Выбрать главу

— To przypuszczenie — odparł.

— To moja córka. Czy nie uważasz, że mam jakieś pojęcie o jej zamiarach?

Vasko przerwał im, dotykając ramienia Scorpia.

— Myślę, że powinieneś to zobaczyć.

Scorpio spojrzał i natychmiast wiedział o czym mówi Vasko. Dobrze to nie wyglądało. Promień broni kazamatowej został odchylony od oryginalnej trajektorii niczym promień świetlny uderzający w wodę. Nie było widać niczego w punkcie, w którym promień zmienił kierunek, ale nie wymagało to wielkiej wyobraźni, by dojść do wniosku, że promień zboczył z kursu przez jakieś ukryte zogniskowanie energii Inhibitorów. Mogli teraz tylko siedzieć i obserwować, co się dzieje z odchylonym promieniem.

Scorpio czuł, że promień nie pożegluje po prostu w przestrzeń międzyplanetarną, aby oddalić się w noc.

Wróg nie załatwiał spraw w ten sposób.

Nie musieli długo czekać. Widziany w powiększeniu promień zadrapał krawędź najbliższego księżyca Araratu, przebił drogę przez setki kilometrów jego skorupy, a potem wyszedł na drugą stronę. Księżyc zaczął się rozpadać. Rozpalona do czerwoności skalista jucha wyciekała z rany wolno jak we śnie. Było to podobne do poklatkowej ekspozycji otwierania się o świcie jakiegoś kwiatu z czerwonym środkiem.

— Niedobrze — mruknęła Khouri.

— Nadal uważasz, że wszystko przebiega zgodnie z planem? — spytał Vasko.

Uszkodzony księżyc wyciągał stygnącą mackę wiśniowego szlamu wzdłuż swej orbity. Scorpio patrzył na to z przerażeniem i zastanawiał się, co to oznacza dla ludzi na powierzchni Araratu. Nawet kilka milionów ton gruzu uderzającego w ocean miałoby tragiczne konsekwencje dla pozostawionych tam ludzi, a szczątków księżyca było o wiele, wiele więcej.

— Nie wiem — powiedział.

Chwilę później konsola zagrała odmienną melodię.

— Zaszyfrowany impuls od Remontoire’a — oznajmił Vasko. — Mam go włączyć?

Scorpio kazał mu to zrobić i obserwował, jak rozmyty ziarnisty wizerunek Remontoire’a pojawia się na konsoli. Transmisja została wysoce skompresowana. Pojawiały się luki i okresy unieruchomienia obrazu, choć Remontoire mówił dalej.

— Przykro mi, ale nie zadziałało to tak dobrze, jak się spodzie wałem.

— Jak źle jest? — wyszeptał Scorpio.

Remontoire jakby go usłyszał. — Chyba was ściga mała agregacja maszyn Inhibitorów — po — wiedział. — Nie taka wielka jak stado, które szło za nami od Delty Pawia, ale też nie taka mała, by ją ignorować. Czy skończyliście testowanie uzbrojenia hipometrycznego? To powinno być dla was teraz priorytetem. Niezłym pomysłem może być również zapędzenie reszty maszynerii do roboty. — Remontoire przerwał, obraz rozsypał się i znowu pojawił. — Jest coś, o czym powinniście wiedzieć — ciągnął. — Niepowodzenie to moja wina. Nie ma ono nic wspólnego z ilością broni kazamatowej w naszym arsenale. Nawet gdybyście dali mi całą broń, rezultat byłby taki sam. W gruncie rzeczy dobrze, że tego nie zrobiliście. Instynkt dobrze panu podpowiedział, panie Pink. Cieszę się z tej naszej rozmowy, którą odbyliśmy tuż przed moim odlotem. Nadal macie szanse. — Uśmiechnął się; uśmiech wydawał się jak zawsze wymuszony, ale Scorpio ucieszył się z niego. — Może was kusić, by odpowiedzieć na ten przekaz. Proponuję, byście tego nie robili. Wilki będą usiłowały namierzyć was i taki czysty sygnał by się wam nie przysłużył. Żegnajcie i życzę wiele szczęścia. To było wszystko, przekaz się skończył.

— Pan Pink? — zapytał Vasko. — Kto to jest pan Pink?

— To stara historia — burknął Scorpio.

— Nic nie powiedział o sobie — zauważyła Khouri. — Nic o tym, co zamierza zrobić.

— Nie sądzę, żeby uważał to za istotne — odparł Scorpio. — Mimo wszystko nie możemy nic zrobić, by im pomóc. Oni zrobili dla nas wszystko, co mogli.

