Выбрать главу

Nie mogła uwierzyć, że znalazła się w jego obecności.

— Dziekanie Quaiche — powiedziała. — Słyszałam… Myślałam…

— Że nie żyję? — Głos miał zgrzytliwy; taki dźwięk mógł wydawać owad pocierający chitynowymi powierzchniami. — Ni gdy nie trzymałem w sekrecie faktu mojego ciągłego istnienia, panno Els… Przez te wszystkie lata kongregacja regularnie mnie widywała.

— Takie pogłoski są zrozumiałe — powiedział Grelier. Naczelny medyk otworzył szafkę na ścianie i grzebał w jej wnętrzu. — Nie pokazujesz swej twarzy poza Lady Morwenną, więc skąd reszta ludności ma o tym wiedzieć?

— Podróże są dla mnie trudne. — Quaiche wskazał mały sześciokątny stół ustawiony wśród luster. — Niech pani napije się herbaty, panno Els. I niech pani usiądzie, odciąży stopy. Mamy wiele do omówienia.

— Nie mam pojęcia, czemu tu jestem, dziekanie.

— Czy Grelier nic pani nie mówił? Kazałem ci poinstruować młodą damę, Grelier. Mówiłem ci, byś jej nie trzymał w nie pewności.

Grelier odwrócił się i poszedł do Quaiche’a, niosąc buteleczki i waciki.

— Powiedziałem jej dokładnie to, o co prosiłeś, bym powie dział: że skorzystanie z jej usług zależy od jej wrażliwości na zmiany wyrazu twarzy.

— Co jeszcze jej powiedziałeś?

— Absolutnie nic.

Rashmika usiadła i nalała sobie trochę herbaty. Odmowa nie wydawała się sensowna, a teraz, kiedy zaoferowano jej napitek, zdała sobie sprawę, że jest bardzo spragniona.

— Zakładam, że chcecie, bym wam pomogła — odważyła się powiedzieć. — Nie jesteście pewni, czy możecie komuś wierzyć, czy nie. — Pociągnęła łyk herbaty — smakowała dość przyzwoicie. — Gzy jestem blisko prawdy?

— Jest pani bardziej niż blisko, panno Els — zauważył Quaiche. — Czy zawsze była pani tak przenikliwa?

— Gdybym naprawdę była przenikliwa, nie siedziałabym tutaj. Grelier nachylił się nad dziekanem i zaczął muskać odsłonięte białka jego oczu. Nie widziała twarzy żadnego z nich.

— Mówi pani tak, jakby miała złe przeczucia — powiedział dziekan. — A jednak wszystkie dowody wskazują na to, że chciała pani dotrzeć do Lady Morwenny.

— Tak było, zanim się dowiedziałam, dokąd ona zmierza. Jak daleko jesteśmy od mostu, dziekanie? Jeśli nie ma pan nic przeciwko mojemu pytaniu.

— Dwieście pięćdziesiąt sześć kilometrów.

Rashmika poczuła ulgę. Pociągnęła następny łyk herbaty. Biorąc pod uwagę tempo, w jakim katedry pełzały, było to dostatecznie daleko, by mogła przeprowadzić swoje dochodzenie. Ale w tym momencie inna część mózgu poinformowała ją cicho, że to znacznie bliżej, niż myślała. Jedna trzecia metra na sekundę to szybkość niewielka, ale dzień ma mnóstwo sekund.

— Będziemy tam za dziesięć dni — dodał dziekan. Rashmika odstawiła herbatę.

— Dziesięć dni to niewiele, dziekanie. Czy to prawda, co mówią, że zamierza pan przeprowadzić Lady Morwennę przez Otchłań Rozgrzeszenia?

— Bóg tak chce.

To była ostatnia rzecz, jaką pragnęła usłyszeć.

— Niech pan mi wybaczy, dziekanie, ale kiedy tu przybyłam, nie zamierzałam umierać w jakimś samobójczym szaleństwie.

— Nikt nie umrze — odparł. — Udowodniono, że most utrzyma całą karawanę dostawczą. Pomiary przy dużych obciążeniach nigdy nie wykryły ani angstrema ugięcia.

— Ale żadna katedra przez niego się nie przeprawiła.

— Tylko jedna kiedyś próbowała i poniosła klęskę z powodu złego sterowania, a nie problemów konstrukcyjnych mostu.

— A panu się wydaje, że będzie pan skuteczniejszy?

— Mam najlepszych katedralnych inżynierów na Drodze. A także najlepszą katedrę. Tak, uda nam się, panno Els. Uda nam się i pewnego dnia będzie pani opowiadać dzieciom, jakie miała szczęście, że została przeze mnie zatrudniona w tak pomyślnym czasie.

— Mam szczerą nadzieję, że pan się nie myli.

