[Skontaktowanie się z nami, z cieniami. Z tymi, do których cię wysłano, byś z nimi negocjowała.]
— Kim jesteście? — zapytała cicho. — Proszę, powiedzcie.
[Idź spać, dziewczynko. Będziesz o nas śniła i wszystkiego się dowiesz.]
Rashmika poszła spać. Śniła o cieniach i nie tylko. Był to rodzaj snu, który zawsze kojarzyła z płytką drzemką i gorączką: sen abstrakcyjny, pełen niewyjaśnionych lęków i uniesień. Śniła sen o ludzie, na który polowano.
Byli daleko, tak daleko, że odległość oddzielająca ich od znajomego wszechświata — zarówno w przestrzeni, jak i czasie — była poza wszelką rozsądną skalą pomiarową. Ale to byli ludzie. Żyli, marzyli i mieli historię, która sama w sobie była rodzajem snu: sięgającą niewyobrażalnie daleko złożoną opowieścią epicką, która była zbyt długa do opowiadania. Wszystko, co Rashmika musiała wiedzieć — co mogła teraz wiedzieć — to fakt, że ich pamięć o kolonizacji międzygwiezdnej była w ludzkiej skali tak odległa, tak zblakła na skutek upływu czasu, że niemal zlewała się z ich najwcześniejszą prehistorią, ledwie dającą się oddzielić od słabych rodowych wspomnień o rozpalaniu ognia i polowaniu na dziką zwierzynę.
Skolonizowali garstkę gwiazd, potem swoją galaktykę, a później znacznie większy obszar, przeskakując na zewnątrz do jeszcze większych terytoriów, od jednej hierarchicznej struktury do następnej. Galaktyki, potem grupy galaktyk, a później supergromady dziesiątek tysięcy grup galaktycznych, aż nawoływali się przez bezgwiezdne pustki między supergromadami — największymi strukturami w dziele stworzenia — niczym małpy wyjące do siebie z jednego do drugiego wierzchołka drzewa. Wykonali rzeczy i cudowne, i straszne. Przekształcili siebie i swój wszechświat i snuli plany na wieczność.
Ale ponieśli klęskę. W ciągu całej tej oszałamiającej historii nigdy nie było takiego okresu, by przed czymś nie uciekali. Nie byli to Inhibitorzy ani nic do nich podobnego. To był rodzaj maszynerii, ale tym razem raczej jak plaga, jak żarłoczna choroba, którą sami na siebie sprowadzili. Szczegóły snu były mętne, ale zrozumiała jedno: w swej najwcześniejszej historii stworzyli coś — raczej narzędzie niż broń — co miało służyć celom pokojowym, ale wymknęło się spod ich kontroli.
Narzędzie to ani nie atakowało ludzi, ani nie wykazywało jakichkolwiek oznak, że w ogóle ludzi dostrzega. Z niezwykłą skutecznością rozrywało materię, obracało światy w latające obłoki gruzu, skorupy skał i lodu otaczające gwiazdy. Zwierciadła w rojach maszynerii zbierały światło gwiazd i ogniskowały życiodajną energię na ziarnkach gruzu; przezroczyste membrany więziły tę energię wokół każdego ziarenka i pozwalały drobnym bąblowym ekosystemom na wzrost. Wewnątrz tych ciepłych szmaragdowozielonych kieszeni mogli żyć ludzie, jeśli tylko chcieli. Ale był to ich jedyny wybór. Innym rozwiązaniem była ucieczka: nie mogli powstrzymać postępu machin transformujących, więc musieli uciekać przed czołem fali. Mogli tylko obserwować, jak transformujący pożar trawił ich rozległą cywilizację w ciągu zaledwie mgnienia kosmicznego czasu, kiedy to wielkie roje stymulowanej maszynami żyjącej materii zamieniały gwiazdy w zielone latarnie.
Uciekali i uciekali. Szukali schronienia w galaktykach satelitarnych i przez kilka milionów lat myśleli, że są bezpieczni. Ale maszyny w końcu dotarły do tych satelitów i rozpoczęły ten sam powolny proces gwiezdnej konsumpcji. Ludzie uciekali nadal, ale nigdy dostatecznie daleko, nigdy wystarczająco szybko. Żadna broń nie działała: albo robiła więcej szkód niż plaga, albo pomagała pladze szybciej się rozprzestrzeniać. Maszyny transformujące ewoluowały, stając się coraz bardziej sprytnymi. Tylko jedna rzecz się nie zmieniała: ich głównym zadaniem pozostawało rozbijanie światów i przerabianie ich na miliardy jasnozielonych odłamków.
