Выбрать главу

Poczynił już odpowiednie przygotowania — w kieszeni miał garść jasnoczerwonego pyłu.

Vasko poruszył się, tapicerka zaskrzypiała.

— Tak, uprzejmość dla niego może się opłacać — rzekł. — Mimo wszystko nic się tutaj nie dzieje bez jego zgody. Myślę, że musimy co uznać.

— Mówisz tak, jakbyś sądził, że nastąpi jakiś konflikt — stwierdził Scorpio. Jednym okiem nadal obserwował wydłużający się promień broni kazamatowej, który, kreśląc jasne zadrapanie przez pole bitwy, przesuwał się cal po calu przez kosmos. Tam, gdzie przeszła broń kazamatowa, widać było zanikający kleks umierającej materii. Broń była jednostrzałowa.

— Sądzisz, że nie nastąpi? — spytał Vasko.

— Jestem optymistą. Myślę, że wszyscy jesteśmy rozsądni.

— Wygrałeś bitwę o broń kazamatową — przypomniał Vasko. — Remontoire się zgodził, statek też. Nie jestem zaskoczony: statek czuł się bardziej bezpiecznie z bronią niż bez niej. Ale nadal nie wiemy, czy należało tak zrobić. Jak będzie następnym razem?

— Następnym razem? Nie widzę na horyzoncie żadnych sporów — powiedział Scorpio.

Ale widział, a bez Remontoire’a i Antoinette czuł się bardzo osamotniony. Remontoire i ostatni z Hybrydowców odeszli poprzedniego dnia, zabierając ze sobą swoje serwitory, maszyny i resztę uzgodnionej ilości broni kazamatowej. W zamian pozostawili działające manufaktury i ogromne błyszczące obiekty, których składanie Scorpio obserwował. Remontoire wyjaśnił, że broń i mechanizmy zostały przetestowane jedynie w bardzo powierzchowny sposób i będą potrzebowały drobiazgowej kalibracji według pozostawionego przez Hybrydowców zestawu instrukcji. Hybrydowscy technicy nie zostaną na pokładzie, by dokończyć kalibracji: gdyby czekali choć trochę dłużej, ich małe statki nie zdołałyby wrócić do głównego zgrupowania bitewnego wokół Araratu. Nawet mimo układów dławiących bezwładność, nadal bardzo ich ograniczały wymagania rezerw paliwa i marginesy przyrostu prędkości i momentów. A oni musieli dbać nie tyle o własne przeżycie, ile o przedatność dla Matczynego Gniazda. Więc odlecieli, zabierając ze sobą jedynego człowieka, który — jak Scorpio czuł — miałby wolę sprzeciwić się Aurze, gdyby okoliczności tego wymagały.

— A ja widzę w najbliższej przyszłości co najmniej jeden spór — oznajmił Vasko.

— Oświeć mnie.

— Będziemy musieli uzgodnić, dokąd lecimy — czy na zewnątrz, na Helę, czy z powrotem na Yellowstone. Wszyscy wiemy, że o tym myślisz.

— „My”?

— Jesteś w mniejszości, Scorp. To tylko stwierdzenie faktu.

— Spór na ten temat niekoniecznie musi nastąpić — powiedziała Khouri cicho i łagodnie. — Vasko chce tylko powiedzieć, że większość starszych wierzy, że to, co nam mówi Aura, powinno być traktowane poważnie.

— To nie znaczy, że mają słuszność. To nie znaczy, że coś znajdziemy, kiedy dotrzemy na Helę — upierał się Scorpio.

— Musi coś być z tym układem — powiedział Vasko. — Te zniknięcia… One muszą coś oznaczać.

— Oznaczają masową psychozę. Zdesperowani ludzie widzą różne rzeczy. Myślisz, że na tej planecie jest coś użytecznego? Doskonale. Leć tam i znajdź to. I wytłumacz mi, czemu tubylcom nie robiło to żadnej cholernej różnicy.

— Nazywali się czmychacze — poinformował go Vasko.

— Wszystko mi jedno, jak się nazywali. Zostali wytępieni. Czy nie sądzicie, że gdyby było coś przydatnego w tym układzie, już by to wykorzystali i nadal żyli?

— Może to nie jest coś, co wykorzystuje się z lekkim sercem — zasugerował Vasko.

— Świetnie. Chcecie tam lecieć i zobaczyć, co ich tak prze straszyło, że tego nie wykorzystali, mimo że alternatywą była zagłada? Proszę bardzo, lećcie. Przyślijcie mi widokówkę. Będę około dwudziestu lat świetlnych od was.

