potrzebują mnie, tylko Xaviera. On jest chyba jedynym, który wie, jak naprawić wszystko, co się zepsuje.
— Jestem przekonany, że będziesz użyteczna — powiedział Scor — pio z uśmiechem.
— Cóż, jeśli pozwolą mi od czasu do czasu czymś latać, chyba całkowicie nie zwariuję.
— Nadal możemy cię wykorzystać tu na górze. Bez przerwy potrzebuję sojuszników.
— Masz sojuszników, Scorp, po prostu jeszcze o tym nie wiesz.
— Podjęłaś śmiałą decyzję — powiedział.
— To nie takie okropne miejsce — odparła. — Nie rób ze mnie męczennicy. Tak naprawdę nigdy nie miałam nic przeciwko Ara ratowi. Lubię zachody słońca. Chyba nawet przez te lata polubi łam smak wodorostów. Zostaję po prostu w domu.