— Na razie — odparła Rashmika.
— Dobrze. To właściwy wybór. Jestem pewien, że pani się tu spodoba. Dziekan ma rację: jest pani naprawdę uprzywilejowana, przybywszy w tak pomyślnym czasie. — Wyciągnął dłoń. — Witamy na pokładzie.
— To wszystko? — spytała, ściskając mu dłoń. — Żadnych formalności? Żadnych rytuałów inicjacji?
— Nie dla pani — odparł Grelier. — Pani jest świeckim specjalistą, panno Els, tak jak ja. Nie chcielibyśmy zaśmiecać pani mózgu wszystkimi tymi religijnymi bzdurami, prawda?
Spojrzała na Quaiche’a. Jego twarz w metalowych goglach była jak zawsze nieczytelna.
— Sądzę, że nie.
— Jest tylko jedna rzecz. Mam zamiar wziąć odrobinę pani krwi, jeśli nie ma pani nic przeciwko temu.
— Krwi? — zapytała, nagle zdenerwowana. Grelier potaknął.
— Dla potrzeb ściśle medycznych. W tych czasach po świecie krąży mnóstwo nieprzyjemnych wirusów, zwłaszcza w rejonach Vigrid i Hyrrokkinu. Ale niech się pani nie martwi. — Poszedł w kierunku przymocowanej do ściany szafki medycznej. — Będę potrzebował tylko odrobinę.
Wokół Araratu energia drążyła blizny w kosmosie. Scorpio patrzył na odległą, cofającą się bitwę z kapsuły obserwacyjnej w kształcie pająka, bezpieczny na ciepłej, miękkiej tapicerce.
Świetlne goździki rozkwitały i gasły powoli w ciągu wielu sekund. Światła koncentrowały się w zwarty, mniej więcej kulisty obszar z planetą pośrodku. Wokół świateł rozciągała się ciemność. Powolne rozjaśnienia i gaśnięcia, ich losowość, wywoływały wspomnienia o stworzeniach morskich komunikujących się, przez wyświetlanie sobie nawzajem bioluminescencyjnych wzorów.
We wczesnych fazach wojny kosmicznej w systemie Epsylon Eridani A bitwę prowadzono potajemnie. Obie strony, Inhibitorzy i ludzie, ukrywali swe działania, stosując napędy, instrumenty i broń, które kierowały energię tylko w wąskie, ślepe plamki między pasmami czujników. Według Remontoire’a, przypominało to walkę dwóch mężczyzn w ciemnym pokoju, którzy stąpali cicho i cięli mieczami niemal na oślep. Kiedy jeden z nich został zraniony, nie mógł głośno krzyczeć z obawy, że odkryje swoje położenie, nie mógł również krwawić. A kiedy uderzał, musiał szybko wycofywać ostrze, by nie zasygnalizować swojej pozycji. Doskonała analogia, gdyby pokój miał rozmiary godzin świetlnych, mężczyźni byli ludzkimi pojazdami kosmicznymi i wilczymi maszynami, a broń eskalowałaby swój zasięg przy każdej fincie i paradzie. Statki zaciemniały swe kadłuby do temperatury tła kosmosu, maskowały emisje silników, wykorzystywały broń, która prześlizgiwała się niewykryta przez ciemność i zabijała równie dyskretnie.
A jednak nieuchronnie przychodziła chwila, gdy jeden z walczących porzucał strategię skradania się, a wtedy pozostali musieli iść jego śladem. Teraz wojna była prowadzona otwarcie. Statki z zapamiętaniem ciskały wokół broń.
Scorpio, patrząc na bitwę z kapsuły obserwacyjnej, przypomniał sobie słowa, które Clavain wypowiadał przy wielu okazjach: wojna jest piękna, kiedy masz szczęście nie brać w niej bezpośredniego udziału. Jest dźwiękiem, barwą i ruchem, zmasowanym atakiem na zmysły. Jest brawurowa i teatralna, czymś, co zmusza cię do zaczerpnięcia głębokiego oddechu. Jest podniecająca i romantyczna, jeśli jesteś tylko widzem. Ale, przypomniał sobie Scorpio, oni też brali w niej udział. Wprawdzie nie toczyli bitwy wokół Araratu, ale ich los w istotny sposób zależał od jej wyniku. I w dużej mierze właśnie Scorpio był za to odpowiedzialny. Remontoire chciał, by przekazał im całą broń kazamatową, a on odmówił. Z tego powodu Remontoire nie mógł zagwarantować, że akcja osłaniająca się uda.
Konsola zagrała, wskazując, że promieniowanie grawitacyjne właśnie przemknęło obok „Nostalgii za Nieskończonością”.
— Ostatnia broń kazamatowa, jeśli nie straciliśmy rachuby — powiedział Vasko stłumionym głosem.
