Выбрать главу

Aż do tej pory ich kurs był zgodny z planem Remontoire’a; trajektorię statku zaprojektowano tak, by oddalili się od wilków z jak najmniejszym prawdopodobieństwem przechwycenia. Dopiero teraz, po dwóch tygodniach, mieli możliwość wyboru celu podróży.

Scorpio wstał i czekał, aż wszyscy się uciszą. Bez słowa wyciągnął nóż Clavaina z pochwy. Bez włączania go nachylił się nad stołem i zrobił dwa znaki po obu stronach środkowej linii, każdy jedynie trzema zadrapaniami ostrza. Jeden to był „Y”, drugi „H”. Na czarnym lakierze drewna zadrapania miały kolor świńskiej skóry. Wszyscy patrzyli na niego, oczekując, że coś powie. On natomiast włożył z powrotem nóż do pochwy i usiadł na fotelu. Potem splótł dłonie na karku i skinął na Orkę Cruz.

Cruz była jedynym sprzymierzeńcem z czasów Chasm City, jaki mu pozostał. Popatrzyła na wszystkich po kolei, przeszywając ich spojrzeniem swego jedynego oka, a jej czarne paznokcie zaczęły drapać w stół.

— Ostatnie kilka tygodni nie były łatwe — zaczęła. — Wszyscy coś poświęciliśmy, wszyscy widzieliśmy, jak nasze plany wywracają się do góry nogami. Niektórzy z nas stracili ukochane osoby lub obserwowali, jak rozpadają się ich rodziny. Wszystko, co uważaliśmy miesiąc temu za pewne, zamieniło się w pył. Jesteśmy głęboko na nieznanym terytorium i nie mamy mapy. Gorzej, człowieka, któremu ufaliśmy i który potrafiłby wybrać właściwą drogę, nie ma już z nami. — Utkwiła wzrok w Scorpiu, czekając, aż wszyscy inni też zwrócą na niego spojrzenie. — Ale nadal mamy przywódcę — ciągnęła. — Nadal mamy cholernie dobrego przywódcę, kogoś, komu Clavain powierzył kierowanie sprawami na Araracie, kiedy jego samego nie było w pobliżu. Kogoś, komu powinniśmy zaufać teraz bardziej niż kiedykolwiek. Clavain wierzył w jego osąd. Sądzę, że nadszedł czas, byśmy poszli za jego przykładem.

Urton, kobieta z Sił Bezpieczeństwa, potrząsnęła głową.

— Orca, nikt z nas nie ma zastrzeżeń co do przywództwa Scorpia. — Ostatnie słowo powiedziała z naciskiem, pozostawiając każdemu wyciągnięcie własnych wniosków o tym, jakie właściwie problemy mogliby mieć ze świnią. — Ale chcielibyśmy teraz usłyszeć, dokąd według ciebie powinniśmy polecieć.

— To bardzo proste — odparła Orca Cruz. — Musimy polecieć na Helę.

Urton próbowała bezskutecznie ukryć zaskoczenie.

— A więc wszyscy się zgadzamy.

— Ale dopiero po tym, jak odwiedzimy Yellowstone — dodała Cruz — Hela jest… wielką niewiadomą. Nie wiemy naprawdę, co tam znajdziemy i czy w ogóle coś znajdziemy. Ale wiemy, że możemy uczynić nieco dobra wokół Yellowstone. Możemy zabrać jeszcze dziesiątki tysięcy spaczy. Może nawet sto pięćdziesiąt tysięcy. To ludzkie życie, Urton. To ludzie, których możemy ocalić. Los dał nam ten statek i musimy coś z tym zrobić.

— Już ewakuowaliśmy układ Resurgamu — powiedziała Urton. — Nie licząc obecnych siedemnastu tysięcy z tego układu. Powie działabym, że mamy czyste konto.

— Konto nigdy nie jest czyste.

Urton machnęła ręką nad stołem.

— O czymś zapominasz. Systemy centralne aż się roją od Ultrasów. W każdym układzie, jaki tylko wymienisz, są dziesiątki, setki statków o pojemności „Nieskończoności”.

— Powierzyłabyś swoje życie Ultrasom? Jesteś głupsza niż na to wyglądasz.

— Oczywiście, że bym powierzyła. Aura zaśmiała się.

— Dlaczego ona to robi? — spytała Urton.

