— Potrzymaj ją.
Chciał odmówić. Nie tylko dlatego, że nie całkiem sobie ufał, jeśli chodzi o trzymanie czegoś tak cennego i kruchego jak dziecko. Było jeszcze coś: głos, który go ostrzegał, by nie wchodził z nią w związek fizyczny. Inny głos — cichszy — przypominał mu, że już jest z nią połączony więzami krwi. Jaką większą szkodę można jeszcze uczynić?
Wziął Aurę. Trzymał ją przy piersi, tak mocno, że czuł, iż jest to bezpieczne. Była zdumiewająco lekka. Zdziwiło go, że ta dziewczynka — dla której stracili swego przywódcę — wydaje się tak wiotka.
— Scorpio.
Głos nie należał do Khouri. Był to głos dziecka. Spojrzał na zawiniątko. Twarz Aury zwróciła się ku jego twarzy. Jej oczy nadal były zamknięte, z ust wydobywała się bańka śliny.
— To niemożliwe, żeby właśnie powiedziała moje imię — rzekł z niedowierzaniem.
— Powiedziałam — oznajmiła Aura.
Czuł przez chwilę, że chce upuścić zawiniątko. Trzymał w ramionach coś, co nie miało prawa istnieć w tym wszechświecie. Ale wstydliwy odruch minął tak szybko, jak się pojawił. Oderwał wzrok od różowoczerwonej twarzyczki i spojrzał na matkę.
— Ona nawet nie może mnie widzieć — powiedział.
— Nie, Scorp — przyznała Khouri — nie może. Jej oczy jeszcze nie widzą. Ale moje tak. I tylko to się liczy.
Na całym statku technicy Scorpia pracowali dzień i noc, układając urządzenia słuchające. Przyklejali świeżo wyprodukowane mikrofony i barometry do ścian i sufitów, a potem rozwijali kilometry kabli, przeprowadzali je przez naturalne prowadnice i tunele, rozdzielali w węzłach i wplatali w ciasno zwinięte linie główne, które prowadziły do centralnych punktów przetwarzania. Potem sprawdzali urządzenia, stukając w słupki i ścianki działowe, otwierali i zamykali hermetyczne drzwi, powodując nagłe przeciągi na statku. Kapitan tolerował ich, a nawet, jak się wydawało, robił wszystko, by ułatwić im zadanie. Ale nie zawsze całkowicie panował nad swymi procesami przekształceniowymi. Światłowodowe linie ciągle się rwały; mikrofony i barometry były wchłaniane i musiały być odtwarzane. Technicy ze stoickim spokojem i wracali w trzewia statku, by od nowa ułożyć kilometr linii, które dopiero co układali w tym miejscu; czasami nawet powtarzali cały proces trzy czy cztery razy, zanim znaleźli lepszą, mniej narażoną na uszkodzenia trasę.
Nie pytali, po co właściwie to robią. Scorpio zakazał im takich pytań, powiedział, że gdyby nawet zapytali, i tak nie powiedziałby im prawdy.
Ale on sam miał świadomość, po co to robią i kiedy pomyślał, co się zaraz wydarzy, zazdrościł im ich niewiedzy.
Wywiady z Ultrasami trwały. Rashmika siedziała i przysłuchiwała się, sącząc herbatę i obserwując własne porozbijane odbicia w lustrach. Myślała o tym, że każda godzina przybliża ją o ponad kilometr do Otchłani Rozgrzeszenia.
Po zakończonym wywiadzie mówiła Quaiche’owi, co sądzi na temat rozmówcy, starając się ani niczego nie ozdabiać, ani nie pomijać tego, co uważała za istotne. Po trzecim wywiadzie zorientowała się, co się dzieje. Quaiche chciał, by Ukrasi wprowadzili jeden ze swoich statków na bliską orbitę wokół Heli, aby ją ochraniał.
Nie domyślała się, czego Quaiche się obawia. Powiedział Ultrasom, że pragnie ochrony przed innymi grupami z kosmosu, że ostatnio udaremnił pewną liczbę spisków mających na celu przechwycenie władzy na Heli i wyrwanie dostawy reliktów czmychaczy z rąk władz adwentystowskich. Kiedy na orbicie wokół Heli będzie krążył w pełni uzbrojony światłowiec, wrogowie dwa razy pomyślą, zanim wtrącą się w sprawy księżyca. Ultrasi natomiast będą się cieszyć przywilejami w handlu, co będzie kompensatą za ryzyko związane z umieszczeniem swego cennego statku tak blisko świata, który zniszczył „Gnostyczne Wniebowstąpienie”. Czuła ich zdenerwowanie: zawsze przybywali na Helę promami, zostawiając swe pojazdy kosmiczne bezpiecznie zaparkowane na skraju układu, i nie chcieli spędzać w Lady Morwennie ani minuty dłużej, niż to było potrzebne.
