Выбрать главу

— Nie wiem — powiedziała. — Ale mam pewne podejrzenia. Fotel dziekana przesunął się, powodując poruszenie obrazów w lustrach.

— Kiedy Grelier pierwszy raz mi o pani opowiadał — kiedy wy dawało się bardzo prawdopodobne, że będzie pani dla mnie użyteczna — uważał, że wyruszyła pani na rodzaj osobistej krucjaty.

— Tak mówił?

— Według Greliera ma to coś wspólnego z pani bratem. Czy to prawda?

— Mój brat poszedł do katedr — powiedziała.

— A pani zaniepokojona, że przez pewien czas nie ma od niego wiadomości, postanowiła udać się za nim. Taka była pani opowieść, prawda?

W sposobie, w jaki powiedział słowo „opowieść”, było coś, co się jej nie podobało.

— Dlaczego miałoby tak nie być?

— Ponieważ zastanawiam się, jak bardzo naprawdę zależy pani na bracie. Czy rzeczywiście z tej właśnie przyczyny prze była pani całą tę drogę, Rashmiko, czy też może to tylko dało pretekst do poszukiwań?

— Nie wiem, co pan ma na myśli.

— Sądzę, że zrezygnowała pani z szukania brata już przed laty — wyjaśnił dziekan. — Uważam, że w głębi serca wiedziała pani, że jego już nie ma. To, na czym pani naprawdę zależało, to czmychacze i pani idee na ich temat.

— To niedorzeczne.

— Ten zwitek listów mówi o czymś innym. Świadczy o głęboko zakorzenionej obsesji, całkiem niestosownej dla dziecka.

— Przyszłam tu po Harbina.

Quaiche mówił ze spokojnym naleganiem, jak nauczyciel łaciny podkreślający jakieś subtelności gramatyczne.

— Przybyła tu pani z mojego powodu, Rashmiko. Postanowiła Pani wspiąć się na szczyt katedralnej administracji, przekonana, że jedynie ja znam odpowiedzi na pytania, które chciała pani zadać, odpowiedzi, których pani pożąda jak narkoman.

— Nie napraszałam się tutaj. Pan mnie tu sprowadził z Żelaznej Katarzyny.

— Wcześniej czy później znalazłaby pani drogę tutaj, jak kret ryjący tunel ku powierzchni ziemi. Stałaby się pani użyteczna dla jednej z grup studyjnych, a stamtąd znalazłaby pani dojście do mnie. Mogłoby to trwać miesiące, a nawet lata. Ale Grelier — niech będzie błogosławione jego wstrętne serduszko — przyśpieszył coś, co już szło swoim torem.

— Myli się pan — powiedziała, drżąc. — Nie chciałam pana widzieć. Nie chciałam tu przychodzić. Dlaczego miałoby to dla mnie tak wiele znaczyć?

— Ponieważ wbiła sobie pani do głowy, że wiem o różnych sprawach — wyjaśnił dziekan. — Sprawach, które mogą być istotne.

Dotknęła szkatułki.

— Wezmę to — powiedziała. — Mimo wszystko to moje.

— Pani są listy, ale może pani zatrzymać szkatułkę.

— Więc już się skończył? Zdawał się zaskoczony.

— Skończył, panno Els?

— Mój okres pracy.

— Nie rozumiem, dlaczego miałby się skończyć — powiedział. — Jak pani wspominała, nigdy nie została pani zobowiązana do mówienia o swoim zainteresowaniu czmychaczami. Nie popełniono żadnej zbrodni. Nie zawiedziono niczyjego zaufania.

Jej dłonie zostawiły na szkatułce mokre ślady. Nie spodziewała się, że jej pozwoli zatrzymać całą tę straconą korespondencję: smutne, poważne przekazy z przeszłości do teraźniejszości.

— Myślałem, że jest pan niezadowolony — powiedziała.

— Nadal ma pani swoją pracę. Prawdę mówiąc, oczekuję nie długo dalszych Ultrasów. Będę chciał pani opinii o nich, pani trafnych spostrzeżeń i uwag, panno Els. Może pani nadal robić to dla mnie, prawda?

Wstała, ściskając szkatułkę. Zrozumiała, że jej audiencja u dziekana dobiegła końca.

— Czy mogę o coś zapytać? Niemal wyjąkała te słowa.

— Ja zadałem pani wiele pytań, więc dlaczego nie? Zawahała się. Jeszcze w chwili, kiedy wypowiadała tę prośbę,

chciała spytać go o Harbina. Dziekan mógł wiedzieć, co się z nim stało: nic by go nie kosztowało odkrycie prawdy z katedralnych zapisów, nawet jeśli nigdy nie widział jej brata na oczy. Ale teraz, kiedy nadeszła ta chwila i dziekan udzielił jej pozwolenia na zadanie pytania, wiedziała, że nie ma odpowiedniej siły, by to zrobić. Nie chodziło o to, że bała się usłyszeć prawdę. Bała się swojej reakcji na tę prawdę. Co będzie, jeśli okaże się, że nie zależało jej na Harbinie aż tak bardzo, jak utrzymywała? Co będzie, jeśli dziekan mówił prawdę, twierdząc, że Harbin jest tylko usprawiedliwieniem jej poszukiwań?

