Выбрать главу

. — Mieliby tylko głos doradczy, nic więcej — wyjaśnił Quaiche. — Nie musielibyście się bać każdego statku w pobliżu Heli, a ja nie musiałbym się obawiać o gotowość waszej broni, gdy będę jej potrzebował.

— Ilu delegatów? — spytał Ultras.

— Trzydziestu.

— Za dużo. Zgadzamy się na dziesięciu, może dwudziestu.

— Niech będzie dwudziestu i zakończmy sprawę.

Ultras znów spojrzał na Rashmikę, jakby oczekiwał od niej rady.

— Muszę to skonsultować ze swoją załogą — stwierdził.

— Ale w zasadzie nie zgłasza pan zdecydowanego sprzeciwu?

— Nie podoba mi się to. — Malinin wstał i wygładził mun dur. — Ale jeśli to konieczne, by uzyskać pańską zgodę, to może nie mamy innego wyboru i musimy przyjąć te warunki.

Quaiche ze zrozumieniem pokiwał głową, a lustra odpowiedziały mu zsynchronizowanymi falami.

— Tak się cieszę — powiedział. — Gdy tylko pan tu wszedł, panie Malinin, od razu wiedziałem, że z panem da się robić interesy.

TRZYDZIEŚCI DZIEWIĘĆ

Powierzchnia Heli, 2727

Gdy prom Ultrasów odleciał, Quaiche zwrócił się do Rashmiki:

— No i co? To są ci właściwi?

— Tak mi się wydaje.

— Statek jest chyba odpowiedni pod względem technicznym, a im z pewnością bardzo zależy na otrzymaniu tej roboty. Kobieta była dosyć tajemnicza. A mężczyzna? Czuła pani, że Malinin coś ukrywa?

Gdy tylko Rashmika usłyszała jego nazwisko, od razu wiedziała, że Vasko Malinin to ktoś istotny. Jakby wreszcie po wielu próbach właściwy klucz trafił do zamka, jakby dobrze naoliwione zapadki jedna po drugiej wchodziły na miejsce.

To samo poczuła, gdy usłyszała imię kobiety.

Znam tych ludzi, pomyślała. Pamiętała ich jako młodszych, ale ich twarze i sposób bycia były jej bliskie jak własne ciało i krew.

Malinin zachowywał się tak, jakby ją też znał. Wyczuła, że bezceremonialnie kłamał, mówiąc o motywach przylotu na Helę. Zależało mu na czymś więcej, nie tylko na niewinnym zbadaniu Haldory.

— Wydawał się dość szczery — odparła.

— Naprawdę?

— Miał nadzieję, że nie będzie pan zadawał zbyt wielu pytań, ale tylko dlatego, że zależy mu, aby jego statek dostał to zadanie.

— To dziwne, że wykazują takie zainteresowanie Haldorą. Większość Ultrasów interesuje się tylko koncesjami na handel.

— Słyszał pan, co mówił: rynek się załamał.

— Ale to i tak nie wyjaśnia ich zainteresowania Haldorą.

Rashmika popiła herbaty, chcąc ukryć wyraz twarzy. Maskowanie kłamstwa przychodziło jej znacznie trudniej niż jego wykrycie.

— To przecież nie ma większego znaczenia. Pana delegaci znajdą się na statku. Ultrasi nie zrobią nic podejrzanego, czując na karkach oddech grupy adwentystów.

— Jest jeszcze coś. — Quaiche, nie mając widowni, w której chciał wzbudzić grozę, włożył ciemne okulary i zamocował je na otwieraczu powiek. — Nie potrafię tego skonkretyzować… ale czy zauważyła pani, jak na panią ciągle patrzył? Ta kobieta również. Dziwne. Inni prawie pani nie dostrzegali.

— Nie zwróciłam na to uwagi.

Orbita Heli, 2727

Vasko czuł, jak jego ciężar się zwiększa, gdy prom wynosił ich znów na orbitę. Statek zmienił trajektorię i znów zobaczył Lady Morwennę — maleńką zabawkę w porównaniu z tym, co widzieli, gdy do niej podchodzili. Katedra stała samotnie na odnodze Drogi Ustawicznej, bardzo daleko od innych katedr, jakby za jakąś niesamowitą herezję wykluczono ją z głównej rodziny świątyń. Vasko wiedział, że katedra się porusza, ale z tej odległości wyglądała jak zakotwiczona w krajobrazie, obracająca się wraz z Helą. W końcu pokonanie dystansu równego jej długości zajmowało katedrze dziesięć minut.

Spojrzał na Khouri siedzącą obok niego. Nie odezwała się, odkąd opuścili katedrę.

