Выбрать главу

— Będzie nam ciebie brakować.

Spuściła wzrok. Miał wrażenie, że nie może patrzeć mu w twarz.

— Nie wiem, co teraz się stanie, Scorp. Może weźmiesz statek na Helę, jak mówi Aura. A może polecisz gdzie indziej. Ale czuję, że już nigdy się nie spotkamy. Tam na zewnątrz wszechświat jest wielki i szanse, że nasze drogi kiedyś znowu się przetną…

— Jest wielki — przytaknął — ale z drugiej strony chyba dzięki temu jest w nim miejsce na zbiegi okoliczności.

— Być może dla pewnych ludzi, ale nie dla takich jak ty czy ja, Scorp. — Podniosła wzrok i popatrzyła mu twardo w oczy. — Kiedy cię spotkałam, bałam się ciebie, mogę to teraz przyznać. Ale cieszę się, że to wszystko się wydarzyło i że znałam cię przez kilka lat.

— To było pół mego życia.

— To były dobre lata, Scorp, nie zapomnę ich. — Jeszcze raz spuściła wzrok. Zastanawiał się, czy patrzy na jego małe jak dla dziecka buciki. Nagle poczuł się niezgrabny, żałował, że nie jest większy, bardziej ludzki, że nie ma mniej ze świni, a więcej z człowieka.

— Remontoire zaraz przygotuje prom — powiedziała. — Lepiej już pójdę. Uważaj na siebie, dobrze? Jesteś dobrym człowiekiem. Dobrą świnią.

— Spróbuję.

Objęła go i pocałowała.

A potem już jej nie było. Już nigdy jej nie zobaczył.

TRZYDZIEŚCI DWA

Hela, 2727

Karawana jechała przy krawędzi Drogi i wyprzedzała jedną katedrę po drugiej. Rashmika była tak oszołomiona, że zachowała jedynie niewyraźne wrażenie zamazanej ciemnoszarej maszynerii, powiększonej do nadludzkiej skali. Katedry wydawały się nieruchome, jakby zakorzenione w krajobrazie, niczym budynki, które widziała na Równinach Jaraxa. Oczywiście jeśli pominąć fakt, że katedry były prawdziwymi wieżowcami drapiącymi twarz Haldory. Rashmika wiedziała, że ten bezruch jest tylko złudzeniem spowodowanym szybkością karawany. Gdyby się zatrzymali, ta czy inna katedra w ciągu kilku minut przetoczyłaby się po nich.

Mówiono, że katedry nigdy się nie zatrzymują. Mówiono także, że nigdy nie zbaczają z drogi, chyba że przeszkoda jest zbyt wielka, by można ją było bezpiecznie zgnieść pod systemami napędu.

Droga była bardzo wąska. Przypomniała sobie słowa kwestora Jonesa, że jej szerokość nigdzie nie przekracza dwustu metrów, a zwykle jest o wiele węższa. Nie sądziła, by na tym odcinku szerokość traktu przekraczała sto metrów. Niektóre z większych katedr zajmowały całą Drogę niczym mechaniczne ropuchy. Mniejsze katedry mogły podróżować obok siebie, ale jedynie wtedy, gdy ich nadbudówki wychylały się poza obręb Drogi. Każda z katedr mogłaby zjechać z przygotowanej trasy i spróbować szczęścia na nieco mniej równym gruncie po obu stronach, ale najwyraźniej dzisiaj nikt nie chciał podjąć takiego ryzyka i względny porządek procesji wydawał się na pewien czas ustalony. Wyścigi, najazdy i brudne sztuczki, o których słyszało się na jałowych wyżynach, były raczej wielkim wyjątkiem niż zasadą, a opowieści o nich — jak Rashmika od dawna podejrzewała — były mocno przesadzone.

Jeśli myśleć o katedrach jako miastach-państwach, obecnie trwał raczej okres handlu i dyplomacji niż wojen. Bez wątpienia działali szpiedzy, prowadzono subtelne intrygi i snuto plany przyszłych układów, ale w tej chwili przeważała uprzejma serdeczność, jakiej zazwyczaj wymaga się w stosunkach między rywalami.

Rashmice taki stan odpowiadał: w przeciwnym razie byłoby jej dość trudno dopasować się do brygady remontowej bez narażania się na dodatkowe komplikacje.

