Выбрать главу

A potem pomyślała o nazwie katedry: Lady Morwenna.

Oczywiście. Wszystko zaskoczyło w jej głowie z oślepiającą jasnością. Morwenna była kochanką Quaiche’a, zanim przybył na Helę. Każdy, kto czytał ich pismo, wiedział o tym. Wszyscy wiedzieli też, że przydarzyło się jej coś strasznego, gdy była uwięziona w dziwnym zaspawanym skafandrze, który był narzędziem kary zrobionym przez Ultrasów, dla których Quaiche i Morwenna pracowali.

W tym samym skafandrze, który widziała w mansardzie; tym samym, który tak wytrącał ją z równowagi.

Wtedy dzięki racjonalnemu rozumowaniu odpędziła od siebie strach, ale teraz, kiedy siedziała zupełnie sama, myśl, że znajduje się w jednym budynku ze skafandrem, przerażała ją. Chciała być jak najdalej od niego.

Coś w nim jest, myślała. Coś więcej niż mechanizm przyprawiający negocjatorów konkurencji o dreszcze.

[Tak, Rashmiko, to my jesteśmy wewnątrz skafandra], powiedział jakiś głos.

Upuściła broszurę i wydała okrzyk przerażenia. Nie wyobraziła sobie tego głosu. Był słaby, ale bardzo wyraźny. I brak pogłosu świadczył o tym, że zadźwięczał wewnątrz jej głowy, a nie w pokoju.

— Grelier, ty sukinsynu, coś było na tej igle, prawda? — Mówiła głośno, w nadziei, że złamie zaklęcie.

[Nic nie było na igle. Nie jesteśmy halucynacją. Nie mamy nic wspólnego z Quaichem.]

— Więc kim, do diabła, jesteście? — spytała.

[Kim jesteśmy? Wiesz, kim jesteśmy, Rashmiko. My jesteśmy tymi, dla których przebyliście tę całą drogę. Jesteśmy cieniami. Przybyliście tu po to, by z nami negocjować. Nie pamiętasz?]

Zaklęła, a potem zaczęła bić pięściami w poduszkę na łóżku.

[To nic nie pomoże. Proszę, przestań, zanim zrobisz sobie krzywdę.]

Warknęła i zaczęła walić pięściami po głowie.

[To też nie pomoże. Naprawdę, Rashmiko. Czy jeszcze nie widzisz, że nie zwariowałaś? My po prostu znaleźliśmy drogę do twojej głowy. Rozmawiamy również z Quaichem, ale on nie ma W swej głowie tej całej maszynerii. Musimy być dyskretni, więc szepczemy do niego, kiedy jest sam. Ale ty jesteś inna.]

— Nie mam żadnej maszynerii w głowie. I nic nie wiem o żadnych cieniach.

Głos zmienił ton i teraz dźwięczał niczym mały, cichy przyjaciel szepczący jej do ucha zwierzenia.

[Ależ wiesz, Rashmiko. Po prostu jeszcze sobie nie przypomniałaś. Widzimy barykady w twojej głowie. Zaczynają się walić, ale to zajmie jeszcze trochę czasu. W porządku. Czekaliśmy długo, by znaleźć przyjaciela, możemy poczekać nieco dłużej.] — Myślę, że powinnam zawołać Greliera — powiedziała. Na — czelny medyk pokazał jej, jak korzystać z katedralnego systemu poczty pneumatycznej. Nachyliła się ku nocnej szafce, nad którą umieszczono kratowany panel.

[Nie, Rashmiko. Nie wzywaj go. On tylko lepiej ci się przyjrzy, a ty tego nie chcesz, prawda?] — Dlaczego nie? — zapytała.

[Ponieważ wtedy się dowie, że nie jesteś tym za kogo się po — dałaś. A tego byś nie chciała.]

Jej dłoń zawahała się nad panelem. Dlaczego nie zawołać naczelnego medyka? Nie lubiła sukinsyna, ale głosy, które słyszała, lubiła jeszcze mniej.

Ale to, co mówił głos, przypomniało jej o krwi. Wyobraziła go sobie, jak pobiera próbkę z jej ramienia.

[Tak, Rashmiko, częściowo o to chodzi. Kiedy zanalizuje tę próbkę, dozna szoku. Być może na tym poprzestanie. Na pewno nie chcesz, by przesuwał ci po głowie skanerem, bo wtedy znalazłby coś naprawdę interesującego.]

Jej dłoń nadal unosiła się nad panelem pocztowym, ale wiedziała, że nie naciśnie guzika połączenia. Głos miał słuszność: nie chciała, by Grelier interesował się nią jeszcze bardziej. Nie wiedziała, dlaczego tego nie chce, ale wystarczyło, że o tym wie.

