— Myślisz, że to robi różnicę?
— Yellowstone mogłoby być naszym priorytetem, tak jak po wiedziałam. Nie wyklucza to wizyty na Heli, kiedy zakończymy ewakuację.
— To zajmie dziesięciolecia — zauważył Vasko.
— Cokolwiek zrobimy, zajmie dziesięciolecia — powiedziała Cruz z lekkim uśmiechem. — Taka jest natura tej gry, chłopcze.
— Wiem, jaka jest natura tej gry — odparł Vasko cichym głosem, dając jej do zrozumienia, że zrobiła błąd, zwracając się do niego w ten sposób. — Ale wiem także, że dostaliśmy wyraźne instrukcje co do wyruszenia na Helę. Czy nie sądzisz, że gdyby Yellowstone było częścią planów Aury, zawiadomiłaby nas o tym?
Wszyscy spojrzeli na dziecko. Aura czasami wydawała ciche, przypominające skrzeczenie dźwięki. Jednak były dni, kiedy w ogóle nic nie mówiła. Wtedy, tak jak teraz, wydawała się przełączać w tryb niezwykle uważnego słuchania.
— Chce, byśmy lecieli na Helę — powiedziała Khouri. — To wszystko, co wiem.
— A co z tą drugą sprawą? — zapytał Scorpio. — Co z negocjacjami z cieniami?
— To było coś, może wspomnienie, które się wyrwało, ale którego nie mogła zinterpretować.
— Co jeszcze przedostało się w tym samym czasie? Spojrzała na niego, wahając się.
— Poczułam coś, co mnie przestraszyło — odpowiedziała wreszcie.
— Coś związanego z tymi cieniami?
— Tak. Jakby chłód z otwartych drzwi, przeciąg grozy. — Khouri opuściła wzrok na swoje dziecko. — Ona też to czuła.
— I to wszystko, co możesz mi powiedzieć? Mamy lecieć na Helę i negocjować z kimś, kto was obie śmiertelnie przeraża?
— Po prostu przesłanie zawierało ostrzeżenie — odparła Khouri. — Musimy być ostrożni. Ale mówiło także, że musimy to zrobić.
— Jesteś pewna? — nalegał Scorpio.
— Dlaczego miałabym wątpić?
— Może nieprawidłowo zinterpretowałaś wiadomość. Może „przeciąg grozy” miał nam powiedzieć, że pod żadnym pozorem nie powinniśmy mieć do czynienia z… z tymi cieniami.
— Możliwe, Scorp, ale w takim razie dlaczego w ogóle wspo mniała o cieniach?
— Albo o Heli, jeśli już o to chodzi — dodał Vasko. Scorpio popatrzył na niego przeciągle.
— Skończyłeś? — zapytał.
— Chyba tak.
— Więc sądzę, że trzeba podjąć decyzję — oznajmił świnia. — Słyszeliśmy argumenty obu stron. Możemy lecieć na Helę, mając niewielką szansą na to, że będzie tam coś, co jest warte tego wysiłku. Albo możemy zabrać statek na Yellowstone i ocalić życie ludziom. Myślę, że wszyscy znacie moje zdanie na ten temat — Wskazał głową litery, które wyżłobił w stole starym nożem Clavaina. — Sądzę, że wiecie również, co zrobiłby Clavain w tych samych okolicznościach.
Wszyscy milczeli.
— Jest jednak problem — kontynuował Scorpio. — A problem polega na tym, że wybór nie należy do nas. To nie jest demokracja. Możemy tylko przedstawić nasze argumenty i pozwolić zadecydować kapitanowi Johnowi Branniganowi.
Sięgnął do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął garstkę czerwonego pyłu, który przez ostatnie kilka dni nosił ze sobą.
Był to drobnoziarnisty tlenek żelaza — tak bliski marsjańskiej gleby, jak tylko może być bliski dwadzieścia siedem lat świetlnych od Marsa. Wysypywał mu się przez krótkie palce, kiedy trzymał go nad środkiem stołu pomiędzy literami Y i H.
Wiedział, że to jest właśnie to: kluczowa chwila. Jeśli nic się nie stanie — jeśli statek natychmiast nie zasygnalizuje swych intencji, przysypując pyłem jedną czy drugą literę — Scorpio będzie skończony. Ale Clavain nigdy nie unikał takich chwil. Całe jego życie polegało na przechodzeniu od jednego kryzysu do drugiego.
Scorpio podniósł wzrok. Pył się skończył.
— Twój ruch, Johnie.