— Ponieważ skłamałaś — wyjaśniła Khouri. — Ona może to stwierdzić.

Jeden z reprezentantów uchodźców — mężczyzna o nazwisku Rintzen — taktownie kaszlnął i uśmiechnął się, starając się załagodzić sprawę.

— Urton ma na myśli, że to po prostu nie nasze zadanie. Motywy i metody działania Ultrasów mogą budzić wątpliwości — wszyscy o tym wiemy — ale to niepodważalny fakt, że posiadają okręty i szukają klientów. Jeśli sytuacja w układach centralnych rzeczywiście osiągnęła punkt krytyczny, wtedy — pozwolę sobie zaryzykować twierdzenie — będziemy mieli tylko klasyczny przy kład równowagi popytu i podaży.

Cruz pokręciła głową. Wydawała się pełna obrzydzenia. Gdyby Scorpio wszedł właśnie w tej chwili i musiał wnioskować o sytuacji tylko z jej twarzy, doszedłby do wniosku, że ktoś właśnie załatwił się na stół.

— Możecie mi przypomnieć… Kiedy przybyliście na ten statek z Resurgamu, ile to was kosztowało? — zapytała.

Mężczyzna przyglądał się swym paznokciom.

— Oczywiście, że nic… ale nie o to chodzi. Sytuacja była zupełnie inna.

Światła przygasły. Teraz zdarzało się to co kilka minut, kiedy rozkręcano broń i strzelano. Wszyscy wiedzieli, że wilki nadal podpełzają coraz bliżej do „Nostalgii za Nieskończonością”.

— W porządku — powiedziała Cruz, kiedy światło zamigotało i wróciło do normy. — Więc ile wydusiliście z siebie grosza, kiedy ewakuowano was z Araratu?

— Również nic — przyznał Rintzen. — Ale obu spraw nie można porównywać…

— Budzisz we mnie obrzydzenie — przerwała mu Cruz. — Miałam już do czynienia ze śluzem w Mierzwie, ale ty jesteś klasą sam dla siebie, Rintzen.

— Posłuchaj — wtrąciła się Kashian, drugi reprezentant uchodźców — nikt nie mówi, że to w porządku, że Ultrasi czerpią zyski z wilczego zagrożenia, ale musimy być pragmatyczni. Ich statki zawsze będą lepiej przystosowane do potrzeb masowej ewakuacji. — Rozejrzała się wokół, zapraszając innych, by poszli za jej przykładem. — To pomieszczenie wygląda dość normalnie, ale nie jest reprezentatywne dla reszty statku. Przypomina raczej perłę w śluzie ostrygi. Istnieją rozległe obszary statku, które nie zostały nawet zmapowane, nie mówiąc już o zamieszkaniu w nich. I nie zapominajmy, że sprawy mają się znacznie gorzej niż podczas ewakuacji Resurgamu. Większość z siedemnastu tysięcy, którzy przybyli na statek tydzień temu, nadal nie została należycie załatwiona. Mieszkają w niewyobrażalnych warunkach.

Zadrżała, jakby doświadczała przez osmozę tego brudu i nędzy.

— Jeśli chcesz mówić o niewyobrażalnych warunkach — odparła Cruz — to spróbuj na parę tygodni umrzeć, a zobaczysz, jak to jest.

Kashian pokręciła głową, patrząc z irytacją na innych starszych.

— Z tą kobietą nie można negocjować. Ona wszystko sprowadza do absurdów.

— Czy mogę coś powiedzieć? — spytał Vasko Malinin. Scorpio spojrzał na niego i wzruszył ramionami.

Vasko wstał, pochylił się i oparł rozpostartymi palcami o blat stołu.

— Nie będę dyskutował nad logistyką wspierania ewakuacji z Yellowstone — oznajmił. — Niezależnie od potrzeb tamtych uchodźców, dostaliśmy wyraźne wskazanie, byśmy tam nie lecieli. Musimy słuchać Aury.

— Ona nie mówiła, że nie powinniśmy lecieć na Yellowstone — wtrąciła Cruz. — Powiedziała tylko, że powinniśmy lecieć na Helę.

Vasko miał poważny wyraz twarzy.

— Myślisz, że to robi różnicę?

— Yellowstone mogłoby być naszym priorytetem, tak jak po wiedziałam. Nie wyklucza to wizyty na Heli, kiedy zakończymy ewakuację.