— Ale to nie wystarczyło — zauważył Malinin.

— Może i nie, ale nadal jest to o wiele lepiej niż mogłoby być, jeśli mnie o to pytasz.

— Rozmowa, o której wspominał. Co to było? — zapytała Khouri.

— To rozmowa między mną a panem Clockiem — odparł Scorpio.

Hela, 2727

Naczelny medyk pobrał Rashmice krew, a potem odprowadził ją do jej kwatery. Był to mały pokój na jednej trzeciej wysokości Wieży Zegarowej. Było tu jedno witrażowe okno, proste łóżko i nocna szafka, a także aneks z umywalką i toaletą. Na nocnej szafce leżało trochę literatury quaicheistycznej.

— Mam nadzieję, że nie oczekiwała pani luksusu — powiedział Grelier.

— Niczego nie oczekiwałam. Jeszcze przed kilkoma godzinami spodziewałam się, że będę pracować w brygadzie czyścicieli dla Żelaznej Katarzyny.

— Więc nie może pani się skarżyć, prawda?

— Nie miałam takiego zamiaru.

— Niech pani prawidłowo rozegra swoje karty, a znajdziemy coś trochę większego — powiedział Grelier.

— To wszystko, czego potrzebuję — odparła Rashmika. Grelier uśmiechnął się i zostawił ją samą. Nie podobało jej się, że pobrał jej krew, ale nie mogła protestować. Nie chodziło o to, że cała sprawa z kościołami i krwią przyprawiała ją o mdłości — wiedziała o wirusach indoktrynujących, które były nieodłączną częścią wiary adwentystów — ale o to, że czuła się gwałcona, mimo że strzykawka była pusta, a więc nie próbował wpuścić jej wirusa indoktrynującego. Myśl, że zabrał jej krew, była bardzo bolesna.

Ale dlaczego, zastanawiała się, tak ją to niepokoi? Przecież na terenie Lady Morwenny wszystko opiera się na krwi, więc trudno kwestionować chęć pobrania próbki jej krwi. Właściwe powinna być zadowolona, że na tym się skończyło.

Ale nie była zadowolona. Była przestraszona i nie wiedziała dokładnie, dlaczego.

Usiadła. W ciszy pokoju, skąpana w grobowym świetle z witrażowego okna, czuła się rozpaczliwie samotna. Czy to wszystko było pomyłką?, zastanawiała się. Teraz, gdy tutaj dotarła, kościół nie wydawał jej się odległą, abstrakcyjną istotą, a raczej machiną zdolna do wyrządzenia krzywdy tym, którzy zbyt blisko podejdą do jej ruchomych części. Nigdy nie planowała spotkania z Quaichem, choć wydawało jej się jasne, że jedynie ktoś ustawiony bardzo wysoko w hierarchii kościoła adwentystów będzie mógł powiedzieć jej prawdę o Harbinie. Nastawiła się na długie, powolne śledztwo, przedzieranie się przez gąszcz administracji.

A tymczasem znalazła się tutaj: na służbie u Quaiche’a. Powinna była radować się, że ma takie szczęście. Zamiast tego czuła się zmanipulowana, jakby przystąpiła do jakiejś gry z postanowieniem, że będzie grać uczciwie, a ktoś przymknął oko, pozwalając jej zwyciężyć, posłuszny odgórnej decyzji. Chciała winić za to Greliera, ale wiedziała, że naczelny medyk nie jest odpowiedzialny za całość tej sprawy. Było w tym coś jeszcze; Czy przebyła tę całą drogę po to, by znaleźć Harbina, czy żeby spotkać Quaiche’a?

Po raz pierwszy nie miała całkowitej pewności.

Zaczęła przeglądać literaturę quaicheistyczną, szukając wskazówek do rozwikłania tej zagadki. Ale okazało się, że to zwykłe śmieci, którymi pogardzała od chwili, gdy nauczyła się czytać: znikanie Haldory jako przekaz od Boga, odliczanie do chwili wystąpienia jakiegoś mętnie określonego wydarzenia.

Nagle jej wzrok spoczął na okładce jednej z broszur. Widniał tu symbol adwentystów: dziwny skafander promieniujący światłem, gdyż widoczne w tle wschodzące słońce przebijało przez jego otwory. Skafander sprawiał wrażenie, jakby zespawano go bez żadnych widzialnych połączeń. Rashmika nie miała wątpliwości, że to ten sam skafander, który widziała w mansardzie dziekana.