A oczywiście wcześniej musi wiedzieć, czy nie popełnił okropnej pomyłki, namawiając statek, by najpierw poleciał na Yellowstone.
Pomyślał o pyle wysypującym się na stół, który dryfował bardziej ku literze Y niż H. W ciągu kilku minut zostało to potwierdzone: statek wykonywał powolny skręt, kierując się raczej ku Epsilon Eridani niż ku przyćmionej nieznanej gwieździe 107 Piscium.
Był zadowolony z decyzji kapitana, ale również przestraszony. Kapitan kierował się zdaniem mniejszości, a nie życzeniem starszych. Zastanawiał się, jakby się czuł, gdyby kapitan przyłączył się do innych. Obecność sprzymierzeńca w osobie Johna Brannigana to jedno, a poczucie, że jest się więźniem statku, to zupełnie inna sprawa.
— Jeszcze nie jest za późno — powiedziała Khouri. — Możesz spędzić podróż w stanie czuwania.
— Czy ty planujesz tak zrobić?
— Przynajmniej do chwili, gdy Aura będzie starsza — powie działa.
Dziewczynka zaśmiała się.
— Nie mogę ryzykować — oznajmił Scorpio. — Mogę nie prze trwać podróży, jeśli mnie nie zamrożą. Pięć czy sześć lat to dla was może nie jest dużo, ale to spory kawał mego życia.
— Jeśli uruchomią nowe maszyny, nasz subiektywny czas po dróży na Yellowstone może wynieść ze dwa lata.
— Nadal zbyt długo jak na mój gust.
— Tak cię to martwi? Mówiłeś, że nigdy nie zastanawiasz się nad przyszłością.
— To prawda, nie zastanawiam się. Teraz wiesz, dlaczego. Podeszła bliżej do czarnej skrzynki, uklękła i pokazała mu Aurę.
— Ona myśli, że postępujemy niewłaściwie — oznajmiła Khouri. — Czuję, jak to do mnie dochodzi. Ona naprawdę uważa, że powinniśmy lecieć prosto na Helę.
W końcu tam dotrzemy — powiedział. — Jeśli John zechce.
Popatrzył w złotobrązowe oczy Aury. Spodziewał się, że dziecko się wzdrygnie, ale ono patrzyło pewnym wzrokiem na jego twarz.
— Cienie — powiedziała swym przypominającym gulgotanie głosem, który zawsze zdawał się na pograniczu wesołości. — Negocjujcie z cieniami.
— Nie wierzę w negocjacje — odparł Scorpio. — Pakują cię tylko w masę kłopotów.
— Może nadszedł czas, byś zmienił swą opinię — odparła Khouri.
Potem Khouri i Aura zostawiły go samego z technikami. Cieszył się z ich wizyty, ale był też zadowolony, że ma chwilę na uporządkowanie myśli, na upewnienie się, że nie zapomniał o ważnych rzeczach. Zwłaszcza jedna sprawa zajmowała w jego umyśle szczególnie ważne miejsce. Nadal nie powiedział żadnej z nich o rozmowie, którą odbył z Remontoirem tuż przed odlotem Hybrydowca. Remontoire nie pokazał mu żadnych danych, żadnych świadectw pisanych, po prostu odłamek przezroczystego białego materiału, tak mały, że mieścił się w kieszeni.
Teraz ta sprawa zaczęła mu ciążyć. Czy słusznie ukrywał wątpliwości Remontoire’a przed Aurą i jej matką? W końcu Remontoire kazał mu podjąć ostateczną decyzję: świadczyło to o wielkim zaufaniu, jakie miał do Scorpia.
Teraz, w kasecie, Scorpio mógłby się obyć nieco mniejszą ilością tego zaufania.
Nie miał odłamka przy sobie. Został w jego rzeczach osobistych, czekając, aż Scorpia ożywią. Nie miał wartości sam w sobie i, gdyby ktoś go znalazł, najprawdopodobniej zostawiłby w spokoju, zakładając, że to jakiś osobisty drobiazg lub totem o czysto sentymentalnej wartości. Liczyło się to, gdzie Remontoire go znalazł. A na pokładzie tego statku on był jedynym, który taką informacją dysponował.
— Nie wiem, co mam o tym sądzić — powiedział Remontoire, wręczając mu zakrzywiony biały odłamek. Scorpio obejrzał go i natychmiast poczuł się rozczarowany. Prawie przezroczysty kawałek masy o bardzo ostrych krawędziach, zbyt twardy, by go zgiąć czy złamać, wyglądał jak przyrząd do obcinania paznokci dinozaurów.