Teraz, w końcowej części swej historii, ludzie nie mieli już dokąd uciekać. Nie mogli się cofnąć, nie mogli mieszkać razem z maszynami. Nawet przetransformowane galaktyki były obecnie nie do zamieszkania, ich chemia była zatruta, a równowaga ekologiczna gwiezdnego życia i śmierci zakłócona przez rojną aktywność maszyn. Niesterowalna broń, zaprojektowana początkowo po to, by pokonać maszyny, obecnie stanowiła takie samo jak one ryzyko.
Tak więc ludzie zwrócili się gdzie indziej. Skoro wyparto ich z własnego wszechświata, może nadszedł czas, by rozważyć przeniesienie się do innego.
Na szczęście nie było to takie niemożliwe, jak się wydawało.
W swoim śnie Rashmika dowiedziała się o teorii multiświatów. Sen miał charakter halucynacji: aksamitne zasłony światła i ciemności falowały w jej mózgu z rozleniwieniem burz zorzowych. Zrozumiała, że wszystko w widzialnym wszechświecie, wszystko, co zobaczyła — od własnej dłoni do Lady Morwenny, od Heli aż po najdalszą galaktykę — było z konieczności uwięzione w jednej branie, jak wzór wyszyły na kawałku materiału. Kwarki i elektrony, fotony i neutrino — wszystko, z czego składał się wszechświat, w którym żyła i oddychała, łącznie z nią samą, musiało poruszać się po powierzchni tylko tej jednej brany.
Ale sama brana była zaledwie jedną z wielu kart unoszących się w wielowymiarowej przestrzeni nazywanej wieloświatem. Karty upchano ciasno razem; może nawet łączyły się ze sobą przy krawędziach jak złożony program muzyczny jakiejś ogromnej kosmicznej orkiestracji. Niektóre z kart bardzo różniły się własnościami od innych: chociaż rządziły nimi te same podstawowe prawa natury, siła stałych sprzęgających — a co za tym idzie, własności makroskopowego wszechświata — zależała od położenia poszczególnej brany w wieloświecie. Życie w tych odległych branach było obce i dziwne, zakładając, że parafialna fizyka pozwalała na coś tak złożonego jak życie. W innych miejscach karty uderzały o siebie, co generowało pierwotne wydarzenia w każdej z bran, bardzo podobne do wielkich wybuchów tradycyjnej kosmologii.
Jeśli lokalna brana łączyła się z inną, wtedy punkt zagięcia — kant — leżał w kosmologicznej odległości mieszczącej się nawet poza skalą Hubble’a. Ale nic nie przeszkadzało materii i promieniowaniu w odbyciu podróży wokół zagięcia w ciągu określonego czasu. Gdyby ktoś podróżował po powierzchni jednej z tych połączonych bran — przez niezliczone megaparseki, dostatecznie daleko przez konwencjonalny wszechświat materii i światła — w końcu znalazłby się w najbliższej branie w wielowymiarowej pustce wieloświata.
Rashmika nie widziała topologicznego pokrewieństwa między jej braną i braną cieni. Były połączone czy rozdzielne? Czy cienie rozmyślnie nie podawały tej informacji, czy po prostu o tym nie wiedziały?
Prawdopodobnie nie miało to znaczenia. Ważny był jedynie fakt, że istniał sposób przekazywania sygnałów przez wieloświat. Grawitacja nie była podobna do innych elementów we wszechświecie: była jedynie w niedoskonały sposób związana z konkretną braną. Mogła sączyć się wzdłuż indywidualnej brany jak powoli rozchodząca się plama wina, ale mogła także przeciekać, na skrót przez wieloświat.
Ludzie — cienie, jak teraz sobie uświadomiła — wykorzystywali grawitację, by przesyłać wiadomości przez wieloświat, od brany do brany. I ze swoją zwykłą cierpliwością — bo czego jak czego, ale cierpliwości nie można było im odmówić — czekali, aż ktoś odpowie.
W końcu ktoś to zrobił. Byli to czmychacze, gatunek samodzielnie podróżujący wśród gwiazd. Ich historia była znacznie krótsza od historii cieni; tylko kilka milionów lat wcześniej wynurzyli się ze świata swego narodzenia w jakimś zapadłym kącie galaktyki. Byli szczególnym gatunkiem — mieli dziwny zwyczaj zamieniania części ciała i wstręt do podobieństwa i kopii. Ich kultura była tak dziwaczna, że żadna jej cecha nie miała sensu dla innych gatunków, które czmychacze kiedykolwiek napotkali. Dlatego też nawiązali niewiele kontaktów handlowych, zawarli niewiele przymierzy i uzyskali od innych społeczeństw bardzo mało wiedzy. Zamieszkiwali zimne światy, faworyzując księżyce gazowych gigantów. Pozostawali we własnym gronie i nie mieli poważniejszych ambicji, prócz zasiedlenia kilkuset układów w swym lokalnym sektorze galaktycznym. Z powodu ich samotniczych zwyczajów minęło trochę czasu, zanim przyciągnęli uwagę Inhibitorów.