Obydwie ubrały się na biało. Khouri miała na sobie falbaniastą spódnicę do ziemi, żakiet z wysokim kołnierzem oraz bluzkę z okrągłym dekoltem. Jej córka włożyła spódnicę do kolan, białe rajtuzy oraz prostą bluzkę z długim rękawem. Miała krótką czarną grzywkę, ściętą prosto nad oczyma. Matka i córka stały nad nim jak anioły, zbyt czyste, by należeć do znanego mu statku. Ale może wszystko się zmieniło. Przecież minęło sześć lat.
— Czy coś sobie przypomniałaś? — zapytał.
— Mam sześć lat. Czy chcesz obejrzeć statek? Uśmiechnął się, mając nadzieję, że nie przestraszy to dziecka.
— To byłoby miłe. Ale ktoś mi powiedział, że najpierw muszę załatwić coś innego.
— Co ci powiedzieli? — Że to coś złego.
— To niedopowiedzenie stulecia — odparła.
Ale Valensin nie chciał go wypuścić z izby zimnego snu bez pełnego badania lekarskiego. Doktor kazał mu położyć się na kanapie i poddać kontroli zielonych serwitorów medycznych. Maszyny krzątały się nad jego żołądkiem ze skanerami i sondami, a Valensin podnosił jego powieki i świecił mu w oczy światłem wywołującym migrenę. Cmokał przy tym, jakby znalazł wewnątrz coś obrzydliwego.
— Miałeś mnie uśpionego przez sześć lat — powiedział Scorpio. — Czy wtedy nie mogłeś zrobić tych badań?
— To właśnie przebudzenie zabija — wyjaśnił bezceremonialnie Valensin. — I okres bezpośrednio po ożywieniu. Uwzględniając wiek kasety, z której właśnie wyszedłeś, i szczególne właściwości twojej budowy, powiedziałbym, że nie masz więcej niż dziewięćdziesiąt procent szans, że przeżyjesz następną godzinę.
— Czuję się świetnie.
— Jeśli tak jest, to spore osiągnięcie. — Valensin uniósł dłoń, machając palcami przed twarzą Scorpia.
— Ile?
— Trzy.
— A teraz?
— Dwa.
— A teraz?
— Trzy. Dwa. Jest w tym jakiś sens?
— Muszę przeprowadzić kilka bardziej wyczerpujących testów, ale wydaje mi się, że wykazujesz dziesięć do piętnastu procent degradacji widzenia peryferyjnego.
Valensin uśmiechnął się, jakby to była właśnie taka wiadomość, jakiej Scorpio potrzebował dla wprowadzenia go w radosny nastrój.
— Właśnie wyszedłem z zimnego snu. Czego oczekujesz?
— Mniej więcej tego, co widzę — odparł Valensin. — Zanim cię uśpiliśmy, była jakaś strata widzenia peryferyjnego, ale teraz jest stanowczo gorzej. W ciągu najbliższych kilku godzin może się nieco poprawić, ale wcale nie byłbym zdziwiony, gdybyś nigdy nie powrócił do poprzedniej formy.
— Ale się nie postarzałem. Byłem cały czas w kasecie.
— Chodzi o przejścia. — Valensin przepraszająco rozłożył ręce. — Pod pewnymi względami są dla ciebie równie ciężkie jak bycie w stanie rozbudzenia. Przykro mi, Scorp, ale ta technika po prostu nie została stworzona dla świń. Najlepsze, co mogę powiedzieć, to to, że gdybyś pozostał przytomny, utrata wzroku byłaby o pięć do dziesięciu procent większa.
— Cóż, wobec tego będę o tym pamiętał następnym razem. Nic nie sprawia mi większej przyjemności niż wybieranie między dwiema równie spieprzonymi opcjami.
— Och, podjąłeś właściwą decyzję. Z pragmatycznego punktu widzenia to była dla ciebie największa szansa przeżycia ostatnich sześciu lat. Ale rozważyłbym bardzo starannie „następny raz”, Scorp. Ta sama bezwzględna statystyka daje ci mniej więcej pięćdziesiąt procent szans na przeżycie kolejnego zimnego snu. Potem szanse spadają do około dziesięciu procent.
— Co to znaczy? Że mogę z tego skorzystać tylko jeszcze jeden raz?
— Mniej więcej. Nie zamierzałeś kłaść się tam zaraz z powrotem, prawda?
— Kiedy tak lubisz pocieszać mnie przy łóżku? Musiałbym być szalony.
— Mam takie podłe poczucie humoru — oznajmił Valensin.
— Jest znacznie lepsze od kopnięcia w zęby.
Scorpio wypchnął się z fotela, co spowodowało, że roboty Valensina czmychnęły, by się gdzieś schować. Koniec doby hotelowej dla świni, pomyślał.
