— To nie jest aż takie imponujące — stwierdził Crozet. — Katedry… właściwe katedry… są większe. Poruszają się wolniej, ale nie mogą zbyt łatwo się zatrzymać. To jak wstrzymać lodowiec. W pobliżu takiej katedry matki nawet ja robię się trochę nerwowy. Gdyby się nie ruszały, nie byłyby takie straszne…
— Tam jest król. — Linxe wskazała na pojazd w prześwicie pierwszej kolumny. — Po drugiej stronie, kochanie. Musisz ich okrążyć.
— Cholera. Tego właśnie nie lubię.
— Idź na pewniaka i zajedź od tyłu.
— Nieee. — Crozet zaprezentował łuk zepsutych zębów. — Muszę pokazać, że mam jaja, co nie?
Rashmika poczuła, jak fotel wali ją w plecy, gdy Crozet dał gaz do dechy. Prześcigali kolejne wagony. Jechali niewiele szybciej od karawany. Rashmika spodziewała się, że karawana porusza się cicho, jak większość rzeczy na Heli. I rzeczywiście nie słyszała jej, ale czuła docierające do niej przez lód, przez narty, przez skomplikowany układ zawieszeń lodochodu stałe dudnienie kół, jakby milion obutych stóp stąpało niecierpliwie. Łup, łup, łup, gdy ogniwa gąsienic uderzały w lód. Skrobanie oskardopodobnych mechanicznych stóp, szukających przyczepności na zmarzniętym gruncie. Niski pisk segmentowej maszyny. Tuzin innych hałasów, których Rashmika nie potrafiła odróżnić. W de jak muzykę organów słyszała odgłosy niezliczonych silników.
Lodochód Crozeta wyprzedził czołową parę karawany o dwie długości wagonu. Baterie reflektorów oświetlających trakt przed karawaną zalały lodochód ostrym niebieskim blaskiem. Za oknami mobilnych domów Rashmika dostrzegła małe postacie; nawet na dachach, za barierkami, stali ludzie w skafandrach ciśnieniowych oznaczonych ikonografią religijną.
Karawany były elementem życia na Heli, ale Rashmika niewiele o nich wiedziała. Znała tylko podstawowe sprawy. Karawany były ruchomymi pośrednikami wielkich kościołów — organizacji, które zarządzały katedrami. Katedry poruszały się powoli, ale niemal wyłącznie w równikowym pasie Drogi Ustawicznej. Czasami zbaczały z Drogi, nigdy jednak nie zapuszczały się aż tak daleko na północ czy południe.
Karawany potrafiły jeździć po dowolnym terenie i osiągały dostateczną prędkość, by dotrzeć w miejsca oddalone od Drogi i potem jeszcze — podczas tego samego cyklu obrotowego — dogonić macierzyste katedry. W trasie rozdzielały się i zmieniały formację, wysyłały mniejsze ekspedycje, łączyły się z innymi konwojami. Często pojedyncza karawana reprezentowała trzy czy cztery różne kościoły, które mogły zasadniczo odmiennie interpretować cud Quaiche’a. Wszystkie kościoły potrzebowały jednak pracowników i części zapasowych. Wszystkie potrzebowały nowych członków.
Crozet skierował lodochód na środek traktu, tuż przed karawaną. Teraz droga prowadziła nieco pod górę i mały pojazd stracił przewagę prędkości nad karawaną, która toczyła się naprzód, nie zważając na ukształtowanie terenu.
— Uważaj teraz! — ostrzegła Linxe.
Jej mąż przerzucił kontrolki. Tył lodochodu, a potem zaraz jego przód, śmignęły na drugą stronę konwoju. Narty z dudnieniem wpadły w stare koleiny w lodzie. Nachylenie drogi jeszcze się zwiększyło, ale teraz nie miało to znaczenia, ponieważ Crozet nie musiał już wyprzedzać karawany. Powoli czołowe wagony doganiały lodochód.
— Tu jest król — powiedział Crozet. — Zdaje się, że oni też są na nas przygotowani.
Rashmika nie rozumiała, co to znaczy, ale wkrótce zobaczyła dwa wystające z dachu dźwigi, z których opuszczały się na linach metalowe haki. Na tych hakach zjechały dwie żwawe postacie w skafandrach. Za chwilę usłyszała odgłos ciężkich kroków na dachu lodochodu, a potem szczęknięcie metalu o metal, i samodzielny ruch lodochodu ustał — byli wciągani w górę.
— Bezczelne sukinsyny robią to za każdym razem — rzekł Crozet. — Ale nie ma sensu z nimi się kłócić. Albo zgadzasz się na to, albo do widzenia.