Wydano jej polecenie, aby zebrała swoje rzeczy i pozostawała w wyznaczonym wagonie karawany. Przyczyna tej decyzji wkrótce stała się jasna, gdyż karawana rozpadła się na wiele mniejszych części. Rashmika obserwowała, jak pracownicy kwestora przeskakują z wagonu na wagon, odczepiając je z zimną obojętnością wobec oczywistego ryzyka.

Niektóre części karawan nadal składały się z kilku pojazdów i Rashmika patrzyła, jak odłączają się na spotkanie z większymi katedrami czy grupami katedr. Jednak ku jej rozczarowaniu wagon, który jej wyznaczono, odjechał samodzielnie. Nie była tutaj sama — czekało z nią kilkunastu pielgrzymów i robotników sezonowych — ale wszelka nadzieja, że Żelazna Katarzyna może okazać się jedną z większych katedr, wkrótce znikła. Nie mogła nią być, jeśli zasługiwała tylko na jeden wagon.

Cóż, trzeba gdzieś zacząć, jak mówił kwestor.

Pojazd niebawem został w tyle za głównymi katedrami, podskakując i kiwając się na koleinach i dziurach, które pozostawiły za sobą.

— Hej, wy — zwróciła się do innych podróżnych, stając na przeciw nich i biorąc się pod boki. — Która z nich to Lady Morwenna?

— Żadna z nich, kochanie — odparł jeden z jej towarzyszy.

— Jedna z nich musi nią być — odparła. — To główne skupisko katedr.

— To główne zgromadzenie kościołów, owszem, ale nikt nie mówił, że Lady Mor do niego należy.

— Mówisz bardzo mętnie, żeby tylko mówić.

— Posłuchajcie jeno — powiedział ktoś inny. — Jakie wyniosłe cielę!

— W porządku — odparła. — Jeśli Lady Morwenny tutaj nie ma, to gdzie jest?

— Czemu to cię tak interesuje? — spytał pierwszy rozmówca.

— To najstarsza katedra na Drodze. Myślę, że byłoby dziwne, gdybym nie chciała jej zobaczyć, prawda?

— My chcemy tylko pracy, kochanie. Nie ma znaczenia, która katedra ją daje. To wciąż ten sam pieprzony lód, który musisz odgarniać z drogi.

— Cóż, nadał mnie to interesuje.

— To nie jest żadna z tych katedr — powiedział inny głos, lekko znudzony. Zobaczyła mężczyznę, leżącego na kanapie z papie rosem w jednej dłoni. Drugą dłoń wetknął głęboko w spodnie i tam nią grzebał — Ale widać ją stąd.

— Gdzie?

— Tędy, dziewczynko! Ruszyła ku mężczyźnie.

— Uważaj — poradził ktoś. — W jednej chwili rzuci się na ciebie.

Zawahała się. Mężczyzna przywołał ją ręką z papierosem. Wyciągnął drugą dłoń ze spodni. Kończyła się prymitywnie wyglądającym metalowym hakiem.

— Wszystko w porządku. Trochę śmierdzę, ale nie gryzę. Chcia łem ci tylko pokazać Lady Morw, to wszystko.

— Wiem — odparła i przeszła przez plątaninę innych ciał. Mężczyzna wskazał porysowane okienko za sobą. Przetarł je rękawem.

— Spójrz. Nadal widać wierzchołek jej iglicy. Ale ona widziała tylko krajobraz.

— Nie jestem…

— Tam. — Mężczyzna szturchał ją w brodę, aby spojrzała we właściwym kierunku. — Między tymi skałami, widzisz?

— Rzeczywiście coś tam wystaje — zgodził się ktoś inny.

— Zamknij się — warknęła Rashmika.

Musiało coś być w tonie jej głosu, gdyż uzyskała pożądany efekt.

— Widzisz to teraz? — spytał mężczyzna.

— Tak. Co katedra robi tak daleko stąd? Ona w ogóle nie może być na Drodze Ustawicznej.

— Jest na Drodze — odparł mężczyzna. — Tylko nie na tej części, po której zwykle jeździmy.

— Czy ona nie wie? — spytał jakiś głos.

— Gdybym wiedziała, nie pytałabym — odparła zgryźliwie Rashmika.

— Droga rozgałęzia się niedaleko stąd — powiedział mężczyzna w taki sposób, jakby mówił do dziecka. Uznała, że go nie lubi. Pomagał jej, ale sposób niesienia pomocy też ma znaczenie. Cza sami odmowa jest lepsza od niechętnego wsparcia. — Jedna droga to ta, którą normalnie jeżdżą katedry. Prowadzi cały czas w dół, do Diabelskich Schodów.