— Boję się — powiedziała, odsuwając rękę.

[Nie musisz. Jesteśmy tutaj, by ci pomóc, Rashmiko.]

— Mnie?

[Wam wszystkim], powiedział głos. Czuła, że się wycofuje, zostawia ją samą. [Wszystko, o co prosimy w zamian, to mała przysługa.]

Później usiłowała zasnąć.

Przestrzeń międzygwiezdna, 2675

Scorpio zaglądał technikowi przez ramię. Do jednej ze ścian przyklejono wielki elastyczny ekran, niedawno wyhodowany przez manufaktury. Pokazywał przekrój statku skopiowany z ostatniej wersji ręcznie narysowanej mapy, którą wykorzystywali do śledzenia kapitana. Plan przypominał raczej jakąś średniowieczną ilustrację anatomiczną, a nie statek kosmiczny. Technik stawiał właśnie krzyżyk obok zbiegu tuneli, niedaleko akustycznych posterunków nasłuchujących.

— Coś dobrego? — spytał Scorpio.

Drugi świnia wydał niejednoznaczny dźwięk.

— Prawdopodobnie nie. Odbieramy przez cały dzień fałszywe sygnały z tamtego obszaru. Obok tego sektora znajduje się gorąca pompa zęzowa. Wciąż dzwoni i włącza nasze „mikrofony”.

— Jednak lepiej to sprawdź, po prostu na wszelki wypadek — doradził Scorpio.

— Brygada już tam schodzi. Nigdy się stamtąd zbytnio nie oddalali.

Scorpio wiedział, że brygada zejdzie w pełnym stroju próżniowym, ostrzeżona przed wyłomami nawet głęboko wewnątrz statku.

— Powiedz im, by uważali — dodał.

— Zrobiłem to, Scorp, ale mogliby jeszcze bardziej uważać, gdyby wiedzieli, czego mają się wystrzegać.

— Nie muszą wiedzieć.

Świnia technik wzruszył ramionami i wrócił do swych zajęć, czekając, aż na monitorze ukaże się następny sygnał akustyczny lub barometryczny.

Myśli Scorpia powędrowały do broni hipometrycznej wirującej w swym korkociągowym szybie miriadami srebrnych ostrzy. Nawet gdy broń pozostawała nieruchoma, czuło się, że jest czymś złym, co swoją obecnością zakłóca harmonię na statku. Była jak rzecz, która na pierwszy rzut oka wydaje się do przyjęcia, ale przy bliższej inspekcji wywołuje efekt noża obracanego w części mózgu odpowiedzialnej za mechanikę tego, co ma działać, a co nie. Kiedy broń funkcjonowała, było jeszcze gorzej. Scorpio ledwie mógł patrzeć na ten młócący, wijący się złożony obiekt. Gdzieś wewnątrz niego znajdował się rejon, w którym wyrabiano coś wstrętnego z podstawową materią czasoprzestrzeni. Maltretowano ją.

Fakt, że ta technika należała do obcych, nie był dla Scorpia zaskoczeniem. Ten rodzaj broni — i dwa podobne — złożono zgodnie z instrukcjami przekazanymi Hybrydowcom przez Aurę, zanim Skade wykradła ją z macicy Khouri. Instrukcje były bardzo dokładne — ciąg jednoznacznych matematycznych recept — ale całkowicie pozbawione wskazówki, jak broń funkcjonuje albo jaki model rzeczywistości trzeba zastosować, by broń działała.

Jedyna uwaga brzmiała następująco: broń hipometryczna reprezentuje ogólną klasę technik słabo aprzyczynowych, które zwykle były tworzone przez preinhibitorowe cywilizacje galaktyczne dwa lub trzy miliony lat od rozpoczęcia przez te cywilizacje eksploracji kosmosu. Z informacji Aury wynikało, że po tym etapie były następne, ale ich wytwory nie mogły być produkowane przy użyciu narzędzi, którymi ludzkość dysponowała. Broń, którą wtedy tworzono, tak się miała do urządzenia hipometrycznego jak złożony wirus komputerowy do kamiennej siekiery. Samo zrozumienie, jak taka broń niekorzystnie działała na wroga, wymagałoby tak ogromnej przebudowy ludzkiego umysłu, że nazywanie go w dalszym ciągu „ludzkim” nie miałoby sensu.

Przesłanie brzmiało: wykorzystajcie jak najlepiej to, co macie.

— Brygady są na miejscu — powiedział drugi świnia, wciskając mikrofon w ucho.

— Coś znaleźli?

— Tylko tyle, że pompa znowu gra.

— Wyłączcie ją — powiedział Scorpio. — Później poradzimy sobie z zęzą.

— Wyłączyć? To jest priorytetowa pompa.