Выбрать главу

— Jeszcze herbaty, panie Pink?

Scorpio nie wiedział, co odpowiedzieć. Spojrzał na pozbawioną wyrazu twarz mężczyzny i wzruszył ramionami.

— Jeśli nie ma pan nic przeciwko temu, panie Clock.

Hela, 2727

Naczelny medyk prowadził Rashmikę przez labirynty Lady Morwenny. Najwyraźniej nie było to zwiedzanie. Czasami dziewczyna zwalniała, by popatrzeć na okna albo coś równie interesującego, ale Grelier stale ją popędzał, stukając trzciną o ściany i podłogę.

— Czas ma zasadnicze znaczenie, panno Els — powtarzał na zmianę z innym stwierdzeniem: — Trochę się spieszymy.

— Byłoby lepiej, gdyby mi pan powiedział, o co w tym wszystkim chodzi — oświadczyła w końcu.

— Nie, nie byłoby lepiej — odparł. — Dlaczego miałoby być lepiej? Jesteśmy tutaj i idziemy tam, dokąd mamy iść.

Przypuszczała, że ma rację, ale nie bardzo jej się to podobało.

— Co się stało z Żelazną Katarzyną? — zapytała, zdecydowana nie poddawać się zbyt łatwo.

— O ile wiem, to nic. Nastąpiła zmiana przydziału. Nic ważnego. Mimo wszystko nadal jest pani zatrudniona przez Pierwszy Kościół Adwentystów. Po prostu przenieśliśmy panią z jednej katedry do innej — ściszył głos, jakby dzielił się z nią ogromnie poufną wiadomością. — Szczerze mówiąc, raczej się pani powiodło. Nie wie pani, jak w tych czasach trudno jest dostać się do Lady Mor. Wszyscy chcą pracować w najbardziej zabytkowej katedrze na Drodze.

— Dano mi do zrozumienia, że ostatnio jej popularność nieco spadła — powiedziała.

Grelier spojrzał na nią.

— Co pani ma na myśli, panno Els?

— Dziekan przeprowadza ją przez most. Przynajmniej ludzie tak mówią.

— A gdyby tak było?

— Nie byłabym zbyt zdziwiona, gdyby ludziom już tak bardzo nie zależało, aby zostać na jej pokładzie. Jak daleko jesteśmy od przeprawy, naczelny medyku?

— Nawigacja to naprawdę nie moja dziedzina.

— Pan wie dokładnie, jak daleko jesteśmy od mostu. Błysnął ku niej uśmiechem. Uznała, że wcale jej się jego uśmiech nie podoba. Wyglądał zbyt drapieżnie.

— Jest pani dobra, panno Els. Tak dobra, jak się spodzie wałem.

— Dobra, naczelny medyku?

— Ta pani zdolność czytania z twarzy. To jest pani podstawowe narzędzie, prawda?

Dotarli do miejsca, które Rashmika uznała za podstawę Wieży Zegarowej. Naczelny medyk wyciągnął klucz, wsunął go w zamek obok drewnianych drzwi i wpuścił ich do pomieszczenia, którego ściany wykonano z żelaznej kraty. Nacisnął sekwencję mosiężnych gałek i zaczęli się wznosić. Rashmika obserwowała przesuwające się ściany szybu windy, a potem witraże. Kiedy mijali kolejne kolorowe fasetki, światło w windzie zmieniało się: z zielonego na czerwone, z czerwonego na złote, ze złotego na kobaltowy błękit, który powodował, że wzburzone białe włosy naczelnego medyka jarzyły się, jak naelektryzowane.

— Nadal nie wiem, o co w tym chodzi — powiedziała.

— Boi się pani?

— Trochę.

— Nie musi pani. — Zobaczyła, że mówi prawdę. — Będziemy bardzo dobrze panią traktowali — dodał. — Jest pani dla nas zbyt cenna, byśmy traktowali panią inaczej.

— A jeśli uznam, że nie chcę tu pozostać?

Odwrócił od niej wzrok i spoglądał przez okno. Światło otaczało jego twarz gasnącym ogniem. Coś w tym człowieku — muskularne ciało, buldogowata twarz — przywodziło na myśl artystów cyrkowych, których widziała na jałowych wyżynach, a którzy w rzeczywistości byli bezrobotnymi górnikami krążącymi od osiedla do osiedla, by nieco zarobić. Mógłby połykać ogień lub być akrobatą.

— Może pani wyjechać — powiedział, odwracając się do niej. — Nie ma sensu trzymanie pani tutaj bez pani zgody. Pani użyteczność dla nas zależy całkowicie od pani dobrej woli.

