Выбрать главу

Wokół Epsilon Eridani wydarzenia zachodziły z chirurgiczną precyzją. Ataki dotyczyły raczej ludzkiej infrastruktury, a nie samych światów. Nie było potrzeby sterylizacji Yellowstone: planeta nigdy tak naprawdę nie nadawała się do zamieszkania, a jedynym miejscowym życiem były mikroorganizmy. Ludzkie kolonie ukrywały się pod rzadko rozrzuconymi na powierzchni planety kopułami. Pobierały minerały i ciepło z planety, ale gdyby te zasoby nie istniały, kolonie mogłyby być równie autonomiczne jak habitaty w kosmosie. Wilkom wystarczało wzięcie ich na cel i pozostawienie reszty Yellowstone w stanie nienaruszonym. Tam, gdzie znajdowały się Ferrisville, Loreanville i Chasm City, ostały się jedynie żarzące się radioaktywne kratery, mrugające przez gruby żółty smog. Nikt nie przeżył. Nic nie przeżyło.

Wokół planety było tak samo. Przed parchową zarazą Migotliwa Wstęga była lokalną nazwą roju habitatów okrążających planetę. Dziesięć tysięcy jakby wysadzanych klejnotami miast — państw krążyło wokół Yellowstone, a ludność wielu z nich sięgała milionów. Parchowa zaraza odjęła im blasku; Scorpio znał Migotliwą Wstęgę z czasu po zarazie, kiedy to została przechrzczona na Pas Złomu. Wiele habitatów było już wtedy bezpowietrznymi skorupami, ale nadal setki z nich zdołało utrzymać swe ekosystemy, stając się mikrokrólestwami z własnymi prawami. Ale teraz nie było nawet Pasa Złomu. Wokół Yellowstone wisiał pierścień świecących ruin. Wszystkie wytwory człowieka zostały zamienione w pył. Widok był piękny i zarazem przerażający.

Maszyny Inhibitorów rozbiły i wyjałowiły wszystkie ludzkie habitaty w yellowstońskim kosmosie. Scorpio identyfikował ruiny według ich orbit. Nie było już Przystani. Nie ma Idlewild. Nawet na powierzchni Oka Marka, księżyca planety, nie było żadnych obiektów większych od igloo. Żadnych miast, portów kosmicznych, tylko lokalny wzrost radioaktywności i kilka dziwnych śladów.

Wszędzie w układzie była ta sama historia: nic nie zostało. Żadnych habitatów. Żadnych obozowisk na powierzchni. Żadnych statków. Żadnych nadajników.

Scorpio załkał.

— Ilu się wydostało? — spytał. — Policzcie statki, powiedzcie mi, ilu ocalałych mogły przewieźć.

— To nie ma znaczenia — powiedział Vasko.

— Do cholery, dla mnie to ma znaczenie! Dlatego właśnie zadaję wam to pieprzone pytanie.

Khouri nachmurzyła się.

— Scorpio, to tylko sześciolatka. Spojrzał na Aurę.

— Przepraszam.

— Nie rozumiesz — powiedział łagodnie Vasko i wskazał ruchem głowy sferę holograficzną. — To nie jest czas rzeczywisty, Scorp.

— Co takiego?

— To zdjęcia. Tak było dwa miesiące temu. — Vasko spojrzał na niego swymi zbyt dorosłymi oczami. — Teraz jest gorzej, Scorp. Pozwól mi pokazać, o czym mówię, a zrozumiesz, czemu nie ma znaczenia, ilu się stąd wydostało.

Vasko przesunął displej holograficzny w czasie i Scorpio zobaczył datę: 04/07/2698. Liczby były bez znaczenia, zbyt oddalone od jego własnych dni w Chasm City, by wzbudzić jakieś emocje. Został wyrwany ze zwykłego upływu czasu i teraz dryfował poza historią.

Patrzył, jak postrzępiona skorupa fali migracyjnej staje się mniej kulista, jak wzrastają odległości między statkami. A potem jeden po drugim statki zaczęły znikać. Ich ikony błyskały czerwienią i ginęły, niczego po sobie nie pozostawiając.

