Выбрать главу

Serwitory kręciły się metodycznie i ostrożnie między liśćmi niczym owady, a ubrane na czarno ludzkie postacie zwieszały się w uprzężach w bezpiecznej odległości od delikatnych zawijasów tworzonej struktury. Serwitory nosiły części z metalowej folii na plecach i wsuwały je w dokładnie wywiercone otwory. Ludzie — to byli Hybrydowcy — zdawali się robić bardzo niewiele, prócz obserwowania maszyn. Ale bez wątpienia kierowali ich działaniem na poziomie podstawowym, intensywnie skoncentrowani na swoich zadaniach.

To byli tylko niektórzy z rzeszy Hybrydowców obecnych na pokładzie. Były ich jeszcze dziesiątki. Nawet setki. Scorpio ledwie mógł ich rozróżnić. Z wyjątkiem drobnych różnic w odcieniu skóry, strukturze kości i płci, wydawało się, że wszyscy zeszli z tej samej taśmy produkcyjnej. Byli to grzebieniowaci — zaawansowane egzemplarze z oddziałów specjalnych Skade. Nie odzywali się do siebie i czuli się źle, gdy musieli rozmawiać z nie Hybrydowcem. Jąkali się i robili elementarne błędy w wymowie, gramatyce i składni: błędy, które byłyby wstydliwe nawet dla świni. Scorpio wiedział, że porozumiewali się między sobą całkowicie na poziomie niewerbalnym. Dla nich komunikacja werbalna — nawet przyśpieszona połączeniem umysłu z umysłem — była równie prymitywna jak ta za pomocą sygnałów dymnych. W porównaniu z nimi Clavain i Remontoire wyglądali jak relikty z epoki kamiennej. Nawet Skade musiała czuć swoją niedoskonałość, w otoczeniu tych doskonale sprawnych nowych stworzeń.

Jeśli wilki przegrają, pomyślał Scorpio, i jedynymi ludźmi, którzy pozostaną,” by tó świętować, będą ci Hybrydowcy, czy cała sprawa okaże się warta zachodu?

Nie miał na to odpowiedzi.

Prócz ich cichej obcości, ekonomicznych ruchów i całkowitego braku wyrazu twarzy, najbardziej przyprawiała go o dreszcz łatwość, z jaką stali się lojalni wobec Remontoire’a. Nigdy nie przyznali, że ich podporządkowanie się Skade było błędem. Jak sami mówili, zawsze szli po linii najmniejszego oporu, kiedy tylko chodziło o dobro Matczynego Gniazda. Przez pewien czas odnosili korzyści ze współpracy ze Skade. Teraz jednak byli zadowoleni, sprzymierzając się z Remontoirem. Scorpio zastanawiał się, jak wiele z takiego zachowania wynika z potrzeby sytuacji, a jak wiele z szacunku dla tradycji i historii Gniazda. Po śmierci Galiany i Clavaina Remontoire prawdopodobnie był najstarszym żyjącym Hybrydowcem.

Scorpio nie miał innego wyjścia, jak zaakceptować Hybrydowców. Na szczęście nie byli stałym elementem wyposażenia; najdalej za osiem dni będą musieli odlecieć, jeśli mają powrócić na „Światło Zodiakalne” i inne statki. Już było ich mniej niż na początku.

Pomogli zainstalować manufaktury nanotechnologiczne odporne na zarazę, tak by nadal funkcjonowały nawet w zarażonym środowisku „Nieskończoności”. Zapoznawszy się z planami i surowcami, kuźnie zaczęły wypluwać błyszczącą nową technikę,

przeważnie o nieznanych funkcjach. Te same plany pokazywały, jak świeżo wytworzone składniki łączyć w jeszcze większe — równie tajemnicze — nowe kształty. Odbywało się to w opróżnionych szybach przechodzących przez całą długość „Nostalgii za Nieskończonością” — takich jak ten, w który właśnie Scorpio spoglądał. Ta rzecz — która wyglądała na wydłużone srebrne drzewo, zawrotnie skomplikowaną turbinę albo jakiś dziwacznie obcy wizerunek DNA — była bronią hipometryczną. Może czując jej wartość, kapitan tolerował tę aktywność, choć w każdej chwili mógł przerobić wewnętrzną architekturę statku, skazując szyby na niebyt.

