Na ekranach widział zbliżający się prom. W ciemności lasery obrysowały jego pudełkowaty kształt o ściętym dziobie. Z każdą sekundą trójwymiarowy obraz pokazywał więcej szczegółów. Scorpio widział urządzenia dokujące, anteny łączności, a w silnikach — zwężki Venturiego, panele śluz i okna.
— Przygotuj się, Scorp — powiedział Vasko.
— Jestem gotowy — odparł świnia. Uchwycił prowizoryczną dźwignię, którą kazał zainstalować w oparciu fotela dowódcy. Trzy pociski hipometryczne zostały rozkręcone do odpowiedniej prędkości i teraz kręciły się w wyrzutniach, gotowe do pierwszego strzału. Wzięły na cel lecący prom — zaatakują go, gdy tylko Scorpio ściśnie dźwignię. Równie gotowa była jedyna pozostała sztuka broni kazamatowej oraz inne systemy obronne, zamontowane na kadłubie. Scorpio liczył na to, że jeśli prom okaże się maszyną wilków, to broń kazamatowa rozstrzygnie sytuację; równocześnie uważał, że systemy obronne kadłuba są w zasadzie bez znaczenia — mogą być dla wilków tylko konkretnym obiektem kontrataku.
Z tak bliskiej odległości nie można było nawet polegać na broni hipometrycznej. Istniała dziwna zależność między wielkością obszaru, w który się celowało, a pewnością, z jaką można było określić odległość i kierunek strzału. Gdy obiekt znajdował się daleko — w odległości większej niż sekunda świetlna — obszar działania broni był na tyle duży, że statek można było zniszczyć jednym strzałem. Gdy, tak jak teraz, cel był oddalony zaledwie o sto metrów, stopień nieprzewidywalności gwałtownie rósł. Poza tym broń hipometryczna potrzebowała po wystrzeleniu kilku sekund na osiągnięcie prędkości aktywacji, więc Scorpio mógł liczyć najwyżej na spowodowanie obezwładniających uszkodzeń. Nie miał nadziei na rozpędzenie i odpalenie broni po raz drugi.
Gdy prom był jeszcze w bezpiecznej odległości, zastanawiali się, czy nie wysłać jakiegoś pojazdu na zwiady, by zbadać, co to naprawdę jest. Scorpio zawetował ten plan: to by opóźniło akcję ratunkową i w tym czasie wilki mogłyby podejść niebezpiecznie blisko; gdyby nawet ludzie weszli na pokład promu i przekazali wiadomość, że jest autentyczny, nie byłoby pewności, czy nie został przejęty przez wilki, które wyssały hasła z jego pamięci. Z tego samego powodu Scorpio nie miał zaufania do głosów i wizerunków załogi promu przesłanych na „Nieskończoność” — wyglądały dość autentycznie, ale wilki przez miliony lat znakomicie opanowały sztukę błyskawicznego kamuflażu. Scorpio uważał, że ma do wyboru tylko dwie opcje: albo nie udzielać promowi pomocy (a może nawet dla większej pewności zniszczyć go), albo uznać, że prom jest autentyczny. Żadnych pośrednich rozwiązań. Clavain na pewno zgodziłby się z jego analizą sytuacji. Scorpio nie miał tylko pewności, który z wariantów przyjaciel w końcu by wybrał. Gdy sytuacja tego wymagała, potrafił postępować jak drań bez skrupułów.
Więc ja też tak mogę, pomyślał Scorpio. Ale jeszcze nie nadeszła pora.
— Dwieście metrów! — zawołał Vasko, patrząc na laserowy dal mierz — Scorp, na pewno się nie rozmyśliłeś?
— Na pewno.
Nagle zdał sobie sprawę, że w pobliżu jest Aura. Za każdym razem, gdy ją widział, wydawała mu się coraz mniej dziecinna.
— To zbyt niebezpieczne — rzekła. — Nie możesz ryzykować, Scorpio. Za dużo mamy do stracenia.
— Wiesz o promie tyle co ja — stwierdził.
— Wiem, że mi się to nie podoba. Zacisnął zęby.
— Chyba akurat dziś nie jesteś małą dziewczynką. Dzisiaj jesteś prorokiem zagłady.
— Mówi to, co czuje — powiedziała Khouri, siadając po drugiej stronie Scorpia. — Ma do tego prawo, Scorp.
— Już to do mnie dotarło — odparł.
— Natychmiast to zniszcz. — Złotobrązowe oczy Aury patrzyły władczo.
— Sto pięćdziesiąt metrów — zameldował Vasko. — Scorp, ona mówi serio.