— To zajmie dziesięciolecia — zauważył Vasko.

— Cokolwiek zrobimy, zajmie dziesięciolecia — powiedziała Cruz z lekkim uśmiechem. — Taka jest natura tej gry, chłopcze.

— Wiem, jaka jest natura tej gry — odparł Vasko cichym głosem, dając jej do zrozumienia, że zrobiła błąd, zwracając się do niego w ten sposób. — Ale wiem także, że dostaliśmy wyraźne instrukcje co do wyruszenia na Helę. Czy nie sądzisz, że gdyby Yellowstone było częścią planów Aury, zawiadomiłaby nas o tym?

Wszyscy spojrzeli na dziecko. Aura czasami wydawała ciche, przypominające skrzeczenie dźwięki. Jednak były dni, kiedy w ogóle nic nie mówiła. Wtedy, tak jak teraz, wydawała się przełączać w tryb niezwykle uważnego słuchania.

— Chce, byśmy lecieli na Helę — powiedziała Khouri. — To wszystko, co wiem.

— A co z tą drugą sprawą? — zapytał Scorpio. — Co z negocjacjami z cieniami?

— To było coś, może wspomnienie, które się wyrwało, ale którego nie mogła zinterpretować.

— Co jeszcze przedostało się w tym samym czasie? Spojrzała na niego, wahając się.

— Poczułam coś, co mnie przestraszyło — odpowiedziała wreszcie.

— Coś związanego z tymi cieniami?

— Tak. Jakby chłód z otwartych drzwi, przeciąg grozy. — Khouri opuściła wzrok na swoje dziecko. — Ona też to czuła.

— I to wszystko, co możesz mi powiedzieć? Mamy lecieć na Helę i negocjować z kimś, kto was obie śmiertelnie przeraża?

— Po prostu przesłanie zawierało ostrzeżenie — odparła Khouri. — Musimy być ostrożni. Ale mówiło także, że musimy to zrobić.

— Jesteś pewna? — nalegał Scorpio.

— Dlaczego miałabym wątpić?

— Może nieprawidłowo zinterpretowałaś wiadomość. Może „przeciąg grozy” miał nam powiedzieć, że pod żadnym pozorem nie powinniśmy mieć do czynienia z… z tymi cieniami.

— Możliwe, Scorp, ale w takim razie dlaczego w ogóle wspo mniała o cieniach?

— Albo o Heli, jeśli już o to chodzi — dodał Vasko. Scorpio popatrzył na niego przeciągle.

— Skończyłeś? — zapytał.

— Chyba tak.

— Więc sądzę, że trzeba podjąć decyzję — oznajmił świnia. — Słyszeliśmy argumenty obu stron. Możemy lecieć na Helę, mając niewielką szansą na to, że będzie tam coś, co jest warte tego wysiłku. Albo możemy zabrać statek na Yellowstone i ocalić życie ludziom. Myślę, że wszyscy znacie moje zdanie na ten temat — Wskazał głową litery, które wyżłobił w stole starym nożem Clavaina. — Sądzę, że wiecie również, co zrobiłby Clavain w tych samych okolicznościach.

Wszyscy milczeli.

— Jest jednak problem — kontynuował Scorpio. — A problem polega na tym, że wybór nie należy do nas. To nie jest demokracja. Możemy tylko przedstawić nasze argumenty i pozwolić zadecydować kapitanowi Johnowi Branniganowi.

Sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął garstkę czerwonego pyłu, który przez ostatnie kilka dni nosił ze sobą.

Był to drobnoziarnisty tlenek żelaza — tak bliski marsjańskiej gleby, jak tylko może być bliski dwadzieścia siedem lat świetlnych od Marsa. Wysypywał mu się przez krótkie palce, kiedy trzymał go nad środkiem stołu pomiędzy literami Y i H.

Wiedział, że to jest właśnie to: kluczowa chwila. Jeśli nic się nie stanie — jeśli statek natychmiast nie zasygnalizuje swych intencji, przysypując pyłem jedną czy drugą literę — Scorpio będzie skończony. Ale Clavain nigdy nie unikał takich chwil. Całe jego życie polegało na przechodzeniu od jednego kryzysu do drugiego.

Scorpio podniósł wzrok. Pył się skończył.

— Twój ruch, Johnie.