— Inhibitorzy mieli już namierzone uciekające statki — powie działa Urton, krzyżując ręce na piersi. — Od chwili rozpoczęcia ataku nie było dla nich żadnej nadziei. Inhibitorzy dognali ich i zdusili a potem rozłożyli statki, by wyprodukować dalszych Inhibitorów.

— Możemy to nawet prześledzić — wtrącił Vasko — tworząc modele matematyczne na podstawie materiałów, z których zbudowano statki. Każdy złapany pojazd stawał się zaczątkiem nowej sfery wilczej ekspansji.

Skorupa pękała. Na początku były w niej setki statków; teraz nie zostało ich więcej niż kilkadziesiąt.

— Nie — powiedział Scorpio.

— Nie mogliśmy nic zrobić — oznajmił Vasko. — To koniec świata, Scorp. Wiadomo było, że właśnie tak będzie.

— Przewiń do przodu, do samego końca.

— Liczby zamazały się, skala dispłeju poszerzyła się. Nadal pozostało może ze dwadzieścia statków. Scorpio nie mógł ich liczyć. Przynajmniej jedna trzecia z nich to te, które zbliżały się do Yellowstone, gdy zaczął się kryzys. Z samej fali ewakuacyjnej do tej pory przetrwało może kilkanaście statków.

— Przykro mi — powiedział Vasko.

— Po to mnie zbudziliście? — zapytał Scorpio. — Tylko po to, by mi pokazać pieprzony bezsens całej tej podróży?

— Scorpio — rzekła Aura z naganą. — Proszę. Ja mam tylko sześć lat.

— Obudziliśmy cię, ponieważ kazałeś nam obudzić cię, kiedy tu dotrzemy — odpowiedział Vasko.

— Nigdzie nie dotarliśmy. Sam to powiedziałeś. Zakręcamy, tak jak ci inni szczęściarze. Spytam znowu: czy nie obudziliście mnie po to, by mi to wszystko pokazać?

— Pokaż mu — poleciła Khouri.

— Była inna przyczyna — powiedział Vasko.

Obraz w zbiorniku zakołysał się i ustabilizował. Pojawiło się coś nowego. Było rozmazane, nawet po zastosowaniu filtrów wzmacniających. Komputery uzupełniały obraz szczegółami, stale uzgadniając je ze słabym sygnałem wznoszącym się ponad potrzaskiwaniami szumu tła. Wreszcie powstał prostokątny kształt z mętnym zarysem modułów silnikowych i bąbli komunikacyjnych.

— To statek — oznajmił Vasko. — Nie światłowiec. Coś mniejszego, jak wewnątrzsystemowy prom lub frachtowiec. To jedyny ludzki pojazd kosmiczny w odległości mniejszej niż dwa miesiące świetlne od Epsilon Eridani.

— Co on, do cholery, tam robi? — zapytał Scorpio.

— To, co wszyscy — wyjaśniła Khouri. — Stara się uciec stamtąd najszybciej jak można. Ma teraz pięć g, ale nie zdoła tego utrzymać zbyt długo. Jeśli naprawdę jest tym, czym się wydaje — dodała.

— Co masz na myśli?

— Ma na myśli, że wyśledziliśmy punkt jego wylotu — powie dział Vasko. — Sądzimy, że mniej więcej tak się to wydarzyło.

Cofnął się do głównego displeju pokazującego skorupę świat — łowców. Teraz liczby przepływały wspak. Ikona promu przesunęła się na powrót w serce ekspansji i pokryła się ze światłowcem, który właśnie wyskoczył do istnienia. Vasko cofnął jeszcze trochę scenariusz, a następnie pozwolił mu biec naprzód w przyśpieszonym tempie. Teraz światłowiec leciał z Yellowstone. Scorpio przeczytał nazwę statku: „Dzika Pallada”.

Ikona ż mrugnięciem zgasła. W tej samej chwili z punktu, w którym wcześniej znajdował się światłowiec, pomknął osobny emblemat promu.

— Ktoś się wydostał — powiedział ze zdziwieniem Scorpio. — Wykorzystał prom jako szalupę ratunkową, zanim dopadły ich wilki.

— To niewiele, jeśli ten światłowiec wiózł setki tysięcy spaczy — zauważył Vasko.