Nieoczekiwanie przyszła mu do głowy dziwna myśl. Ten cały wysiłek katedr — okrążanie Heli po równiku — był tylko po to, żeby Haldorę widziano zawsze w górze, by można ją było bez przerwy obserwować. O ile łatwiej byłoby, gdyby Hela zawsze była zwrócona tą samą stroną do Haldory! Wówczas wszystkie katedry mogłyby w jednym miejscu zapuścić korzenie. Niepotrzebny byłby ten cały ruch, Droga Ustawiczna, niewydolna kultura wspólnot, które wspierały katedry i równocześnie były od nich zależne. To wszystko wymagałoby zaledwie drobnej korekty ruchu obrotowego Heli. Planeta była niemal jak dokładny zegar. Jak duża musiałaby ta korekta być? Vasko przeprowadził w pamięci obliczenia i nie mógł uwierzyć w ich wynik. Długość dnia Heli należałoby zmienić o jedną dwusetną. Zaledwie dwanaście minut na czterdzieści godzin.

Zastanawiał się, ilu mieszkańców Heli zachowałoby swą wiarę, gdyby o tym wiedzieli. Jeśli z Haldorą związany jest jakiś cud, to dlaczego Stwórca miałby się pomylić o dwanaście minut na czterdzieści godzin, gdy ustalał rotację Heli? To rażące zaniedbanie, znak kosmicznego niechlujstwa. Więcej — znak kosmicznej obojętności. Wszechświat nie wie, co się tu dzieje. Nie wie, nie obchodzi go to. Nie wie nawet, że nie wie.

Gdyby istniał Bóg, nie byłoby wilków, pomyślał Vasko. Ich istnienie nie zgadza się z żadną koncepcją nieba i piekła.

Prom przechylił się. Vasko widział teraz chropowatą Drogę Ustawiczną ciągnącą się przed Lady Morwenną. Droga urywała się przed ciemną pustką Rozpadliny Ginnungagap. Vasko dobrze wiedział, jaką nazwę nadali jej miejscowi. Na drugim brzegu Otchłani Rozgrzeszenia — odległym o czterdzieści kilometrów — była dalsza część drogi. Te dwa odcinki dzieliło czterdzieści kilometrów pustki. Dopiero gdy prom wzniósł się nieco wyżej i światło padło pod odpowiednim kątem, Vasko dostrzegł zadziwiająco delikatny most, jakby właśnie w tym momencie powołano go do istnienia.

Przeniósł wzrok z powrotem na katedrę, która nadal wydawała się nieruchoma, ale zauważył, że charakterystyczne punkty orientacyjne, które kilka minut temu były przed katedrą, teraz pozostały za nią. Pełzła, wprawdzie w ślimaczym tempie, ale nieuchronnie do przodu.

Most zupełnie nie sprawiał wrażenia konstrukcji zdolnej do przeniesienia katedry na drugi brzeg rozpadliny.

Vasko otworzył bezpieczny kanał do krążącego po orbicie większego promu, który miał przekazać sygnał na „Nostalgię za Nieskończonością”, ciągle czekającą w roju parkującym.

— Tu Vasko. Nawiązaliśmy kontakt z Aurą.

— Macie coś? — spytała Orca Cruz. Spojrzał na Khouri; milcząco skinęła głową.

— Coś mamy — odparł.

Na pokładzie „Nostalgii za Nieskończonością”, rój parkujący, 107 Piscium, 2727

Scorpio odzyskiwał świadomość, wiedząc, że tym razem sen był dłuższy od poprzedniego. Czuł, jak jego komórki protestują, gdy skłaniano je do mozolnego metabolizmu. Uruchamiały życiowe mechanizmy jak niezadowoleni robotnicy, gotowi wyłączyć je na dobre pod byle pozorem. Jak na jedno życie zbyt wiele razy doznały złego traktowania. Tak samo jak ja, pomyślał Scorpio.

Po omacku grzebał w pamięci. Dość jasno przypomniał sobie epizod wybudzenia w układzie Yellowstone. Widział dowody działalności wilków: Yellowstone z habitatami obrócone w ruinę, układ wypatroszony. Pamiętał dyskusję na temat ewakuowanych — odniósł wtedy zwycięstwo i przyjęto ich prom na statek. Wygrał bitwę, lecz przegrał wojnę. Miał alternatywę: albo oddać stanowisko dowódcze i stać się biernym obserwatorem, albo dać się znów zamrozić. Dokonał wyboru. W zasadzie oba warianty oznaczały to samo: Scorpio miał się usunąć, zostawiając zarządzanie statkiem Vaskowi i jego zwolennikom. Zamrożony Scorpio nie musiał przynajmniej na to wszystko patrzeć.