Выбрать главу

— Byliśmy ostatnim statkiem, który się wydostał w czasie ewakuacji — powiedział triumwir. — Były jakieś statki za nami, ale im się nie udało.

— Ile układów padło dotychczas? — zapytał Quaiche.

— Osiem… Dziewięć. Obecnie może już więcej. Wiadomości docierają do nas dopiero po dziesięcioleciach. Powiadają, że Ziemia jest nadal nienaruszona, ale były potwierdzone ataki na państwa Marsa i Jowisza, łącznie z Demarchią Europejską i Izydą Gilgamesza. Nikt nie miał żadnych wiadomości z Syjonu i Szansy. Przewidujemy, że w końcu wszystkie układy padną. To jedynie kwestia czasu, kiedy nas znajdą.

— W takim razie dlaczego pan się tu zatrzymał? Czy nie byłoby bezpieczniej nadal kierować się na zewnątrz, jak najdalej od zagrożenia?

— Nie mieliśmy wyboru — powiedział Ultras. Jego głos brzmiał głębiej, niż Rashmika oczekiwała. — Nasz kontrakt wymagał prze wiezienia pasażerów na Helę. Przywiązujemy dużą wagę do kontraktów.

— Uczciwy Ultras? Ku czemu zmierza ten świat?

— Nie wszyscy jesteśmy wampirami. W każdym razie mu sieliśmy zatrzymać się tutaj również z innych powodów. Mamy trudności z tarczą. Nie możemy odbyć następnego przejścia międzygwiezdnego bez poważnych napraw.

— Jak przypuszczam, kosztownych. Triumwir skinął głową.

— Dlatego właśnie odbywamy tę rozmowę, dziekanie Quaiche. Słyszeliśmy, że potrzebuje pan usług dobrego statku. To kwestia ochrony. Pan czuje się zagrożony.

— To nie kwestia poczucia zagrożenia. Chodzi o to, że w tych czasach… byłoby głupotą nie chronić swych zasobów, prawda?

— Wilki u drzwi.

— Wilki?

— Tak właśnie Hybrydowcy nazwali maszyny Inhibitorów, zanim opuścili ludzki kosmos. To było sto lat temu. Gdybyśmy mieli odrobinę rozsądku, wszyscy polecielibyśmy za nimi.

— Bóg nas ochroni — powiedział Quaiche. — Wierzy pan w to, prawda? Nawet jeśli pan nie wierzy, pańscy pasażerowie w to wierzą, w przeciwnym razie nie wyruszyliby na tę pielgrzymkę. Wiedzą, że coś się wydarzy, triumwirze. Seria zniknięć, których byliśmy świadkami, jest zaledwie wstępem — odliczaniem — do czegoś naprawdę cudownego.

— Albo czegoś prawdziwie katastrofalnego — odparł Ultras. — Dziekanie, nie jesteśmy tutaj po to, by dyskutować o interpretacji anomalnego zjawiska astronomicznego. Jesteśmy realistami. Wierzymy jedynie w nasz okręt i jego koszty bieżące. I bardzo potrzebujemy nowej tarczy. Jakie są pańskie warunki zatrudnienia?

— Wprowadzicie statek na ciasną orbitę wokół Heli. Wasza broń zostanie przejrzana pod względem skuteczności operacyjnej. Oczywiście w okresie trwania kontraktu grupa delegatów adwentystów będzie stacjonowała na pańskim okręcie. Będą mieli całkowitą kontrolę nad bronią i będą decydowali, kto i co stanowi zagrożenie bezpieczeństwa Heli. Poza tym w ogóle nie będą wchodzić wam w drogę. A jako nasi obrońcy, będziecie mieli bardzo korzystną pozycję, gdy przyjdzie do negocjacji handlowych. — Quaiche machnął dłonią, jakby odpędzał owada. — Możecie stąd odejść z czymś znacznie większym niż nowa tarcza, jeśli prawidłowo rozegracie swoje karty.

— Przedstawia pan to bardzo kusząco. — Ultras zabębnił paznokciami po płycie piersiowej urządzenia ruchowego. — Ale niech pan doceni ryzyko, jakie ponosimy, umieszczając nasz sta tek blisko Heli. Wszyscy wiemy, co stało się z… — przerwał na chwilę — „Gnostycznym Wniebowstąpieniem”.

— Dlatego nasz warunki są takie korzystne.

