Выбрать главу

— Kwestor Rutland Jones — przerwał jej mężczyzna aktor skim tonem, jakby grał dla widzów na galerii. — Pan Artykułów Pomocniczych, Superintendent Karawan i innych jednostek mobilnych, Wędrujący Legat Pierwszego Kościoła Adwentystów. A ty kto?

— Pierwszego Adwentystów? — Chciała się upewnić, czy do brze usłyszała. Istniało wiele samodzielnych kościołów, dużych i wpływowych, mających tak podobne nazwy, że łatwo je było pomylić. Ale właśnie Pierwszy Kościół Adwentystów interesował Rashmikę. — Tak jak ten najstarszy kościół, którego historia sięga zamierzchłych czasów?

— Tak… o ile się nie mylę co do swoich chlebodawców. Ale chyba nie odpowiedziała pani na moje pytanie?

— Rashmika — odparła. — Rashmika Els.

— Els. — Mężczyzna przeżuwał sylabę. — Chyba dość popularne nazwisko we wsiach na jałowych wyżynach Vigrid. Ale wydaje mi się, że nie spotkałem żadnego Elsa tak daleko na południu.

— Mógł pan spotkać, przynajmniej raz — powiedziała Rashmika, choć może była niesprawiedliwa. Karawana, którą podróżował jej brat, też była afiliowana do Adwentystów, ale było mało prawdopodobne, że to akurat ta karawana.

— Chyba bym pamiętał.

— Rashmika podróżuje z nami — rzekła Linxe. — Jest… sprytną dziewczynką. Prawda, kochanie?

— Daję sobie radę — stwierdziła Rashmika.

— Sądzi, że mogłaby znaleźć posadę w kościołach. — Linxe polizała palce i przygładziła kosmyk zakrywający znamię.

Mężczyzna odłożył kompnotes.

— Posadę?

— Jakąś techniczną — wyjaśniła Rashmika. Wiele razy powtarzała sobie tę scenę w wyobraźni i wtedy zawsze miała przewagę, ale teraz wszystko rozgrywało się szybko i inaczej, niż się spodziewała.

— Zawsze jesteśmy gotowi wykorzystać zdolne młode dziewczęta. — Kwestor sięgnął do kieszeni na piersiach. — I chłopców, skoro już o tym mówimy. To zależy od pani talentów.

— Nie mam talentów. — Rashmika zmieniła to słowo w coś obscenicznego. — Ale potrafię czytać i rachować. Potrafię programować większość typów serwitorów. Dużo wiem na temat nauki o czmychaczach. Z pewnością mogłoby to być przydatne dla kogoś w kościele.

— Chciałaby znaleźć pracę w jakimś archeologicznym zespole badawczym sponsorowanym przez kościół — dodała Linxe.

— Naprawdę? — spytał kwestor.

Rashmika skinęła głową. Uważała takie zespoły za fikcję, istniały tylko po to, by uzasadniać bieżącą quaicheistowską doktrynę na temat czmychaczy. Ale od czegoś musi zacząć. Jej rzeczywistym celem było dotarcie do Harbina, a nie zaawansowane badania czmychaczy. Jednak znacznie łatwiej byłoby go znaleźć, gdyby zaczęła swoją służbę od posady urzędniczej — choćby w jednej z grup badawczych — a nie od poślednich prac, na przykład przy naprawie Drogi.

— Sądzę, że mogłabym się przydać — potwierdziła.

— Głęboka znajomość badań dotyczących danego obiektu to nie to samo, co znajomość samego obiektu — stwierdził kwestor z życzliwym uśmiechem. Wyjął rękę z kieszeni. Między kciukiem a placem wskazującym trzymał szczyptę ziaren. Przegubowy zielony obiekt na jego ramieniu poruszył się dziwnie sztywno, jakby był dmuchaną zabawką. To było zwierzę, ale Rashmika — co prawda miała ograniczone doświadczenie — nigdy czegoś podobnego nie widziała. Teraz na jednym końcu najgrubszej rurki dostrzegła głowę, która przypominała wieżyczkę, miała fasetowe oczy i delikatne mechaniczne usta. Kwestor zbliżył palce do zwierzątka, wysuwając zachęcająco wargi. Zwierzę wygięło się w dół i zaatakowało ziarenka, elegancko je skubiąc. Co to takiego? — zastanawiała się Rashmika. Ciało i odnóża owadzie, ale długi ogon,

owinięty kilkakrotnie wokół ramienia kwestora, sugerował raczej gadzie pochodzenie. Sposób jedzenia natomiast był zdecydowanie ptasi. Pamiętała skądś ptaki — olśniewające majestatyczne istoty, turkusowoniebieskie, z ogonami jak wachlarze. Pawie. Ale gdzie widziała pawie?

