Wkrótce wjechali na szczyt rampy i znaleźli się w skąpo oświetlonym obszarze recepcyjnym. Parkowało tu parę innych pojazdów, a także leżało mnóstwo starego sprzętu o niewiadomym przeznaczeniu. Trzy postacie w skafandrach mocowały pępowinę śluzy do boku karawany, zastanawiając się nad złączami, jakby nigdy wcześniej nie robiły niczego podobnego.
Wkrótce Rashmika usłyszała głuche walnięcia i syki. Jej towarzysze brali swe rzeczy i gromadzili się przy śluzie, więc zrobiła to samo. Przez chwilę nic się nie działo. Słyszała na zewnątrz jakieś głosy, jakby nad czymś dyskutowano. Stojąc przy oknie, miała lepszy widok. W części komory pozbawionej powietrza zobaczyła jakąś postać. Dostrzegła przez chwilę męską twarz za przyłbicą rokokowego hełmu: twarz nic nie wyrażała, ale wydawała się znajoma.
Mężczyzna obserwował wydarzenia z ręką spoczywającą na trzcince.
Zamieszanie trwało kilka chwil. W końcu jednak ucichło i towarzysze Rashmiki zaczęli wychodzić przez śluzę, zakładając przy tym hełmy skafandrów. Wyglądali na znacznie mniej ożywionych niż pięć minut temu. Przybycie do Żelaznej Katarzyny było końcem ich podróży. Sądząc z ich min, to mroczne, ponuro wyglądające pomieszczenie, zapełnione porzuconym złomem i znudzonymi robotnikami, nie było tym, co sobie wyobrażali przed wyruszeniem w drogę. Rashmika pamiętała jednak, co powiedział kwestor: że dziekan Żelaznej Kasi jest sprawiedliwym człowiekiem, który dobrze traktuje swych robotników i pielgrzymów. W takim razie powinni uważać siebie za szczęśliwców. Lepsza nędzna katedra kierowana przez dobrego człowieka niż skazany na zagładę dom wariatów Lady Morwenny. Rashmika wiedziała jednak, że w końcu musi także dotrzeć do Lady Mor.
Dochodziła już do drzwi, kiedy poczuła na ramieniu dłoń. Spojrzała na grubego oficjela adwentystów.
— Rashmika Els? — spytał mężczyzna. — Tak.
— Nastąpiła zmiana planów. Obawiam się, że zostaje pani w karawanie — oznajmił.
Była teraz w karawanie jedynym pasażerem, jeśli nie liczyć mężczyzny w skafandrze, który siedział z hełmem nadal na głowie i stukał trzcinką w obcas swego buta. Nie widziała jego twarzy.
Wehikuł podskakiwał po lodowych koleinach, a główne skupisko katedr znikało w oddali.
— Jedziemy do Lady Morwenny, prawda? — zapytała Rashmika, w gruncie rzeczy nie spodziewając się odpowiedzi.
I rzeczywiście żadnej nie dostała. Mężczyzna chwycił jedynie mocniej trzcinkę i przechylił głowę tak, że odbite światło uczyniło z jego przyłbicy idealnie pustą maskę. Zanim dotarli do katedry, Rashmika dostała mdłości. Jej przypadłość była nie tylko skutkiem kołysania wagonu, ale również przerażającej świadomości, że ją schwytali. Chciała dotrzeć do Lady Morwenny. Nie chciała jednak, by Lady Morwenna wciągnęła ją do środka wbrew jej woli.
Pojazd podjechał do boku powoli poruszającej się katedry. Żelazna Katarzyna pełzła wokół Heli na gąsienicach; Lady Morwenna naprawdę szła, człapiąc na dwudziestu ogromnych trapezoidalnych stopach. Ustawione były w dwóch równoległych rzędach, każdy długi na dwieście metrów. Cała masa głównej struktury piętrzącej się wysoko w górze była połączona ze stopami ogromnymi teleskopowymi kolumnami katedralnych łuków przyporowych.
W gruncie rzeczy nie były to przypory, ale raczej nogi: muskularne dzięki tłokom i sztucznym stawom, żyłowate dzięki grubym segmentowanym linom i kablom energetycznym. Napędzały je ruchome wały tkwiące w ścianach głównej struktury niczym poziome wiosła niewolniczego galeonu. Każda stopa podnosiła się trzy do czterech metrów nad powierzchnię Drogi, posuwała się trochę naprzód i stawała z powrotem na ziemi. W ten sposób cała struktura sunęła płynnie z szybkością jednej trzeciej metra na sekundę.
Rashmika wiedziała, że katedra jest bardzo stara. Pochodziła z czasów najwcześniejszego osadnictwa na Heli. Wszędzie, gdzie dziewczyna spojrzała, widziała oznaki uszkodzeń, napraw i zmian. Katedra nie tyle była budynkiem, ile miastem, które zbudowano według wielkich projektów inżynierskich i ambitnych planów urbanistycznych, za każdym razem wyrzucając stare rysunki techniczne. Wśród maszynerii widać było rzeźbione kształty: rzygacze i gryfy, smoki i demony, twarze rzeźbione z kamienia i konstruowane ze spawanego metalu. Niektóre z nich były tak skonstruowane, że wraz z każdym krokiem katedry szeroko otwierały i zatrzaskiwały szczęki.