— A sprawa delegatów adwentystów? Powinien pan wiedzieć, że to niezwykłe, jeśli ktoś otrzymuje pozwolenie na wejście na któryś z naszych statków. Niewykluczone, że moglibyśmy przyjąć dwóch czy trzech starannie wybranych przedstawicieli, ale jedynie wtedy, gdy przejdą intensywne badania…

— Ta część umowy nie podlega negocjacjom — przerwał mu Quaiche. — Przykro mi, triumwirze, ale to wszystko sprowadza się do jednego: jak bardzo potrzebujecie tarczy?

— Będziemy musieli to przemyśleć — odpowiedział Ultras.

* * *

Później Quaiche zapytał Rashmikę o jej spostrzeżenia. Powiedziała mu, co zauważyła, ograniczając swe uwagi raczej do rzeczy, których była pewna, a pomijając mgliste przeczucia.

— Mówił prawdę — powiedziała — aż do chwili, kiedy wspomniał o ich broni. Wtedy coś ukrywał. Wyraz jego twarzy zmienił się, ale tylko na chwilę. Nie mogę dokładnie powiedzieć, co to było, ale wiem, co to oznacza.

— Prawdopodobnie skurcz zygomaticus major — powiedział Grelier, siedząc z dłońmi splecionymi przed twarzą. Zdjął swój skafander próżniowy i teraz miał na sobie prosty szary kitel adwentysty. — Sprzężony z opuszczeniem kącików ust. Nieznaczny skurcz mentalir. wzniesienie podbródka.

— Dostrzegł pan to wszystko, naczelny medyku? — spytała Rashmika.

— Dopiero po zwolnieniu kamery obserwacyjnej i uruchomieniu żmudnego i nieco zawodnego programu interpretacyjnego jego twarzy. Jak na Ultrasa był pełen ekspresji. Ale to nie było w czasie rzeczywistym, więc kiedy program to wykrył, ja tego nie widziałem tak, jak pani to zobaczyła, Rashmiko: natychmiast, jak gdyby zapisane płonącymi literami.

— Coś ukrywał — odpowiedziała. — Gdyby go pan przycisnął w sprawie broni, kłamałby.

— Tak więc broń nie jest taka, jak nam przedstawia — powie dział Quaiche.

— Nie jest więc dla nas użyteczny — skomentował Grelier. — Wykreśl go z listy.

— Będziemy trzymać go dalej na wszelki wypadek. Główna sprawa to statek. Zawsze możemy zwiększyć jego uzbrojenie, jeśli uznamy, że musimy.

.Grelier zerknął na swego pana znad wieżyczki z palców.

— Czy nie jest to raczej sprzeczne z naszym celem?

— Być może. — Quaiche wydawał się zirytowany pytaniami medyka. — W każdym razie są inni kandydaci. Mam jeszcze dwóch czekających w katedrze. Mam nadzieję, Rashmiko, że zechcesz jeszcze posiedzieć w czasie dwóch rozmów?

Nalała sobie trochę herbaty.

— Niech wejdą — rzekła. — Nie mogę powiedzieć, że mam coś innego do roboty.

TRZYDZIEŚCI CZTERY

Przestrzeń kosmiczna, przy Epsylon Eridani 40, 2675

Scorpio godzinami spacerował po statku. Na wysokich poziomach nadal panował chaos — załatwiano sprawy ostatnio przybyłych. Mniejszy zamęt trwał w kilkunastu innych miejscach. Ale „Nostalgia za Nieskończonością” była naprawdę ogromnym pojazdem kosmicznym i te siedemnaście tysięcy przybyszów, kiedy oddalili się od ściśle kontrolowanych stref, było niewidocznych. W wielkich partiach statku było tak pusto, jakby nowo przybyli byli wyimaginowanymi widmami.

Ale statek wcale nie był opuszczony. Scorpio zatrzymał się przy oknie, które wychodziło na głęboki pionowy szyb. Czerwone światło omywało wnętrze, podbarwiając na różowo metaliczną strukturę, która właśnie przybierała ostateczny kształt. Strukturę całkowicie nieznajomą. A jednak coś mu ona przypomniała — jedno z drzew, które widział na polanie. Tylko że to drzewo było zrobione z niezliczonych cienkich liści z folii, ułożonych w spiralnych rzędach wokół wąskiego rdzenia biegnącego na całej długości szybu. Było tu tak wiele szczegółów do ogarnięcia, tak wiele geometrycznych regularności, że aż bolała go głowa, kiedy patrzył na drzewopodobny obiekt.