W innych miejscach Hybrydowcy zakładali sieć silników krioarytmetycznych. Drobne lejkowate silniki były ssącymi ranami na ciele termodynamiki klasycznej. Scorpio pamiętał, co stało się z korwetą Skade, kiedy silniki krioarytmetyczne uległy awarii. Ucieczka chłodzenia musiała się rozpocząć od drobnej drzazgi lodu, mniejszej od płatka śniegu. Ale wciąż rosła, kiedy silniki utknęły w spiralnych pętlach sprzężenia zwrotnego, niszcząc z każdą pętlą obliczeniową coraz więcej ciepła — zimno karmiło zimno. W kosmosie statek po prostu by ostygł do kwantowej okolicy zera absolutnego, jednak na Araracie wyhodował wokół siebie górę lodową.

Inni Hybrydowcy pełzali przez oryginalne silniki statku, majstrując przy otaczanych czcią reakcjach w ich rdzeniu. Jeszcze inni byli na zewnątrz, na kadłubie, doczepieni linami do inkrustowanej architektury — wzorców wzrostu kapitana. Instalowali dodatkową broń i urządzenia ochronne. Jeszcze liczniejsi — zamknięci głęboko wewnątrz statku, daleko od innych — składali urządzenia dławiące bezwładność, przetestowane podczas pościgu „Światła Zodiakalnego” z Yellowstone do Resurgamu. Scorpio wiedział, że to technika obcych, maszyneria, która została przyswojona przez ludzi bez pomocy Aury. Ale nigdy nie działała niezawodnie, dlatego Aura pokazała im, jak zmodyfikować te urządzenia, by były względnie bezpieczne. Skade w desperacji usiłowała zastosować tę samą technikę do podróży szybszych od światła. Jej wysiłki skończyły się katastrofą i Aura odmówiła odkrywania wszelkich sekretów, które umożliwiłyby następne próby. Wśród darów, które im dawała, nie było techniki podróży nadświetlnych.

Scorpio obserwował, jak serwitory wsuwają na miejsce następne ostrze. Urządzenie już dzień wcześniej wyglądało na skończone, ale od tego czasu dodali chyba trzykrotnie więcej maszynerii. Jednak, co dziwne, urządzenie było jeszcze bardziej koronkowe i kruche niż wcześniej. Właśnie zastanawiał się, kiedy będzie skończone i co dokładnie będzie wtedy robić, gdy rozległ się jakiś głos.

— Scorp.

Nie oczekiwał towarzystwa, więc dźwięk wypowiedzianego głośno jego imienia zaskoczył go. Jeszcze bardziej zdziwił go widok stojącego obok Vaska Malinina.

— Vasko — rzekł z uśmiechem. — Co cię sprowadza tu na dół.

— Chciałem pana znaleźć — odparł młody człowiek.

Vasko miał na sobie sztywny, świeżo wyglądający mundur Sił Bezpieczeństwa. Nawet buty miał czyste — cud na pokładzie „Nostalgii za Nieskończonością”.

— Udało ci się.

— Powiedziano mi, że prawdopodobnie będzie pan tu gdzieś na dole. — Twarz Vaska oświetlało z boku czerwone żarzenie dochodzące z szybu broni hipometrycznej. Sprawiało, że na przemian wyglądał młodo i drapieżnie. Vasko zerknął przez okno. — To dopiero coś, prawda?

— Uwierzę, że to działa, kiedy zobaczę, jak coś robi, a nie tylko siedzi tu i wygląda ślicznie.

— Nadal sceptyczny?

— Ktoś powinien taki być.

Scorpio zdał sobie teraz sprawę, że Vasko nie jest sam. Z tyłu za nim stała jakaś postać. Przed laty mógłby wyraźnie ją zobaczyć; teraz miał trudności z rozróżnieniem detali w przyćmionym świetle.

Zmrużył oczy.

— Ana?

Khouri weszła w smugę czerwonego światła. Miała na sobie ciężki płaszcz i rękawice, ogromne buty zakrywały jej nogi do kolan — były znacznie brudniejsze od butów Vaska — i niosła coś w zgięciu ramienia. Zawiniątko w pikowanym srebrnym kocu. Na szczycie zawiniątka znajdował się mały otwór.

— Aura? — zapytał, zaskoczony.

— Nie potrzebuje teraz inkubatora — oznajmiła Khouri.

— Może i nie potrzebuje, ale…

— Doktor Valensin powiedział, że on ją powstrzymuje, Scorp. Przynosi więcej szkody niż pożytku. — Khouri nachyliła twarz nad otwartym końcem zawiniątka i jej wzrok spotkał się ze wzrokiem córki. — Ona też powiedziała, że chce być na zewnątrz.

— Mam nadzieję, że Valensin wie, co robi.

— Wie, Scorp. A co ważniejsze, Aura też wie.

— To tylko dziecko — powiedział cichym głosem. — Zaledwie dziecko.

Khouri zrobiła krok do przodu.