Выбрать главу

Studiował wyniki analizy krwi Harbina. Szukał w jego genach jakiegoś wyjaśnienia daru, który tak silnie objawił się u jego siostry. Nic nie wskazywało na to, by Harbin posiadał taki sam stopień wrażliwości na zmiany wyrazu twarzy, ale mogło to po prostu oznaczać, że odnośne geny w przypadku jego siostry zostały sztucznie pobudzone. Rashmika miała rodzaj odwróconego autyzmu — zamiast pozbawionej wyrazu obojętności dużą wrażliwość na stany emocjonalne ludzi. Porównując DNA Harbina z genetyczną bazą danych Urzędu Analizy Krwi, pochodzących nie tylko od mieszkańców Heli, ale też z informacji sprzedawanych przez Ultrasów, miał nadzieję, że zobaczy coś niezwykłego.

Ale krew Harbina okazała się normalna, całkowicie pozbawiona wszelkich nietypowych cech. Grelier wrócił do biblioteki i odszukał próbkę zapasową, po prostu na wypadek, gdyby nastąpił błąd na etykiecie. Ta sama historia: we krwi Harbina nie było niczego, co by sugerowało coś niezwykłego u jego siostry.

Wobec tego, rozumował Grelier, było coś osobliwego we krwi Rashmiki, co było wynikiem przetasowania genów jej rodziców i co nie pojawiło się we krwi Harbina. A może jej krew okaże się tak samo nieinteresująca? Będzie wtedy musiał dojść do wniosku, że jej nadwrażliwość została w jakiś sposób wyuczona, że jest to umiejętność, którą każdy może nabyć pod wpływem odpowiednich bodźców.

Pakiet analityczny zasygnalizował, że zakończył pracę. Grelier odchylił się w fotelu, czekając na wyświetlenie wyników. Analizy Harbina — histogramy, wykresy kołowe, mapy genetyczne i cytologiczne — już wisiały wyświetlone do inspekcji. Teraz dane z krwi Rashmiki Els pojawiły się obok. Niemal natychmiast oprogramowanie analityczne zaczęło szukać podobieństw i różnic.

Coś się nie zgadzało.

Oprogramowanie wyrzucało czerwone komunikaty o błędach, które pokryły cały odczyt. Grelier wiedział, co to oznacza: obie próbki były znacznie mniej podobne, niż oczekiwał.

— Ale to przecież rodzeństwo — powiedział sam do siebie.

Jednak nie byli rodzeństwem. Nie byli, jeśli wierzyć analizom krwi. Wyglądało na to, że Harbin i Rashmika Els w ogóle nie są ze sobą spokrewnieni.

W gruncie rzeczy było bardzo prawdopodobne, że Rashmika Els w ogóle nie urodziła się na Heli.

TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ

Przestrzeń międzygwiezdna, okolice Epsilon Eridani, 2698

W chwili przebudzenia pomyślał, że nastąpiła pomyłka. Nadal był w czarnej skrzyni. Zaledwie chwilę wcześniej technicy rozkrawali go, pchali w niego jakieś rurki, wyciągali kawałki ciała, badali i wymieniali je jak dzieci szukające smakołyków. Teraz znowu tu byli — kształty w białych fartuchach człapiące wokół niego w zwiewnej mgiełce pary. Miał trudności ze skupieniem na nich wzroku — białe kształty rozmazywały się i łączyły niczym obłoki.

— Co… — wybełkotał.

Ale nie mógł nic więcej powiedzieć. Czegoś napakowano mu do ust, coś tarło jego gardło ostrymi krawędziami.

Jeden z techników nachylił się nad nim. Plama bieli zmieniła się w twarz obramowaną kapturem, jej dolną połowę skrywała maska chirurgiczna.

— Spokojnie, Scorp, przez chwilę nie próbuj mówić. Wydał dźwięk wściekłości i jednocześnie zdumienia. Technik chyba zrozumiał. Zsunął kaptur i opuścił maskę, pokazując twarz. Scorpio niemal go rozpoznał. Mężczyzna wyglądał jak starszy brat kogoś, kogo znał.

— Jesteś bezpieczny — oznajmił. — Wszystko zadziałało. Wychrypiał następne pytanie:

— Wilki?

