Выбрать главу

— Wiem o tym — powiedziała. — Widziałam zygzakowate rampy wycięte w ścianie rozpadliny. Katedry zjeżdżają nimi na dno, a po tem, po jej przebyciu, znowu wjeżdżają na drugą ścianę.

— Właśnie. Czy zgadniesz, dokąd prowadzi druga droga?

— Sądzę, że wiedzie przez most.

— Jesteś sprytną dziewczynką. Odsunęła się od okna.

— Jeśli istnieje gałąź drogi od mostu aż tutaj, dlaczego tamtędy nie pojechaliśmy?

— Bo dla karawany nie jest to najszybsza droga. Karawany mogą ścinać zakręty, wspinać się na zbocza, a katedry nie mogą. Muszą objeżdżać wszystkie przeszkody, których nie mogą wysa dzić w powietrze. A droga do mostu nie jest starannie konserwo wana. Mogłabyś nie zauważyć, że to część Drogi, nawet gdybyś się na niej znalazła.

— Więc Lady Morwenna będzie coraz bardziej oddalała się od głównego skupiska katedr — powiedziała. — Czy to znaczy, że Haldora nie będzie już nad nią?

— Będzie, ale niezbyt dokładnie — odpowiedział i podrapał się po twarzy metalowym szponem. — Ale Diabelskie Schody również nie są dokładnie na równiku. Musieli wykopać je tam, gdzie mogli, a nie tam, gdzie powinny być. Jeszcze jedna rzecz: zjeżdżając Diabelskimi Schodami, katedry muszą walczyć ze zwieszającym się lodem, a to zasłania Obserwatorom widok planety. I Schody są miejscem, gdzie każda katedra może najłatwiej uzyskać przewagę nad innymi. Ale jeśli któraś z nich zdołałaby przebyć most, żadna z pozostałych katedr już by jej nie wyprzedziła. Pomijając chwałę za przejechanie przez most, katedra władałaby Drogą.

— Ale żadna katedra nigdy nie przebyła mostu. — Przypomniała sobie szczątki kościoła, które widziała z dachu karawany. — Wiem, ie jedna kiedyś próbowała, ale…

— Wszyscy wiemy, że to szaleństwo, kochanie, ale nie stary wyłupiastooki dziekan Quaiche. Powinnaś się cieszyć, że trafiłaś do Żelaznej Kasi. Powiadają, że szczury już zaczęły opuszczać Lady Mor.

— Dziekan musi uważać, że ma spore szanse pokonania mo stu — zauważyła.

— Albo zwariował. — Mężczyzna uśmiechnął się do niej, jego żółte zęby przypominały połupane nagrobki. — Wybieraj, co chcesz.

— Nie muszę — powiedziała, a potem dodała: — Dlaczego na zwałeś go wyłupiastooki?

Wszyscy się roześmiali. Jeden z mężczyzn zrobił z palców gogle wokół oczu.

— Dziewczyna musi jeszcze wiele się nauczyć — zauważył ktoś.

* * *

Żelazna Katarzyna była jedną z mniejszych katedr w procesji. Podróżowała kilka kilometrów z tyłu za głównym zgromadzeniem. Dalej za nią były jeszcze inne, ale Rashmika widziała je tylko jako iglice na horyzoncie. Prawie na pewno walczyły, by dogonić pozostałe, dotrzeć jak najbliżej do abstrakcyjnego przesuwającego się punktu na Drodze, który odpowiadał Haldorze stojącej dokładnie nad nimi. Z punktu widzenia katedr wielką hańbą było pozostanie tak daleko w tyle, że nawet przypadkowy obserwator mógłby pomyśleć, że Haldora nie jest dokładnie w zenicie. Jeszcze gorszym — niewypowiedzianie gorszym — piętnem było stracenie z oczu widoku Haldory. Dlatego tak poważnie traktowano pracę brygad na Drodze Ustawicznej. Dzień opóźnienia tu czy tam nic nie znaczył, ale wiele takich opóźnień mogło mieć katastrofalny skutek dla postępu katedry.

Wagon Rashmiki, zbliżając się do Żelaznej Katarzyny, zwolnił, a potem ją objechał. Dało to dziewczynie wspaniały widok na miejsce, które miało stać się jej nowym domem. Chociaż bez wątpienia wyznaczona jej katedra była mała, zbudowano ją w typowym dla katedr stylu.