W sferze holograficznego displeju unosiły się symbole, które rozwijały się w słońca, światy, statki i ruiny. Przed sferą stali Scorpio, Vasko, Khouri i Aura, a ich odbicia w szkle kuli przypominały widma. Towarzyszyło im kilku innych starszych statku, z Cruz i Urton włącznie.
— Scorp — powiedziała Khouri — nie przejmuj się, dobrze? Valensin to znany kutas, ale to nie oznacza, że powinieneś ignorować jego słowa. Potrzebujemy cię w jednym kawałku.
— Nadal tu jestem — odparł. — W każdym razie obudziliście mnie z jakiegoś powodu. Przeróbmy już te złe wiadomości, dobrze?
Były gorsze od wszystkiego, czego mógł się spodziewać.
Wilki dotarły do Epsilon Eridani, układu Yellowstone. Trzy miesiące świetlne od Yellowstone znajdowała się postrzępiona masa światłowców: czoło fali ewakuacyjnej. Zobaczył je na displeju, kiedy dostrojono skalę, by ogarnąć cały rejon kosmosu, aż do roku świetlnego od Epsilon Eridani. Statki — każdy zaznaczony własnym kolorowym symbolem-identyfikatorem statku i wektorem ruchu — wyglądały jak przestraszone ryby uciekające we wszystkich kierunkach przed jakimś centralnym zagrożeniem. Niektóre wysforowały się naprzód, inne marudziły, ale pułap przyśpieszenia ich napędów — jeden g — powodował, że dopiero teraz ich masa zaczynała tracić swą symetrię.
Kilka bardziej oddalonych pojazdów musiało opuścić Yellowstone, zanim przybyły wilki. Były na rutynowych trasach handlowych. Niektóre z nich poruszały się tak szybko, że miną lata, zanim dotrą do nich wiadomości o kryzysie. Dalej za czołem fali znajdowała się garstka statków, które z jakichś przyczyn nie były w stanie utrzymać swego zwykłego przyśpieszenia. Bliżej Epsilon Eridani, w odległości świetlnego tygodnia od układu, w ogóle nie było ruchu wychodzącego. Nie było żadnych oznak ruchu wewnątrzukładowego i nie odbierano żadnych sygnałów ani z kolonii w układzie, ani z radiolatarni nawigacyjnych. Te kilka statków, które podchodziły do Yellowstone, gdy wybuchł kryzys, teraz zawracało szerokim łukiem. Słysząc ostrzeżenia i widząc ewakuowanych wysypujących się na zewnątrz, próbowały kierować się na powrót w przestrzeń międzygwiezdną.
Spustoszenie wszystkich światów wokół Delty Pawia zabrało wilkom rok. Tutaj od rozpoczęcia walk nie minęło więcej niż pół roku.
Ponieważ wokół Delty Pawia milion lat wcześniej odstrzał zawiódł, elementy Inhibitorów przedsięwzięły nadzwyczajne środki, by tym razem praca została należycie wykonana. Rozerwały światy i z uzyskanych surowców zbudowały motor, który zamordował gwiazdy. Obróciły go w stronę Delty Pawia i dźgnęły głęboko w serce gwiazdy, wypuszczając materiał rdzeniowy o fuzyjnych temperaturach i ciśnieniach. Rozpyliły ten piekielny ogień na obliczu Resurgamu, paląc każdy organizm, który nie zdążył ukryć się pod setkami metrów skorupy. Jeśli na Resurgamie kiedyś znowu miałoby powstać życie, trzeba byłoby zaczynać niemal od zera.
Ale nie był to zwykły sposób działania Inhibitorów. Felka zdradziła Clavainowi, że wilki nie zostały tak zaprogramowane, by po prostu wymazać inteligentne życie z rzeczywistości. Były na to zbyt przebiegłe, a ich ostateczny cel był inny niż masowa eksterminacja. Zaprojektowano je tak, by zatrzymywały życie podróżujące między gwiazdami, by utrzymywały galaktykę w stanie bukolicznej sielskości przez następne trzy miliardy lat. Życie ograniczone do indywidualnych światów można by przeprowadzić przez nieunikniony w dosyć niedalekiej przyszłości kryzys kosmiczny. Dopiero wtedy będzie można im pozwolić na swobodny wyrój. Ale zachowanie życia w skali planetarnej było w takim samym stopniu częścią planu wilków, jak pragnienie kontrolowania ekspansji w skali międzygwiezdnej. Z tego względu sterylizacja żyznych układów w rodzaju Delty Pawia była dowodem lokalnej niekompetencji. Stada wilków rywalizowały o prestiż, konkurując ze sobą w zakresie subtelnej kontroli nad wyłaniającym się życiem. Potrzeba zniszczenia najpierw światów, a potem gwiazdy, była oznaką niewybaczalnego błędu, który mógł spowodować poddanie grupy wilków ostracyzmowi i pozbawienie jej bieżących wskazówek co do przeprowadzenia eksterminacji.