Tak, mogło być gorzej.
Odwiedził techników kalibrujących broń. Ich nerwowe gesty i wyraz twarzy wskazywały, że w najlepszym razie oczekiwali reprymendy.
— Uszkodzenie wydaje się nieco większe niż na metr — powiedział.
— Zawsze było ryzyko — odpowiedziała podenerwowana kierowniczka techników. — Mogliśmy tylko zgadywać i mieć na dzieję…
Scorpio przerwał jej.
— Wiem. Nikt nigdy nie mówił, że będzie to łatwe. Ale wiedząc to, co teraz wiemy, czy może pani zmniejszyć nieco ryzyko?
Kierowniczka poczuła ulgę i jednocześnie niedowierzanie, że Scorpio nie ma zamiaru jej ukarać.
— Tak sądzę… Wziąwszy pod uwagę efekt, który właśnie za obserwowaliśmy… Oczywiście nadal nie ma gwarancji…
— Żadnej gwarancji nie oczekuję. Spodziewam się po prostu, że zrobi pani wszystko, co można.
Szybko potaknęła.
— Oczywiście. A testowanie?
— Nadal je przeprowadzajcie. Będziemy potrzebowali tej broni, bez względu na to, jak wrednie się ją obsługuje.
TRZYDZIEŚCI PIĘĆ
Dziekan wezwał Rashmikę do swej mansardy. Gdy przybyła, stwierdziła z ulgą, że jest w pokoju sam. Ani śladu naczelnego medyka. Nie była wielkim miłośnikiem towarzystwa dziekana, ale jeszcze mniej lubiła uznanie jego osobistego lekarza. Wyobraziła go sobie gdzieś w Lady Morwennie, zajętego swą analizą krwi lub jedną ze swych niesłychanych praktyk, o których krążyły pogłoski.
— Miło się pani mieszka? — spytał dziekan po wskazaniu jej miejsca pośrodku lasu luster. — Mam nadzieję, że tak. Jestem pod wrażeniem pani przenikliwości, panno Els. Grelier działał w natchnieniu, kiedy sugerował, by panią tu zaprosić.
— Cieszę się, że byłam użyteczna — odparła Rashmika. Przy gotowała sobie małą porcję herbaty. Kiedy trzymała porcelanę, drżały jej dłonie — sama myśl, że jest w tym samym pokoju co żelazny skafander, wystarczała, by wyprowadzić ją z równowagi — ale koniecznie musiała udawać spokój.
— Tak, to ogromne szczęście — powiedział Quaiche. Był prawie nieruchomy, poruszały się jedynie jego usta. Powietrze w mansardzie było chłodniejsze niż zwykle: po każdym słowie widziała, jak z jego ust wydobywa się para. — Można powiedzieć, że to niemal zbyt wielkie szczęście.
— Słucham, dziekanie?
— Niech pani spojrzy na stół. Na malachitową szkatułkę obok zastawy do herbaty.
Rashmika dopiero teraz zauważyła pudełko; była pewna, że nie leżało tam podczas jej wcześniejszych wizyt w mansardzie. Pudełko miało nóżki niczym łapy psa. Podniosła je — nie ważyło tyle, ile oczekiwała. Majstrowała przy metalowych zatrzaskach o barwie złota, aż pokrywka odskoczyła. Wewnątrz spoczywała wielka ilość papieru: kartki, koperty wszelkich kolorów i gatunków, starannie związane razem elastyczną taśmą.
— Niech pani je otworzy i rzuci okiem — powiedział dziekan. Wzięła zawiniątko i zsunęła elastyczną opaskę. Papiery rozsypały się na stół. Losowo wybrała jedną kartkę i rozłożyła ją.
Niebieski papier był tak cienki i przezroczysty, że mógł być zapisany tylko jednostronnie. Starannie wypisane atramentem słowa wyglądały znajomo.
— To moja korespondencja — powiedziała. — Moje listy do sponsorowanej przez kościół grupy studyjnej.
— Czy zaskakuje panią, że widzi je zebrane tutaj?
— Zdumiewa mnie, że zebrano je razem i zwrócono panu na nie uwagę — odparła Rashmika — ale nie jestem zdziwiona samym ich widokiem. Były mimo wszystko adresowane do ciała podległego Kościołowi Adwentystów.
— Gniewa się pani?
— To zależy. — Była wściekła, ale czuła również inne emocje. — Czy te listy widział ktokolwiek z grupy studyjnej?