Płaska podstawa była prostokątem o szerokości trzydziestu metrów i długości około stu metrów. Nad tą bazą piętrzyła się nadbudowa; pod nią — częściowo ukryte za metalowymi osłonami — mieściły się układy silników i systemy napędu. Katedra pełzła po Drodze dzięki wielu równoległym układom gąsienic. Obecnie po jednej stronie cała jednostka napędowa była wleczona około dziesięciu metrów nad lodem. Robotnicy w skafandrach, przywiązani do nieruchomego spodu jednej z płyt bieżnikowych, dokonywali jakichś napraw. Ich palniki błyskały ładnym niebieskim fioletem. Rashmika nigdy nie pytała, jak katedry radzą sobie z naprawianiem części maszynerii napędowych w czasie ruchu.

Okazało się, że wszędzie wokół katedry toczy się podobna działalność — siatki rusztowań pokrywały sporą część nadbudowy. Drobne figurki wychodzące z luków i wchodzące do nich przywodziły na myśl nakręcane automaty.

Wznosząca się ponad płaską bazą katedra miała w przybliżeniu kształt krzyża utworzonego z długiej nawy i dwóch krótszych transeptów. Znad przecięcia nawy i transeptów wyrastała wieża o kwadratowej podstawie. Wznosiła się na wysokość stu metrów — mniej więcej tyle, ile wynosiła długość katedry — a potem zwężała w czteroboczną iglicę wysoką na dalsze pięćdziesiąt metrów. Krawędzie iglicy były ząbkowane, a na samym jej szczycie umieszczono zestaw anten komunikacyjnych i luster sygnalizacyjnych. Z podstawy napędowej w kierunku górnej części nawy wznosiło się kilkanaście łuków przyporowych — szkieletowych konstrukcji ze stalowych belek. Jednego lub dwóch łuków brakowało — najwidoczniej stracono je lub jeszcze nie ukończono. Tak naprawdę znaczna część katedry wyglądała nieporządnie, bo sąsiadujące fragmenty budowli tylko w przybliżeniu harmonizowały ze sobą. Niektóre sekcje chyba wymieniono albo w wielkim pośpiechu, albo przy minimalnych kosztach. Iglica zdawała się nieco odchylać od pionu, dlatego z jednej strony podparto ją rusztowaniem.

W tej chwili, kiedy Rashmice powiedziano o planach dziekana Quaiche’a co do Lady Morwenny, ucieszyła się, że nie została do niej przydzielona. I tak nie zdołałaby ocalić brata przed dotarciem Lady Morwenny do mostu. Będzie miała szczęście, jeśli do tego czasu zdoła przeniknąć do jakiegokolwiek poziomu katedralnej hierarchii.

Pojęcie „przeniknięcia” rozbrzmiewało w jej głowie, jakby obudziło coś intymnego i osobistego, co było w niej głęboko ukryte. Dlaczego ta idea nagle wydała jej się tak ważna? Cała jej misja miała formę infiltracji już od chwili, gdy opuściła wioskę i dołączyła do karawany. Zadanie wejścia po stopniach katedralnej hierarchii, aż zlokalizuje Harbina, było tylko efektem przedsięwzięcia, w którym brała już udział. Podjęła pierwsze kroki przed tygodniami, kiedy usłyszała o karawanie przejeżdżającej blisko jałowych wyżyn.

Ale to wszystko tak naprawdę zaczęło się wcześniej.

Znacznie wcześniej.

Rashmika poczuła zawrót głowy. Miała chwilę jasności, która otworzyła się i natychmiast zamknęła. Sama ją zatrzasnęła w taki sposób, jak ktoś zatrzaskuje drzwi, gdy usłyszy głośny hałas lub zobaczy ostre światło. Jakby zerknęła na plan — schemat infiltracji — wykraczający poza ten, o którym sądziła, że go zna. Schemat infiltracji tak olbrzymiej i ambitnej, że nawet ta wędrówka przez Helę była jedynie rozdziałem czegoś znacznie ważniejszego.

Schemat, w którym była nie tylko marionetką, ale również poruszała marionetkami. Jedna myśl pojawiała się ze szczególną wyrazistością: sama to na siebie sprowadziłaś.

Chciałaś, by to się działo w ten sposób.

Odpędziła od siebie te myśli, aby zająć się sprawami katedr. Teraz mała pomyłka, chwila nieuwagi, mogła mieć istotne znaczenie.

Na pojazd padł cień. Przejeżdżali pod Żelazną Katarzyną, między wielkimi rzędami napędów. Koła i gąsienice poruszały się z nieubłaganą powolnością.

Rashmika przeniosła się na drugą stronę kabiny. Do podstawy katedry prowadziła rampa z krawędziami oznaczonymi pulsującymi czerwonymi światłami. Jej dolny koniec zostawiał za sobą gładki ślad. Wagon wjechał na rampę i zaczął wspinać się po stromej platformie, Rashmika chwyciła za uchwyt. Czuła przez metal osłaniający kabinę pracowite mielenie skrzyni biegów.