Выбрать главу

Tak więc cienie dowiedziały się od czmychaczy, jak to całe gatunki zostają unicestwione przez rojące się czarne maszyny.

Możemy pomóc, oświadczyli.

W tamtym czasie mogli tylko przekazywać wiadomości przez wieloświat, ale przy współpracy czmychaczy mogli zrobić znacznie więcej: wielki grawitacyjny odbiornik sygnałów, skonstruowany przez czmychaczy po to, by odbierać przekazy cieni, potencjalnie pozwalał na interwencję fizyczną. W jego sercu znajdował się syntetyzator masy, maszyna zdolna do konstruowania solidnych obiektów zgodnie z przesłanymi schematami. Tak jak sam odbiornik, syntetyzator masy był produktem starej techniki wszechgalaktycznej. Żywił się bogatymi w metal pozostałościami planety — gazowego giganta, który został rozbity, by skonstruować z niego odbiornik. Mimo swej prostoty syntetyzator masy miał różnorodne zastosowania. Można go było zaprogramować, by budował pojemniki na cienie: puste, niemal nieśmiertelne ciała maszynowe, którym cienie mogłyby przekazywać swoje osobowości. Dla cieni, już wcielonych w maszyny po swojej stronie wieloświata, nie było to wielkim poświęceniem.

Ale czmychacze — gatunek z natury bardzo ostrożny — zbudował sprytne zabezpieczenia przed fizyczną interwencją z jednej brany do drugiej. Syntetyzator masy nie mógł być aktywowany zdalnie, z brany cieni. Tylko czmychacze mogli go włączyć i pozwolić cieniom na kolonizację tej strony wieloświata. Cienie nie były zainteresowane przejęciem całej galaktyki — przynajmniej tak utrzymywały — a chciały jedynie ustanowić małą, niezależną społeczność, daleko od niebezpieczeństw, które sprawiły, że ich brana nie nadawała się już do zamieszkania.

W zamian obiecali dostarczyć czmychaczom środki do pokonania Inhibitorów.

Czmychacze musieli tylko włączyć syntetyzator masy i pozwolić cieniom na sięgnięcie przez wieloświat.

* * *

Rashmika zbudziła się. Na zewnątrz panował jasny dzień i witrażowe okno rzucało kolorowe landryny na jej wilgotną poduszkę. Przez chwilę leżała nieruchomo, kołysana ruchem Lady Morwenny. Czuła, że spała głęboko, ale jednocześnie była wycieńczona, rozpaczliwie pragnęła kilku godzin zapomnienia bez snów. Głosu już nie było, ale była pewna, że powróci. Nie miała też żadnych wątpliwości, że głos był rzeczywisty, a jego historia prawdziwa.

Teraz przynajmniej nieco więcej rozumiała. Czmychaczom zaoferowano szansę uniknięcia eksterminacji, ale ceną było otwarcie drzwi cieniom. Byli bardzo blisko uczynienia tego, ale w ostatniej chwili nie zdobyli się na okazanie cieniom zaufania. Cienie pozostały więc w swojej części wieloświata, a czmychaczy wytępiono.

A więc myliła się, wątpiąc, że czmychacze zostali wytępieni przez Inhibitorów. Wszystko, nad czym pracowała przez ostatnie dziewięć lat, zostało podważone przez ten jeden odkrywczy sen.

Alternatywa, że to cienie wytępiły czmychaczy, była jeszcze mniej sensowna. Jeżeli czmychacze wpuścili cienie, a ci zorganizowali się na tyle, by wyrządzić tak wiele szkód, to gdzie oni teraz są? To nie do pomyślenia, że starli Helę na proszek, wymordowali czmychaczy, a potem spokojnie wycofali się w swój własny wszechświat. Przecież — jak poinformował ją głos — nadal musieli dokonać przeprawy. Właśnie dlatego do niej przemówili.

Chcieli, by ludzkość zdobyła się na odwagę, której zabrakło czmychaczom.

Teraz zrozumiała, że Haldora to mechanizm sygnałowy: wielki odbiornik zbudowany przez czmychaczy. Wzięli dawnego gazowego giganta, rozbili na czynniki pierwsze i zrobili antenę grawitacyjną wielkości świata z syntetyzatorem masy w jej sercu.