— Przestraszony, Scorpio? — spytał Vasko.

— Nie, nie jestem przestraszony — odpowiedział ze spokojem, który zaskoczył nawet jego samego. — Po prostu ostrożny. Zrozumiesz to pewnego dnia.

— Vasko chciał tylko powiedzieć, że nie będziemy wiedzieli, co tam się naprawdę wydarzyło, dopóki nie odwiedzimy tego miejsca — powiedziała Khouri. — W tej chwili prawie nic nie wiemy ani o Heli, ani o czmychaczach. Kościoły nie dopuszczają zespołów naukowców w pobliże tamtych miejsc. Ultrasi nie pa kują tam swych nosów zbyt głęboko, ponieważ nieźle zarabiają, eksportując bezużyteczne relikty czmychaczy. Ale my musimy wiedzieć więcej.

— Więcej — powtórzyła Aura i zaśmiała się.

— Jeśli ona wie, że musimy tam lecieć, czemu nie mówi nam, dlaczego? — spytał Scorpio i skinął głową w kierunku niewyraźnego, szaromlecznego kształtu dziecka.

— Ona nie wie — wyjaśniła Khouri.

— Chcesz powiedzieć, że jeszcze nie wie, czy że nigdy nie będzie wiedziała?

— Ani to, ani to, Scorp. Chcę powiedzieć, że tych wiadomości jeszcze jej nie otworzono.

— Nie rozumiem.

— Powtórzę ci, co powiedział Valensin: on codziennie patrzy na Aurę i codziennie snuje inne teorie na temat jej rozwoju. Gdyby była normalnym dzieckiem, jeszcze by się nie urodziła. Nie mówiłaby. Nawet by nie oddychała. Niekiedy sprawia wrażenie, że ma umiejętności językowe trzylatka, a innym razem — ledwie jednorocznego dziecka. Valensin widzi, jak struktury jej mózgu przychodzą i odpływają niczym obłoki. Ona zmienia się, nawet kiedy tutaj siedzimy. Wziąwszy to wszystko pod uwagę, czy na prawdę jesteś zaskoczony, że nie może ci dokładnie powiedzieć, dlaczego musimy lecieć na Helę? To tak, jakby spytać dziecko, dlaczego potrzebuje jedzenia. Może ci tylko powiedzieć, że jest głodne. To wszystko.

— Co miałaś na myśli, mówiąc, że wiadomości jeszcze nie otworzono?

— Chcę powiedzieć, że to wszystko już jest w jej mózgu. Wszystkie odpowiedzi albo przynajmniej wszystko, co musimy wiedzieć, by te odpowiedzi znaleźć. Ale jest zakodowane, zapakowane zbyt ściśle, by odpakował je mózg dziecka, nawet dwu — czy trzyletniego. Nie zacznie porządkować tych informacji, dopóki nie zrobi się starsza.

— Ty jesteś starsza — odparł Scorpio. — Możesz zajrzeć do jej głowy. Ty je rozpakuj.

— To tak nie działa. Widzę tylko to, co ona rozumie. Otrzymuję od niej — w każdym razie przez większość czasu — dziecięcy ogląd świata. Prosty, krystaliczny, jasny. Cały w podstawowych kolorach. — Scorpio ujrzał w półmroku jej przelotny uśmiech. — Powinieneś zobaczyć, jak jaskrawe są dla dziecka kolory.

— Przede wszystkim ja nie widzę tak dobrze kolorów.

— Czy nie możesz na pięć minut zapomnieć o tym, że jesteś świnią?

— Dla mnie ciągle wszystko się do tego sprowadza. Przepraszam, jeśli cię to obraża.

Usłyszał, jak wzdycha.

— Mówię tylko, Scorp, że nie możemy nawet zgadywać, jak ważna jest Hela, póki tam nie polecimy. I musimy lecieć ostrożnie, a nie wparować tam z grzmiącymi działami. Będziemy musieli dowiedzieć się, czego potrzebujemy, zanim o to poprosimy. I mu simy być przygotowani na zabranie tego, jeśli to konieczne, i to za pierwszym razem. Ale przede wszystkim musimy tam polecieć.

— A, jeśli lot na Helę okaże się najgorszą rzeczą, jaką mogliśmy zrobić? Jeśli to spisek, by ułatwić zadanie Inhibitorom?

— Ona pracuje dla nas, Scorp, nie dla nich.