— Czy Grelier powiedział pani, że może w każdej chwili odejść?

— Tak — odpowiedziała z wahaniem.

— To prawda. Niech pani odejdzie teraz, panno Els. Skończy herbatę i odejdzie. Nikt pani nie zatrzyma, a ja spowoduję, że ustalenia dotyczące pani pracy w Katarzynie nadal będą ważne.

Omal nie spytała: „To taka sama dobra praca, jaką obiecywaliście memu bratu?”, ale się powstrzymała. Było zbyt wcześnie na zadawanie pytań o Harbina. Albo niezwykłe szczęście, albo niezwykły pech sprowadziły ją do samego serca zakonu Quaiche’a. Nadal nie wiedziała, czego od niej chcą, ale czuła, że dano jej szansę, której nie może odrzucić jednym głupim, wynikającym ze złego humoru, pytaniem. Nie zadawała tego pytania także dlatego, że bała się odpowiedzi, jaką może usłyszeć.

— Zostanę — powiedziała i szybko dodała: — Na razie, dopóki nie omówimy wszystkich spraw.

— Bardzo mądrze, panno Els — powiedział Quaiche. — A teraz czy mogłaby mi pani wyświadczyć niewielką przysługę?

— To zależy.

— Chcę tylko, by pani tu siedziała i piła herbatę. Do pokoju wejdzie pewien dżentelmen i odbędziemy z nim małą pogawędkę. Chciałbym, by pani obserwowała rzeczonego dżentelmena — uważnie, lecz nie natrętnie — i zameldowała mi o swoich spostrzeżeniach, kiedy już wyjdzie. Nie będzie to trwało długo i nie ma potrzeby, by pani coś mówiła w obecności tego człowieka. W gruncie rzeczy lepiej, by pani nic nie mówiła.

— Właśnie po to mnie potrzebujecie?

— Owszem, częściowo. O warunkach zatrudnienia porozmawiamy później. Niech pani to uważa za część rozmowy kwalifikacyjnej.

— A jeśli się nie zakwalifikuję?

— To nie jest test. Pani podstawowe umiejętności już przetestowano, panno Els. Wypadła pani znakomicie. W tym wypadku chcę uczciwej obserwacji. Grelier, czy już skończyłeś? Przestań się tu kręcić. Jesteś jak dziewczynka bawiąca się swą laleczką.

Grelier zaczął zbierać waciki i maści.

— Skończyłem — powiedział szorstko. — Ten ropień niemal zatkał gruczoły łzowe.

— Czy chciałaby pani więcej herbaty, zanim ten dżentelmen /nadejdzie, panno Els?

— Dziękuję, to mi wystarczy — odpowiedziała, trzymając pusty kubek.

— Grelier, znikaj i każ, by wprowadzono przedstawiciela Ultrasów.

Naczelny medyk zamknął szafkę medyczną, pożegnał się z Rashmiką i wyszedł z pokoju innymi drzwiami, niż przyszli, stukając trzcinką.

Rashmiką czekała. Teraz, kiedy Grelier wyszedł, czuła się w obecności Quaiche’a skrępowana. Nie wiedziała, co powiedzieć. Nigdy nie chciała dotrzeć aż do niego. Sam ten pomysł wydawał jej się niestosowny. Chciała przeniknąć właśnie do jego zakonu, ale tylko po to, aby się dowiedzieć, co się stało z Harbinem. Sam Quaiche nigdy jej nie interesował. Jej misja była związana jedynie z losem brata. Jeśli kościół adwentystów wyrządzał krzywdę ludności Heli i nakładał na nią ciężary, to ich problem, nie jej. A ona nie przybyła tu po to, by cokolwiek zmieniać, chyba że coś stanęłoby jej na drodze.

W końcu przedstawiciel Ultrasów przybył. Rashmiką obserwowała jego wejście, pamiętając, że kazano jej nic nie mówić. Przypuszczała, że nawet ma się z nim nie przywitać.

— Niech pan wejdzie, triumwirze — powiedział Quaiche i jego fotel podniósł się do niemal normalnej pozycji siedzącej. — Niech pan wejdzie. Proszę się nie niepokoić, to jest Rashmiką Els, moja asystentka. Rashmiką, to jest triumwir Guro Harlake ze światłowca „To, co przemija”, który ostatnio przyleciał ze Skraju Nieba.

Ultras przybył w powłóczącym nogami czerwonym urządzeniu. Miał białą gładką skórę młodziutkiego gada, wytatuowaną w niewyraźne łuski, a jego oczy częściowo skrywały żółte szkła kontaktowe ze szczeliną dla źrenic. Krótkie białe włosy opadały na twarz fircykowatą grzywką. Długimi, zielonymi, groźnymi niczym kosy paznokciami wciąż stukał w szkielet swego urządzenia ruchowego.