— Wiem, co to jest, Rem.
— Wiesz?
— To kawałek materiału konchowego. Znajdujemy go cały czas na Araracie. Pływa po morzu, a burze wyrzucają go na brzeg. Znacznie większe kawałki niż ten.
— Jak wielkie? — spytał Remontoire, układając palce w wieżyczkę.
— Czasami wystarczająco wielkie, by je wykorzystać jako mieszkania, a niekiedy nawet na większe budynki administracyjne. Nie mieliśmy wystarczającej ilości materiałów ani plastiku, więc staramy się jak najlepiej zużytkować lokalne zasoby. Obiekty z konchy musimy zakotwiczać, gdyż w przeciwnym wypadku pierwsza burza by je zdmuchnęła.
— Trudno to obrabiać?
— Mogliśmy to ciąć tylko palnikami, ale to o niczym nie świadczy. Powinieneś zobaczyć stan naszych narzędzi.
— Co wnioskujecie z kawałków konchy, Scorp? Czy macie jakąś teorię na ich temat?
— Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, by snuć jakiekolwiek teorie.
— Musieliście mieć jakieś podejrzenia.
Scorpio wzruszył ramionami i zwrócił mu odłamek.
— Założyliśmy, że to porzucone muszle wytępionych stworzeń morskich, znacznie większych niż jakiekolwiek żyjące obecnie na Araracie. Żonglerzy nie są jedynymi organizmami w tam tym oceanie; zawsze było miejsce na inny rodzaj życia. Może to pozostałości po pierwotnych mieszkańcach, sprzed żonglerskiej kolonizacji.
Remontoire postukał palcem w odłamek.
— Nie sądzę, byśmy tu mieli do czynienia ze stworzeniami morskimi, Scorp.
— Czy to ważne?
— Być może, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że znalazłem to w kosmosie wokół Araratu. — Z powrotem wręczył obiekt świni. — Jesteś zainteresowany?
— Niewykluczone.
Remontoire opowiedział mu resztę. Podczas ostatniej fazy bitwy wokół Araratu skontaktowała się z nim grupa Hybrydowców z oddziału Skade.
— Wiedzieli, że Skade nie żyje. Bez przywódcy degenerowali się w pozbawionych sensu sprzeczkach. Podeszli do mnie w nadziei, że skradną technikę hipometryczną. Dowiedzieli się już wiele, ale to była jedna z tych rzeczy, których nie mieli. Podjąłem walkę, ale pozwoliłem im odejść. Uważałem, że pora dnia jest zbyt późna na robienie sobie nowych wrogów.
— I?
— Wrócili, by mi pomóc, gdy wilcza agregacja już mnie wykańczała. Było to samobójcze posunięcie. Myślę, że to przekonało moich sprzymierzeńców do zaakceptowania warunków współpracy z ludźmi Skade. Jednak było coś jeszcze.
— Odłamek?
— Nie sam odłamek, ale informacje związane z tą zagadką. Przeglądałem je, mając pewne podejrzenia, i nadal je mam. Nie mogę wykluczyć, że to może Skade wprowadziła nas w błąd, kiedy zorientowała się, że jej dni są policzone. To do niej podobne, nie sądzisz?
— Nigdy nie przestałem myśleć, że jest zdolna do takich rzeczy — odparł Scorpio. Teraz, kiedy wiedział, że kawałek konchy ma jakieś głębsze znaczenie, trzymał go jak jakiś święty relikt: z pełną czci uwagą, jakby mógł go uszkodzić. — Co to za informacje?
— Zanim mi je przekazali, mówili, że sytuacja wokół Araratu jest bardziej skomplikowana, niż zakładaliśmy. Nie przyznałem im wtedy racji, ale to, co mówili, współgrało z moimi własnymi obserwacjami. Od pewnego czasu pojawiały się sygnały świadczące o tym, że ktoś jeszcze bierze udział w grze. Nie moi ludzie ani ludzie Skade, nawet nie Inhibitorzy, ale ktoś czający się na samym skraju wydarzeń jak widz. Oczywiście w zamęcie bitwy łatwo było to wytłumaczyć: to duchy powracające z czujników masy, niewyraźne widmowe kształty pojawiające się na chwilę podczas intensywnych wyładowań energetycznych.