Rashmika podejrzewała jednak, że w planach Quaiche’a chodzi o coś więcej niż tylko ochronę. Była pewna, że Quaiche coś ukrywa. Tym razem było to tylko przeczucie, a nie coś, co dostrzegła w jego twarzy. Quaiche bowiem był nie do odczytania. Jego oblicze było jak maska, jakby nerwy, które operowały jego mięśniami, zostały przecięte lub zatrute. Kiedy ukradkiem na niego patrzyła, widziała twarz pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Miny, które robił, były przesadzone, jak miny kukiełki. To ironia losu, myślała, że człowiek, który chce, bym odczytywała twarze innych ludzi, z rozmysłem uczynił swą twarz nieczytelną.
W końcu wywiady zaplanowane na ten dzień skończyły się. Zameldowała o swych spostrzeżeniach Quaiche’owi, a on z wdzięcznością wysłuchał tego, co miała do powiedzenia. Nie wiedziała, czego Quaiche się spodziewał, ale nigdy nie kwestionował jej obserwacji. Potakiwał tylko żywo i mówił jej, że była bardzo pomocna.
— Może pani teraz odejść, panno Els — powiedział. — Nawet jeśli opuści pani teraz katedrę, nadal uważam, że była pani dla mnie bardzo użyteczna, i dopilnuję, żeby pani wysiłki zostały wynagrodzone. Czy wspominałem o dobrym stanowisku w Żelaznej Katarzynie?
— Owszem, dziekanie.
— To jedna z możliwości. Drugą jest pani powrót do rejonu Vigrid. Pewnie ma pani tam rodzinę?
— Tak — odpowiedziała, ale już w momencie, kiedy te słowa wyszły z jej ust, własna rodzina wydała jej się odległa i abstrakcyjna, jak coś, o czym jedynie jej opowiadano. Pamiętała pokoje w swoim domu, twarze i głosy rodziców, ale wspomnienia były przezroczyste niczym fasetki w witrażu.
— Mogłaby pani powrócić z piękną premią, powiedzmy, pięć tysięcy ecu. Jak to brzmi?
— To bardzo szczodre wynagrodzenie — odparła.
— Inna możliwość — preferowana z naszego punktu widzenia — jest taka, że pozostanie pani w Lady Morwennie i nadal będzie mi pomagać przy przeprowadzaniu wywiadów z Ultrasami. A ja zapłacę pani dwa tysiące ecu za każdy dzień pracy. Kiedy dotrzemy do mostu, będzie miała pani dwukrotnie więcej niż mogłaby pani zabrać do domu, odchodząc dzisiaj. I tak długo, jak będzie pani chciała, zawsze będzie dla pani praca. Proszę pomyśleć, ile może pani zarobić przez rok.
— Nie jestem dla nikogo tyle warta — odparła.
— Ależ jest pani, panno Els. Czy nie słyszała pani, co mówił Grelier? Z pani wrażliwością, jest pani jedna na milion. Powie działbym, że czyni to panią wartą dwóch tysięcy ecu dziennie.
— A jeśli moja rada nie będzie właściwa? — spytała. — Jestem tylko człowiekiem. Popełniam błędy.
— Nie pomyli się pani — odpowiedział z pewnością, która jej się nie podobała. — Nie wierzę w zbyt wiele rzeczy, prócz samego Boga. Ale pani jest jedną z tych rzeczy. To wiara sprowadziła panią do mej katedry. Jest pani podarunkiem od Boga. Byłbym głupcem, gdybym go odrzucił, prawda?
— Nie czuję się jak czyjś podarunek.
— Jak w takim razie pani się czuje?
Chciała odpowiedzieć, że jak anioł zemsty, ale zamiast tego oznajmiła:
— Czuję się zmęczona, jestem daleko od domu i nie wiem, co powinnam zrobić.
— Niech pani ze mną pracuje. Jeśli się pani nie spodoba, zawsze może pani odejść.
— Czy to obietnica, dziekanie?
— Niech Bóg będzie mi świadkiem.
Ale nie mogła stwierdzić, czy kłamał, czy nie. Grelier podniósł się z fotela za Quaichem z trzaskiem stawów kolanowych. Przeczesał ręką elektryczną białą szczecinę włosów.
— Więc zaprowadzę panią do jej kwatery — powiedział. — Przyjmuję, że zgodziła się pani zostać?