Czy by to zniosła?

Rashmika przełknęła ślinę. Czuła się bardzo młoda, bardzo samotna.

— Chciałam pana zapytać, czy słyszał pan kiedykolwiek o cieniach?

Ale dziekan nie zareagował. Zdała sobie sprawę, że przecież nie obiecywał, że odpowie na jej pytanie.

Przestrzeń międzygwiezdna, 2675

Trzy dni później agregacja Inhibitorów wleciała w zasięg działania broni. Technicy czuli, że powinni przeprowadzić więcej kalibracji, gdyż broń od czasu do czasu robiła coś przerażającego, wygryzając kawałek poszycia statku, zamiast trafić w obiekt oddalony o kilka jednostek astronomicznych. Czasami, i to zatrważało najbardziej, wydawało się, że skutki działania broni są tylko luźno powiązane z jakimikolwiek jej ustawieniami. Nic dziwnego, że wilki nie miały niczego podobnego w swoim arsenale. Może uznały, że, biorąc to wszystko pod uwagę, stosowanie broni przynosi więcej kłopotów niż korzyści. Takie samo rozumowanie prawdopodobnie odnosiło się do napędu nadświetlnego Skade. We wszechświecie mnóstwo rzeczy było możliwych, znacznie więcej, niż się wydaje na pierwszy rzut oka, ale wiele z nich było niezdrowych zarówno na poziomie indywidualnym, jak i całej rasy czy nawet galaktycznej cywilizacji.

Tak więc światła w dalszym ciągu przygasały, broń dalej pracowała, a ego Scorpia nadal miało się dobrze. Broń mogła czynić groteskowe rzeczy, ale dla niego najważniejsze było to, że powoli wygryzała kęsy ścigającego ich roju wilków.

Nie zwyciężał. Trwał. I to na razie wystarczało.

* * *

Aurę zawiniętą w jej pikowany srebrny koc umieszczono na kolanach matki. Scorpio nadal uważał, że jest zatrważająco mała, niczym lalka przeznaczona raczej do trzymania w szafce niż wystawiania na szamotaninę świata zewnętrznego. Ale było w niej spokojne poczucie, że nic się jej nie może stać, które przyprawiało Scorpia o dreszcz. Dziecko miało teraz szeroko otwarte oczy. Były złotobrązowe, popstrzone plamkami złota, brązu i jakiegoś koloru zbliżonego do elektrycznego błękitu. Nie rozglądały się tak po prostu. One badały i nadzorowały.

Scorpio i inni seniorzy spotkali się w pokoju zebrań wokół ciemnego stołu. Scorpio studiował twarze swych towarzyszy, wymieniając w myślach sprzymierzeńców i przeciwników oraz tych, którzy prawdopodobnie jeszcze się nie zdecydowali. Mógł liczyć na Antoinette, ale ona wróciła na Ararat. Był pewien, że Blood również widziałby sprawy tak samo jak on, niekoniecznie dlatego, że je gruntownie przemyślał, ale dlatego, że musiałby mieć wyobraźnię, a wyobraźnia nigdy nie była mocną stroną Blooda. Scorpiowi już go brakowało. Musiał wciąż sobie przypominać, że jego stary zastępca nie jest martwy, tylko po prostu poza zasięgiem.

Od czasu, gdy opuścili Ararat, minęło dwa tygodnie. „Nostalgia za Nieskończonością” oddalała się od planety ze stałym przyśpieszeniem jednego g. W ciągu pierwszego tygodnia pokonała dwanaście jednostek astronomicznych i uzyskała jedną pięćdziesiątą szybkości światła. Pod koniec drugiego tygodnia osiągnęła jedną dwudziestą piątą szybkości światła i znajdowała się teraz pięćdziesiąt jednostek astronomicznych od Araratu. Scorpio czuł tę odległość: kiedy spoglądał w tył, jasne słońce Araratu, Epsylon Eridani A — to, które ich ogrzewało przez dwadzieścia trzy lata — było teraz jedynie bardzo jasną gwiazdą, sto tysięcy razy słabszą niż widziana z powierzchni planety. Wcale nie była jaśniejsza niż jej bliźniacza towarzyszka, Słabe Słońce, albo Epsylon Eridani B; były jak para bursztynowych oczu zbliżających się do siebie w miarę jak statek odlatywał coraz dalej w przestrzeń międzygwiezdną. Scorpio nie widział wilków — tylko czujniki mogły wyróżnić je z tła, i to z ograniczoną pewnością — ale tam były. Broń hipometryczna wygryzała dziury w elementach ścigających, ale nie wszystkie wilki udało się zniszczyć.