Spojrzała wyżej, by zobaczyć okna Lady Morwenny. Wielkie witrażowe okna ukazywały tarczę Haldory. Na występach z kamienia i metalu przysiadły gryfy i inne stworzenia heraldyczne. Zobaczyła też samą Wieżę Zegarową — zwężający się ku górze żelazny palec, wznoszący się wyżej niż jakakolwiek konstrukcja, którą Rashmika widziała. Wieża odzwierciedlała historię katedry, poszczególne warstwy murów pokazywały, jak olbrzymia konstrukcja rozrosła się do obecnych rozmiarów. Były tam zakrzywione korytarze, które donikąd nie prowadziły. Były dziwne przewężenia, jakby iglica już się kończyła, a potem nagle postanowiła, że pójdzie w górę o kolejną setkę metrów. I gdzieś blisko samego szczytu — słabo widoczna pod tym kątem — znajdowała się kopuła, w której płonęły charakterystyczne żółte światła pomieszczenia mieszkalnego.
Wagon podjechał bliżej do linii powoli tupiących stóp. Nastąpił szczęk, a potem zostali podniesieni z powierzchni ziemi w taki sam sposób, w jaki lodochód Crozeta został podniesiony przez karawanę.
Człowiek w skafandrze zaczął odpinać zaciski hełmu. Robił to z maniakalną cierpliwością, tak jakby sam ów akt był niezbędną pokutą.
Hełm wreszcie puścił. Mężczyzna przeczesał dłonią w rękawicy potargane białe włosy. Czubek jego głowy był zupełnie płaski. Twarz miał długą i płaską, przywodzącą na myśl buldoga. Teraz była pewna, że kiedyś widziała tego człowieka, ale chwilowo nie pamiętała, gdzie.
— Witamy w Lady Morwennie, panno Els — powiedział mężczyzna.
— Nie wiem, kim pan jest i dlaczego się tutaj znalazłam.
— Naczelny medyk, Grelier — przedstawił się. — A pani znalazła się tu dlatego, że tego chcieliśmy.
Cokolwiek to znaczyło, mówił prawdę.
— Teraz niech pani pójdzie ze mną. Ktoś chce się z panią zo baczyć. Potem omówimy warunki pani zatrudnienia.
— Zatrudnienia?
— Przybyła tu pani po pracę, prawda?
— Owszem — potaknęła.
— Więc możemy coś mieć dla pani.
TRZYDZIEŚCI TRZY
Scorpio miał nadzieję, że trochę odpocznie. Ale dni po odlocie Antoinette były równie męczące jak te, które go poprzedzały. Prawie cały czas pozostawał bez snu, obserwując przyloty i odloty promów i holowników, nadzorując załatwianie spraw nowych ewakuowanych oraz przybycia i odejścia personelu technicznego Remontoire’a.
Pracował w takim napięciu, że nigdy nie wiedział, czy od załamania nie dzielą go dwa lub trzy oddechy. A jednak nadal funkcjonował, podbudowany słowami Antoinette, i nigdy nie zdradzał przy ludziach najmniejszego przejawu słabości, choć stawało się to coraz trudniejsze. Coraz częściej wydawało mu się, że tamci posiadają energię, której mu brakuje; że nigdy nie są aż tak bliscy wyczerpania lub całkowitego załamania jak on. Kiedy był młody, było inaczej. Był wtedy silniejszy nie tylko od ludzi, ale również od wielu świń. Był głupi, kiedy przypuszczał, że tak będzie przez całe jego życie, że zawsze będzie miał przewagę. Nawet nie zauważył chwili — mogło się to zdarzyć miesiące czy lata temu — kiedy ludzie go wyprzedzili. Na krótką metę wciąż miał tę wściekłą siłę, której im brakowało, ale kiedy liczyła się wytrzymałość i przytomność umysłu, ludzie byli od niego bardziej błyskotliwi, rzadziej popełniali pomyłki. Czy zdawali sobie Z tego sprawę? — zastanawiał się. Może jeszcze nie, ponieważ ciężko pracował nad tym, by ukryć te słabości. Ale prędzej czy później za ten wysiłek trzeba będzie zapłacić i zaczną zauważać jego niepowodzenia. Wielu z nich — ci sprzymierzeńcy, o których mówiła Antoinette — będzie bagatelizować jego wzrastającą niezręczność, usprawiedliwiać jego błędy. Ale to nie może trwać wiecznie. Wreszcie nadejdzie chwila, gdy wrogowie dostrzegą jego słabości i wykorzystają je przeciw niemu. Zastanawiał się, czy będzie miał odwagę ustąpić, zanim staną się one zbyt oczywiste. Nie wiedział. Zastanawianie się nad tym było zbyt trudne, gdyż musiałby przy tym rozważyć istotę tego kim jest, a kim nigdy stać się nie zdoła.