— Przynajmniej wysiądziemy i trochę rozprostujemy nogi — powiedziała Linxe.
— Jesteśmy teraz w karawanie? Oficjalnie? — spytała Rashmika.
— Tak — potwierdził Crozet.
Poczuła ulgę, że znaleźli się poza zasięgiem milicji z Vigrid. Choć nie było żadnych oznak, by śledczy ich gonili, to jednak Rashmika wyobrażała sobie, że depczą im po piętach.
Nie wiedziała, co sądzić o wysiłkach milicji. Planując ucieczkę, wiedziała, że gdy władze odkryją jej zniknięcie, zwrócą się z żądaniem do ludzi, żeby jej szukali i sprowadzili na jałowe wyżyny. Poza tym nie spodziewała się innych aktywnych działań ze strony władzy. Tymczasem okazało się, że milicja powiązała ją z eksplozją w składzie materiałów wybuchowych. Zakładali najprawdopodobniej, że Rashmika uciekła ze strachu przed zdemaskowaniem. Oczywiście mylili się, ale nie znaleźli innych podejrzanych, a ona nie miała argumentów na swą obronę.
Na szczęście Crozet i Linxe albo uwierzyli jej na słowo, albo w ogóle się nie przejmowali komunikatem milicji. Ciągle jednak bała się, że milicja zorganizuje blokadę traktu i przejmie lodochód, nim zdołają dotrzeć do karawany.
Teraz miała przynajmniej o jedno zmartwienie mniej.
Procedura dokowania trwała zaledwie minutę. Crozet miał przy tym niewiele do powiedzenia. Rashmika poczuła podmuch powietrza; bębenki w uszach nieco ją zabolały. Potem usłyszała kroki na pokładzie.
— Chcą pokazać, kto tu rządzi — wyjaśnił Crozet, choć było to zbyteczne. — Nie musisz się nikogo obawiać. Demonstrują siłę, ale my z wyżyn jesteśmy im potrzebni.
— Nie martw się o mnie — uspokoiła go Rashmika. Mężczyzna wszedł dziarsko do kabiny, jakby opuścił ją przed minutą z jakiegoś błahego powodu. Twarz miał jak żaba, cerę jak mięcho, między jego płaskim guziczkowatym nosem a górną wargą lśniło coś nieprzyjemnego. Nosił płaszcz z grubej fioletowej tkaniny, wykończony długą plisą, a kołnierz i mankiety były obficie bufiaste. Asymetryczny beret z malutkim magicznym znakiem siedział krzywo na szopie rudych włosów. Palce miał obciążone ozdobnymi pierścieniami. W jednej dłoni niósł kompnotes, na którego ekranie przesuwały się kolumny liczb w starożytnej notacji. Na jego prawym ramieniu tkwiła konstrukcja złożona z połączonych przegubami jaskrawozielonych kolumienek i rurek. Rashmika nie wiedziała, do czego to może służyć, czy to ozdoba, czy jakiś tajemniczy instrument medyczny.
— Panie Crozet — odezwał się mężczyzna na powitanie. — Co za niespodzianka. Naprawdę nie sądziłem, że tym razem uda się panu dotrzeć.
Crozet wzruszył ramionami. Rashmika zauważyła, że bardzo stara się wyglądać nonszalancko i beztrosko, ale kosztowało go to sporo wysiłku.
— Nie mogę zawieść dobrego człowieka, kwestorze.
— Może nie. — Mężczyzna patrzył w ekran, układając usta tak, jakby ssał cytrynę. — Ale trochę późno. Zyski są nikłe. Mam nadzieję, Crozet, że nie będziesz zbyt rozczarowany.
— Moje życie to seria rozczarowań, kwestorze. Zdążyłem się już chyba do tego przyzwyczaić.
— Mamy pobożną nadzieję, że tak jest. Każdy z nas musi znać swoje miejsce w życiu.
— Ja z pewnością znam swoje, kwestorze. — Crozet dotknął kontrolek, prawdopodobnie wyłączył silnik lodochodu. — Jesteście gotowi robić interes czy nie? Bardzo się natrudziliście, żeby dopracować tę ciepławą procedurę powitalną. Mężczyzna uśmiechnął się lekko.
— To gościnność, Crozet. Ciepławe przyjęcie byłoby wtedy, gdybyśmy cię zostawili na lodzie albo przejechali.
— W takim razie dziękuję bogu.
— Kim pan jest? — spytała Rashmika, sama tym zaskoczona.
— To kwestor… — powiedziała pośpiesznie Linxe.