— Nie zamierzał tak szybko jej wykorzystać — zauważyła Khouri. Siedziała obok, z Aurą w ramionach. — Myślę, że coś źle poszło.
— Poczekamy i zobaczymy — odparł Scorpio. — Może Remontoire zmienił plany, bo dostrzegł jakąś lepszą strategię.
Zobaczyli jakiś promień — rozpuszczający na boki światło widzialne, tak że był widoczny nawet w próżni — jak sunie z elegancką powolnością przez pole bitwy. Było coś obscenicznego w sposobie, w jakim promień rozciągał się, posuwając się ku niewidocznemu wilczemu celowi po drugiej stronie pola walki. Scorpio zdał sobie sprawę, że promień musi być niezmiernie jaskrawy, jeżeli widzą go bez wzmocnienia obrazu. Wyłączył wszystkie światła w kapsule obserwacyjnej i przygasił kontrolki nawigacyjne, żeby mieć jak najlepszy widok. Starannie ustawił tarcze osłaniające blask i promieniowanie z silników.
Kapsułą szarpnęło — coś oderwało się od większego statku. Scorpio nawet nie drgnął. Czekał, aż kapsuła ustawi się na nowo, posłuszna wymaganiom jakiegoś starodawnego algorytmu unikania kolizji.
Khouri wyjrzała przez jeden z iluminatorów, podnosząc Aurę, by też to zobaczyła, mimo że oczy dziecka nadal były zamknięte.
— Tu na dole jest dziwnie — zauważyła. — Wygląda inaczej niż w pozostałych częściach statku. Kto to zrobił? Kapitan czy morze?
. — Myślę, że morze — odparł Scorpio — chociaż nie wiem, czy Żonglerzy mieli coś z tym wspólnego. Pod Żonglerami znajduje się rojny morski biotop, tak jak na każdej wodnej planecie.
— Czemu szepczecie? — spytał Vasko. — Czy może nas tu usłyszeć?
— Szepczę, ponieważ widok jest piękny i dziwny — wyjaśnił Scorpio. — Prócz tego boli mnie głowa. To typowe dla świni, gdyż nasze czaszki są trochę za małe na nasze mózgi. Kiedy się starze jemy, jest jeszcze gorzej. Nasze nerwy wzrokowe są uciskane i ślep — niemy, jeśli tylko nie dopadnie nas najpierw degeneracja plamki żółtej. — Uśmiechnął się w ciemność. — Piękny widok, prawda?
— Ja tylko pytałem.
— Nie odpowiedziałeś na jego pytanie — wtrąciła Khouri. — Czy może nas tu usłyszeć?
— John? — Scorpio wzruszył ramionami. — Nie wiem. Osobiście jestem za tym, żeby na wszelki wypadek być grzecznym?
— Jednak nie można cię brać w tym względzie za wzór — stwierdziła Khouri.
— Pracuję nad tym. Nagle Aura zagulgotała.
Kapsuła usztywniła nogi, i przysunęła się bliżej do kadłuba, delikatnie pocierając o jego powierzchnię. Wisiała teraz podwieszona pod płaskim spodem wielkiego statku, w miejscu, gdzie „Nostalgia za Nieskończonością” spoczywała na morskim dnie. Wszędzie dokoła niej widać było w mrocznych pastelowych odcieniach dziwaczne, podobne do korali formacje. Były to wielkie jak statki lasy sękatych palców, przypominających kamienne żyrandole. Wszystkie naroślą pojawiły się podczas dwudziestotrzyletniego okresu zanurzenia statku i utworzyły czarujący ogród skalny jako przeciwwagę dla brutalnych transformacji kadłuba dokonywanych przez kapitana. Pozostały nietknięte nawet wtedy, kiedy Żonglerzy przenieśli „Nieskończoność” na głębszą wodę, i przetrwały zarówno start z Araratu, jak i potyczkę z wilczymi siłami, która zaraz po tym nastąpiła. Bez wątpienia John Brannigan mógłby je usunąć, tak jak przeprojektował dolne krańce statku, co pozwoliło mu w ogóle wylądować na Araracie, ale statek był uzewnętrznieniem jego psychiki, budowlą wyrzeźbioną z poczucia winy, grozy i chęci rozgrzeszenia.
Być może, rozmyślał Scorpio, kapitanowi odpowiadało noszenie tych brodawek i strupów martwego morskiego życia, podobnie jak jemu odpowiadało noszenie blizny na ramieniu w miejscu, gdzie był tatuaż skorpiona. Gdyby usunął tę bliznę, wymazałby część tego, co go Scorpiem uczyniło. Z kolei Ararat zmienił kapitana. Scorpio był tego pewien. Ale dokładnie w jaki sposób go zmienił? Wkrótce, myślał Scorpio, trzeba będzie poddać kapitana testowi.