Obraz widziany przez Obserwatorów, kiedy patrzyli w niebo — złudzenie Haldory — był jedynie formą kamuflażu. Czmychacze odeszli, ale ich odbiornik pozostał. I od czasu do czasu, na ułamek sekundy, kamuflaż zawodził. Podczas zniknięć Obserwatorzy nie widzieli lśniącej bożej cytadeli, ale sam mechanizm odbiornika.

Drzwi w niebie, czekające na odemknięcie.

Pozostała tylko jedna sprawa, być może najtrudniejsza. Jeśli wszystko to, co powiedziały cienie, było prawdą, musiała także zaakceptować to, co powiedziały o niej samej.

Że nie jest tym, za kogo się uważa.

Przestrzeń międzygwiezdna, 2675

Pięć dni później technicy podłączali Scorpia do kasety zimnego snu. Była to procedura chirurgiczna wymagająca cewników, wacików znieczulających i maści sterylizujących.

— Nie musisz na to patrzeć — powiedział do Khouri, która stała u nóg kasety z Aurą w ramionach.

— Chciałabym widzieć, jak bezpiecznie usypiasz — odparła.

— Raczej chcesz widzieć, jak bezpiecznie zostaję usunięty ze sceny.

Już w chwili, kiedy to mówił, wiedział, że to okrutna i niepotrzebna uwaga.

— Nadal cię potrzebujemy, Scorp. Możemy nie zgadzać się z tobą na temat Heli, ale nie jesteś przez to mniej użyteczny.

Dziecko patrzyło zafascynowane, jak technicy niezgrabnie pakują plastikową przetokę w nadgarstek Scorpia. Świnia nadal miał bliznę tam, gdzie dwadzieścia trzy lata wcześniej usunięto poprzednią.

— To boli — powiedziała Aura.

— Taa — odpowiedział. — To boli, dziecko, ale mogę to znieść.

Kaseta zimnego snu stała w osobnym pokoju. Była to ta sama, w której leciał na Ararat wiele lat temu. Była bardzo stara i bardzo prymitywna: prosta czarna skrzynia. Wyglądała jak przyrząd z kutego żelaza stosowany w średniowiecznej praktyce sądowej.

Ale według zapisów, w przeszłości działała idealnie, zawsze bez problemów przechowywała swoich ludzkich lokatorów przez lata relatywistycznych podróży wśród gwiazd. Nigdy nikogo nie zabiła, nigdy ożywionym przez nią osobom nie brakowało żadnych umysłowych sprawności. Zaraza parchowa ani transformacje kapitana nigdy nie tknęły tej kasety. Zawierała minimum nanotechniki. Człowiek z linii głównej, mający w perspektywie okres pobytu w tej kasecie, mógł mieć spokojną pewność, że zostanie ożywiony. Wejścia w stan zimnego snu i przebudzenia z niego były powolne i niewygodne, w porównaniu z działaniem nowocześniejszych jednostek. Ale nie było wątpliwości, że kaseta będzie działała tak, jak to zaplanowano, i że jej lokator obudzi się przy końcu swej podróży.

Jedyny problem polegał na tym, że to wszystko nie dotyczyło świń. Kasety dostosowano do fizjologii człowieka linii głównej. Scorpio przetrwał wiele zimnych snów, ale zawsze był to hazard. Mówił sobie, że szanse przeżycia nie maleją za każdym razem, gdy wchodzi do kasety, ale nie było to do końca prawdą. Był teraz o wiele starszy i słabszy niż wtedy, kiedy ostatni raz przechodził ten proces. Wszyscy unikali konkretnych ocen — czy ma dziesięć, dwadzieścia, czy nawet trzydzieści procent szans, że nie przeżyje — co jeszcze bardziej go niepokoiło. Przynajmniej mógłby porównać ryzyko skorzystania z kasety i ryzyko pozostania rozbudzonym w ciągu całej podróży. Co jest lepsze: cztery czy pięć lat czasu statkowego — miałby wtedy pięćdziesiąt pięć czy sześć lat — czy trzydziestoprocentowa szansa, że nie dotrwa do celu podróży? Nie byłaby to łatwa decyzja — jako świnia wcale nie miał gwarancji, że w normalnych warunkach dożyje sześćdziesiątki. Ale przynajmniej pełna jawność tych faktów umożliwiłaby mu podjęcie przemyślanej decyzji. Teraz natomiast wybrał kasetę tylko dlatego, że pragnął przeskoczyć upływający czas. Niech diabli wezmą szanse, musi załatwić to czekanie. Musi wiedzieć, czy podróż na Helę była warta poświęconego jej czasu.