— Zajęliśmy się nimi. W końcu wynalazły — albo skądś do stały — obronę przeciw broni hipometrycznej. Po prostu przestała być skuteczna. Ale nadal mieliśmy broń kazamatową, której nie daliśmy Remontoire’owi.

— Ile?

— Zużyliśmy prawie całą, oprócz jednej sztuki, dobijając wilki.

Przez chwilę żadna z tych informacji nic dla Scorpia nie znaczyła. Potem wspomnienia ułożyły się w jakiś rodzaj porządku, nabrały sensu. Miał uczucie, że stoi na brzegu rozszerzającej się rozpadliny, ziejącej geologiczną głębią. Kraj, który wydawał się sekundę czy dwie temu w bezpośrednim zasięgu, odbiegał chyżo w dal, niedostępny już na zawsze. Wspomnienie techników pchających w niego przewody nagle wydało mu się jak sprawozdanie z drugiej czy trzeciej ręki, jak gdyby przydarzyło się to zupełnie komu innemu.

Wyciągnęli mu z gardła zestaw do oddychania. Wziął kilka nierównych oddechów, za każdym razem czując, jakby w płuca napakowano mu drobno zmielonego szkła. Zastanawiał się, czy dla ludzi jest to równie przykre, czy też może zimny sen to specjalny rodzaj piekła dla świń. Przypuszczał, że nikt nigdy nie będzie tego wiedział z całą pewnością.

Ta myśl wystarczyła, by się roześmiał. Została jedna sztuka broni. Jedna sztuka pieprzonej broni z niemal czterdziestki, z którą zaczęli.

— Miejmy nadzieję, że najlepszą zachowaliśmy na koniec. — Wreszcie zdołał wypowiedzieć pełne zdanie. — A co z hipometryką? Mówisz, że to tylko kupa złomu?

— Jeszcze nie. Może z czasem, ale lokalne wilki jeszcze nie opracowały środków obrony, które wykorzystywały tamte.

— To świetnie. Powiedziałeś „lokalne”. Gdzie jesteśmy?

— Dotarliśmy do Yellowstone — wyjaśnił mężczyzna. — Mówiąc ściślej, do układu Epsilon Eridani, ale nie jest dobrze. Nie możemy zwolnić do szybkości układowej na tyle, by zakręcić na Helę.

— Czemu nie możemy zwolnić? Czy coś się stało ze statkiem?

— Nie. — Scorpio zorientował się wreszcie, że rozmawia ze starszą wersją Vaska Malinina. Nie z młodym chłopakiem, lecz dojrzałym mężczyzną. — Ale z Yellowstone dzieje się coś złego.

Scorpiowi nie spodobało się to stwierdzenie.

— Pokaż mi — poprosił.

* * *

Zanim mu pokazali, zobaczył Aurę. Weszła do komnaty zimnego snu razem z matką. Jej widok niemal powalił go na ziemię. Nie mógł uwierzyć, że to ona, ale nie, tych złotobrązowych oczu nie można było pomylić.

— Cześć — powiedziała. Sięgała matce do biodra. Trzymała ją za rękę. — Powiedzieli, że cię budzą, Scorpio. Dobrze się czujesz?

— Całkiem dobrze — odparł. — Wchodzenie do tej skrzyni zawsze jest ryzykowne. Jak ci się wiedzie, Auro?

— Mam sześć lat. Khouri ściskała rękę córki.

— Ma jeden z tych dni, Scorp, kiedy zachowuje się mniej więcej jak sześciolatka. Ale nie zawsze jest taka. Pomyślałam sobie, że powinieneś być na to przygotowany.

Przyjrzał się uważnie obydwóm. Khouri wyglądała na nieco starszą, ale zmiana nie była dramatyczna. Linie twarzy stały się nieco bardziej widoczne, jakby artysta wziął wykonany miękkim ołówkiem portret kobiety i poprawił go twardym ołówkiem, zaznaczając z miłością każdą zmarszczkę i fałdę na skórze. Zapuściła włosy do ramion. Odgarnęła je na bok i zapięła małą wsuwką koloru ambry. We włosach widoczne były pasma bieli i srebra, ale służyły one jedynie po to, by podkreślić czerń reszty fryzury. Na szyi miała fałdy skóry, których nie pamiętał, a dłonie były jakieś chudsze i bardziej kościste. Ale nadal to była Khouri, i gdyby nie wiedział, że przeszło sześć lat, mógłby w ogóle tych zmian nie zauważyć.