— Kilka pierwszych, ale niemal wszystkie inne zostały prze chwycone, zanim dotarły do badaczy. Niech pani nie bierze tego zbyt osobiście: po prostu dostają mnóstwo korespondencji od różnych świrów i gdyby musieli na nią odpowiadać, nie mieliby czasu na nic innego.
— Nie jestem świrem.
— Nie, ale sądząc po zawartości tych listów, zajmuje pani nieco nieortodoksyjne stanowisko w sprawie czmychaczy, zgodzi się pani?
— Jeśli uważa pan prawdę za stanowisko nieortodoksyjne…
— Nie jest pani jedyna. Grupy studyjne otrzymują mnóstwo listów od amatorów pełnych dobrych chęci. Większość jest jednak całkiem bezużyteczna. Każdy z nich ma swoją teoryjkę na temat czmychaczy. Niestety żaden nie ma najmniejszego pojęcia o metodzie naukowej.
— Ja tak samo mniej więcej mówię o grupach studyjnych. Zaśmiał się na jej zuchwałość.
— Nie nachodzą pani chwile zwątpienia w siebie, prawda, panno Els?
Zebrała papiery i wepchnęła je z powrotem do pudełka.
— Nie złamałam tym żadnych zasad — oznajmiła. — Nie po wiedziałam panu o tej korespondencji, ponieważ nie proszono mnie, bym o niej mówiła.
— Nigdy nie twierdziłem, że złamała pani jakieś zasady. Po prostu mnie to zaintrygowało, to wszystko. Przeczytałem listy i zobaczyłem, że pani argumenty z czasem dojrzewają. Szczerze mówiąc, myślę, że niektóre zagadnienia poruszone przez panią są warte dalszych rozważań.
— Bardzo mi miło to słyszeć.
— Niech pani nie mówi tak drwiąco. Mówię szczerze.
— Nikt w kościele tym się nie interesuje. Dlaczego miałby się interesować? Doktryna zakazuje innych wyjaśnień z wyjątkiem tego, o którym czytamy w broszurach.
— Mianowicie? — spytał żartobliwie.
— Że czmychacze to przypadkowy szczegół, a ich wymordowanie nie ma nic wspólnego ze zniknięciami. Jeśli spełniają jakąś rolę, to jedynie jako ostrzeżenie przed nieposkromioną pychą i podkreślenie pilnej potrzeby zbawienia.
— Wytępiona cywilizacja obcych w tych czasach nie kryje w so bie zbyt wielu tajemnic, prawda?
— Tu zdarzyło się coś innego. Czmychaczom przydarzyło się coś innego niż Amarantinom czy innym martwym cywilizacjom.
— To sedno pani obiekcji, prawda?
— Myślę, że mogłoby pomóc, gdybyśmy wiedzieli, co się stało. — Postukała paznokciami o przykrywkę pudełka. — Zlikwidowano ich, ale to nie przypomina Inhibitorów. Ten, kto to zrobił, zbyt dużo po sobie zostawił.
— Może Inhibitorzy śpieszyli się. Może wystarczyło, że wymordowali czmychaczy, i nie martwili się o ich kulturowe artefakty.
— Oni nie działają w ten sposób. Wiem, co zrobili Amarantinom. Nic nie przetrwało na Resurgamie, chyba że ukryte pod metrami skały, rozmyślnie pogrzebane. Wiem, jak to wyglądało, dziekanie. Byłam tam.
Kiedy Quaiche obrócił się ku niej, z otwieracza oczu błysnęło światło.
— Pani tam była?
— Chciałam powiedzieć — poprawiła się — że tak wiele o tym czytałam, tak dużo o tym rozmyślałam, że czuję się tak, jakbym tam była.
Ale kiedy mówiła te słowa, czuła głębokie przekonanie, że to prawda.
— Problem polega na tym — odparł Quaiche — że jeśli zaneguje pani Inhibitorów jako możliwą przyczynę destrukcji na Heli, musi pani wprowadzić inny czynnik. Z filozoficznego punktu widzenia nie lubimy w ten sposób załatwiać spraw.
— Może to nie jest eleganckie, ale jeśli prawda wymaga drugiego czynnika, a w gruncie rzeczy trzeciego, musimy zdobyć się na odwagę i zaakceptować dowody.
— A pani ma jakiś pomysł, jaki mógłby być ten drugi powód? Nie mogła się powstrzymać od zerknięcia w kierunku zespawanego skafandra kosmicznego, co mimowolnie odwróciło jej uwagę. Dziekan pewnie tego nie zauważył, ale i tak to ją zirytowało. Gdyby tylko mogła kontrolować swe reakcje tak dobrze, jak odczytywała reakcje innych.