Może się myliła, ale nie sądziła, by kłamał również w tej sprawie.

— Nadal nie rozumiem… — zaczęła.

— Wykonałem swoją pracę — przerwał jej. — Jest pani rara avis, panno Els. Ma pani dar, który dzieli z panią mniej niż jedna osoba na tysiąc. I ten pani dar jest niezwykle silny. Wątpię, czy na całej Heli znajdzie się jeszcze ktoś taki jak pani.

— Ja po prostu widzę, kiedy ludzie kłamią — wyjaśniła.

— Widzi pani o wiele więcej. Niech pani teraz na mnie spojrzy. — Znowu uśmiechnął się do niej. — Czy uśmiecham się, ponieważ jestem naprawdę szczęśliwy, panno Els?

Był to ten sam drapieżny uśmiech, który widziała wcześniej.

— Nie sądzę.

— Ma pani rację. Czy pani wie, dlaczego pani może to rozpoznać?

— Ponieważ to oczywiste — odparła.

— Ale nie dla każdego. Kiedy śmieję się na żądanie — jak właśnie zrobiłem — używam tylko jednego mięśnia twarzy: zygomaticus major. Kiedy uśmiecham się spontanicznie — co, muszę przyznać, nie zdarza się bardzo często — nie tylko wyginam mój zygomaticus major, ale również ściągam orbicularis oculi, pars laterali. — Grelier dotknął palcem boku skroni. — To ten mięsień, który okrąża oko. Większość z nas nie może go świadomie zacisnąć. Ja z pewnością nie mogę. Dlatego on sam się zaciska wtedy, kiedy jesteśmy szczerze zadowoleni. — Znowu się uśmiechnął. Winda zwalniała. — Wielu ludzi nie widzi tej różnicy. Jeśli nawet ją za uważają, czynią to podświadomie i informacja zostaje zagubiona w powodzi innych. Ale dla pani te rzeczy są jak krzyk, jak fanfary. Pani jest niezdolna do ich zignorowania.

— Teraz sobie pana przypominam — powiedziała.

— Byłem podczas wywiadu z pani bratem, owszem. Pamiętam hałas, jakiego pani narobiła, kiedy go okłamywali.

— Więc kłamali.

— Zawsze pani o tym wiedziała. Spojrzała mu prosto w twarz.

— Czy pan wie, co się stało z Harbinem?

— Tak — odpowiedział.

Kratowany wagonik zagrzechotał i zatrzymał się.

* * *

Grelier poprowadził ją do mansardy dziekana. Sześciokątny pokój ożywiały lustra. Zobaczyła własną przestraszoną twarz, podzieloną na fragmenty, jak kubistyczny portret. Odbicia ją przedrzeźniały. Nie od razu dostrzegła samego dziekana. Najpierw ujrzała widok z okien; biała krzywa horyzontu Heli przypomniała jej o niewielkich rozmiarach jej świata. Potem zauważyła skafander — dziwny, zgrubnie zespawany — który rozpoznała z insygnii adwentystów. Rashmika dostała gęsiej skórki: samo patrzenie na skafander wytrącało ją z równowagi. Coś w nim było — zło, promieniujące wzdłuż niewidzialnych linii i zalewające pomieszczenie; silne poczucie jakiejś obecności, tak jakby skafander ucieleśniał jeszcze jednego gościa w mansardzie.

Kiedy Rashmika przeszła obok skafandra, wrażenie zła stało się jeszcze silniejsze, jakby niewidzialne promienie wrogości wwiercały się w jej głowę. Taka irracjonalna reakcja na coś w oczywisty sposób nieożywionego nie była do niej podobna, ale skafander miał niezaprzeczalną moc. Może wewnątrz ukryto mechanizm generujący niepokój. Słyszała o takich obiektach wykorzystywanych na pewnych etapach negocjacji. Drażniły części mózgu odpowiedzialne za strach i budziły trwogę.

Dlatego ucieszyła się, kiedy dotarła do drugiej części mansardy, gdzie zobaczyła dziekana. Z początku pomyślała, że nie żyje. Leżał na plecach w swym fotelu, z rękami skrzyżowanymi na przykrytej kocem piersi jak nieboszczyk. Ale nagle jego pierś poruszyła się. I oczy — szeroko rozwarte — drżały jak ciepłe jajka, z których za chwilę wykluje się pisklę.

— Panno Els — powiedział — mam nadzieję, że miała pani przyjemną podróż.