Wieczorem głos wrócił. Zawsze czekał na chwilę, gdy była sama, gdy znajdowała się daleko od mansardy. Za pierwszym razem miała nadzieję, że głos okaże się jakimś urojeniem, może skutkiem działania quaicheistycznych środków w jakiś sposób wprowadzonych do jej organizmu. Ale głos był zbyt racjonalny, a to, co mówił, dotyczyło Rashmiki i jej kłopotliwego położenia, a nie jakiegoś typowego nosiciela wirusa.
[Rashmiko] — mówił — [posłuchaj nas, proszę. Czas kryzysu się zbliża.]
— Odejdź — powiedziała, chowając twarz w poduszkę. [Potrzebujemy twojej pomocy.]
Wiedziała, że jeśli nie odpowie głosowi, będzie ją nadal dręczył.
— Mojej pomocy?
[Wiemy, co Quaiche zamierza zrobić, że planuje przeprowadzić katedrę po moście. Nie uda mu się, Rashmiko. Most nie wytrzyma ciężaru Lady Morwenny. Nigdy nie miał służyć przewożeniu czegoś takiego jak katedra.]
— A wy to wiecie, prawda?
[Mostu nie zbudowali czmychacze. Jest znacznie późniejszy. I nie wytrzyma ciężaru Lady Mor.]
Usiadła prosto na wąskim łóżku i obróciła okiennice, by wpuszczały światło przez witraż. Czuła dudnienie i kołysanie katedry, odległy warkot silników. Pomyślała o moście, lśniącym gdzieś przed nimi, delikatnym jak sen, nieświadomym sunącej ku niemu powoli ogromnej masy.
Co głos miał na myśli, mówiąc, że jest znacznie późniejszy?
— Nie mogę tego zatrzymać — powiedziała.
[Nie musisz zatrzymywać katedry. Musisz po prostu przenieść nas w bezpieczne miejsce, zanim będzie za późno.]
— Poproście Quaiche’a.
[Myślisz, że nie próbowaliśmy, Rashmiko? Myślisz, że nie zmarnowaliśmy wielu godzin, próbując go namówić? Ale on o nas nie dba. Wolałby raczej, byśmy nie istnieli. Czasami nawet udaje mu się przekonać samego siebie, że nas nie ma. Kiedy katedra spadnie z mostu albo most się zawali, zostaniemy zniszczeni.
Pozwoli, by to się stało, ponieważ wtedy nie będzie już musiał o nas myśleć.]
— Nie mogę wam pomóc — odparła. — Nie chcę wam poma gać. Przerażacie mnie. Nie wiem nawet, kim jesteście ani skąd przyszliście.
[Wiesz więcej, niż sobie wyobrażasz. Przybyłaś tutaj, by znaleźć nas, a nie Quaiche’a.]
— Nie bądźcie niemądrzy.
[Wiemy, kim jesteś, Rashmiko, albo raczej wiemy, kim nie jesteś. Ta maszyneria w twojej głowie, pamiętasz? Skąd ona się wzięła?]
— Nic nie wiem o żadnej maszynerii.
[A twoje wspomnienia — czy nie wydają się czasami należeć do kogoś innego? Słyszeliśmy, jak mówiłaś do dziekana o Amarantinach i swoich wspomnieniach z Resurgamu.]
— To było przejęzyczenie. Nie chciałam powiedzieć… [Chciałaś powiedzieć każde słowo, które wypowiedziałaś, tylko po prostu jeszcze nie zdajesz sobie z tego sprawy. Jesteś kimś innym, niż ci się wydaje, Rashmiko. Jak daleko sięgają twoje wspomnienia z życia na Heli? Dziewięć lat? Podejrzewamy, że niewiele więcej. Więc co się działo wcześniej?]
— Przestań tak mówić — powiedziała. Głos zignorował jej słowa.
[Nie jesteś tym, kim się wydajesz. Te wspomnienia o życiu na Heli są tylko wszczepione, nic więcej. Pod nimi jest coś zupełnie innego. Przez dziewięć lat dobrze ci służyły, pozwalając poruszać się wśród tych ludzi tak, jak gdybyś się z nich zrodziła. Złudzenie było tak doskonałe, że nie budziło nawet twojej wątpliwości. Ale cały czas cel twojej prawdziwej misji znajdował się w twoim mózgu. Czekałaś na coś, na pewien zbieg wydarzeń. Poprowadził cię on z jałowych wyżyn w dół, do Drogi Ustawicznej. Teraz, zbliżając się do końca swych poszukiwań, wychodzisz z tego snu. Zaczynasz wspominać, kim naprawdę jesteś, a to cię w równej mierze podnieca, jak i przeraża.]
— Moja misja? — Była rozbawiona absurdalnością tego po mysłu.