— Lepiej, żeby się na serio zamknęła. — Jednak jego ręka od ruchowo zacisnęła się na dźwigni. Ciekaw był, czy tamte statki otrzymały jakieś sygnały ostrzegawcze, nim się okazało, że jest za późno na jakąkolwiek reakcję.
— Sto trzydzieści. Jest już w zasięgu reflektorów.
— Oświetl go. Zobaczmy, co się dzieje.
Pojawiło się ujęcie z kamer optycznych: zalany światłem reflektorów prom obracał się w końcowej fazie podejścia. Światło uwypukliło teksturę kadłuba: poobijane okładziny ceramiczne i metal, bąble hiperdiamentu, rysy i zadrapania, łaty gołego metalu na obrzeżach paneli oraz spirale oparów z dysz korekcyjnych. Wszystko wygląda bardzo realnie, pomyślał Scorpio. Zbyt realnie, by było wytworem wilczego kamuflażu. Maszyna wilków tylko z daleka przypominałaby statek człowieka, z bliskiej odległości z pewnością widać było, że jest to tylko zgrubne przybliżenie kształtu, złożone z milionów czarnych sześcianów. Nie byłoby gładkich krzywizn, żadnych subtelnych detali, przebarwień czy śladów po uszkodzeniach i naprawach…
— Sto — powiedział Vasko. — Jeszcze dziesięć metrów i rozbra jam broń kazamatową. Dobrze, Scorp?
— Super.
Z jeszcze bliższej odległości broń kazamatowa miała szanse poważnie zniszczyć zarówno „Nostalgię”, jak i prom. Oczywiście jeśli w ogóle musieliby użyć broni kazamatowej. Scorpio wolał o tym nie myśleć.
— Rozbrojona — rzekł Vasko. — Dziewięćdziesiąt pięć metrów. Dziewięćdziesiąt.
Prom powoli się obracał, odsłaniając rufę. Scorpio zobaczył otwory dysz zebranych razem jak lufy kilku karabinów. Po locie traciły temperaturę, zjeżdżając w dół skali spektrum promieniowania. Na rufie widać było zamocowane urządzenie do lądowania na planetach pozbawionych atmosfery, pęcherze i wypustki o nieznanym przeznaczeniu. I ułożone geometrycznie chropowate czarne inkrustacje.
— Wilki — szepnął Vasko.
Scorpio spojrzał na statek. Serce mu zamarło. Vasko miał rację. Czarne naroślą wyglądały dokładnie tak samo jak te, które widział wokół statku Skade otoczonego górą lodową.
Ręka świni zacisnęła się na dźwigni. Niemal czuł, jak broń hipometryczna drży z niecierpliwości.
— Scorp, zabij. Natychmiast — ponaglał go Vasko. Scorpio nie reagował.
— Zabij!
— To nie fałszywka. Prom jest po prostu zara…
Vasko wyszarpnął Scorpiowi dźwignię, ciągnąc z podłokietnika kable. Przez dłuższą chwilę usiłował objąć palcami dziwaczny, dostosowany do raciczek przyrząd. Scorpio wychylił się z fotela i odebrał Vaskowi dźwignię, odzyskując nad nią kontrolę.
— Zapłacisz za to! — warknął.
— Zabij — powiedział spokojnie Vasko. — Zabij natychmiast, a mną zajmiesz się później. Już tylko siedemdziesiąt pięć metrów, do cholery, Scorp!
Scorpio poczuł na karku dotyk czegoś zimnego. Gwałtownie odwrócił głowę i zobaczył Urton. Trzymała przy jego szyi coś błyszczącego — pistolet, nóż lub strzykawkę.
— Zostaw to, Scorp — powiedziała. — To już koniec.
— Co to? Bunt? — spytał spokojnie.
— Nie aż tak dramatycznie. Tylko zmiana władzy.
Vasko odebrał mu dźwignię, z trudem wpychając dłoń do osłony.
— Sześćdziesiąt pięć metrów — szepnął i nacisnął spust. Światła przygasły.
Scorpiowi pozwolono obserwować opróżnianie promu.
Pojazd umieszczono w jednym z mniejszych hangarów i ewakuowani pasażerowie stali teraz w kolejce pod nadzorem strażników Sił Bezpieczeństwa, którzy spisywali ich dane osobowe. Niektórzy nie byli pewni, kim są i za kogo powinni się podawać. Część osób miała na twarzach wyraz ulgi; inni wyglądali na znużonych, jakby uznali, że ta akcja ratunkowa to tylko chwilowe wytchnienie.