Kwestor uśmiechnął się do swego pupila.

— Niewątpliwie przeczytałaś dużo książek — powiedział, patrząc z ukosa na Rashmikę. — To godne pochwały.

Spojrzała na zwierzę z rezerwą.

— Wychowałam się przy wykopaliskach, kwestorze. Pomagałam w pracach. Od urodzenia wdychałam pył czmychaczy.

— Niestety, to nie jest nic wyjątkowego. Ile skamieniałości zbadałaś?

— Żadnych — odparła po chwili milczenia.

— No więc. — Kwestor musnął swoje wargi palcem wskazującym, a potem dotknął nim ust zwierzaka. — Wystarczy ci, Miętusku.

Crozet zakasłał.

— Kwestorze, czy moglibyśmy kontynuować tę rozmowę na pokładzie karawany? Nie chciałbym za bardzo oddalać się od domu, a mamy jeszcze dużo spraw do załatwienia.

Miętusek wycofał się na ramię kwestora i zaczął czyścić sobie twarz nożycowatymi przednimi kończynami.

— Czy dziewczyna jest pod twoją kuratelą, Crozet? — spytał kwestor.

— Nie, w zasadzie nie. — Spojrzał na Rashmikę i poprawił się: — To znaczy tak, opiekuję się nią, dopóki nie dotrze tam, dokąd ma dotrzeć, i gdyby ktoś chciał ją tknąć, będzie miał ze mną do czynienia. Ale potem nie obchodzi mnie, co ona ze sobą zrobi.

Kwestor znów zwrócił się do Rashmiki.

— Ile masz dokładnie lat?

— Tyle, ile trzeba — odparła.

Zielona istota skierowała na nią swoją wieżyczkowatą głowę z pustymi fasetowymi oczami jak jagody.

Powierzchnia Heli, 2615

Quaiche to tracił, to odzyskiwał świadomość. W każdym cyklu coraz bardziej zacierały mu się różnice między tymi dwoma stanami. Miał halucynacje, a potem urojenia o tym, że halucynacje są rzeczywistością. Co rusz widział ratowników, którzy gramolili się po rumowisku, i gdy go dostrzegli, przyśpieszali i machali do niego dłońmi w rękawicach. Za trzecim razem roześmiał się z tego, że wyobrażał sobie ratowników przybywających dokładnie w takich samych okolicznościach jak prawdziwi ratownicy. Nikt by mu przecież nie uwierzył.

Ale gdy po przybyciu pomocy wydobywano go w bezpieczne miejsce, zawsze okazywało się, że znów jest na swoim statku, że boli go klatka piersiowa, a jedno oko patrzy na świat jak przez mgłę.

„Domina” przybywa, wsuwa się między pionowe ściany rozpadliny. Opuszcza się na szpilach z dysz hamujących. Otwiera się luk w środkowej sekcji ciemnego kadłuba i wynurza się stamtąd Morwenna. Jej tłoki działają tak szybko, że widok jest rozmazany. Biegnie mu na pomoc, wspaniała i przerażająca, jak armia ustawiona do bitwy. Wyciąga go z wraku „Córki” i — nielogicznie, jak to we śnie — Quaiche nie musi oddychać, gdy Morwenna pomaga mu przejść do dużego statku przez rześki, pozbawiony powietrza krajobraz cieni i światła. Albo przychodzi w ornamentowanym skafandrze; jakoś udaje się jej poruszać, choć Quaiche wie, że skafander jest na sztywno zespawany i nie może się zginać.

Stopniowo halucynacje zdobywały przewagę nad racjonalnym myśleniem. W okresach jasności umysłu wydawało mu się, że wielką łaską byłoby, gdyby halucynacja pojawiła się dokładnie w chwili jego śmierci, żeby zaoszczędzono mu wstrząsu, że nadal musi czekać na ratunek.

Widział, jak idzie ku niemu Jasmina. Kroczy po rumowisku, za nią w pewnej odległości Grelier. Królowa wydrapuje sobie oczy, w ślad za nią ciągną się smugi krwi.

Stale się budził, ale halucynacje nakładały się na siebie i coraz silniej opanowywały go uczucia indukowane przez wirus. Nigdy wcześniej nie doświadczył tego tak silnie, nawet wówczas, gdy wirus po raz pierwszy wniknął mu do żył. Każdej myśli towarzyszyła muzyka, wszystkie atomy przenikało witrażowe światło. Quaiche miał wrażenie, że jest intensywnie obserwowany, intensywnie kochany. Emocje przestały być powierzchowne, teraz odzwierciedlały rzeczywistość. Miał wrażenie, że dotychczas widział tylko odbicie czegoś lub stłumione echo cudownej, rozdzierającej serce muzyki. Czy to możliwe, że wszystko się zmieniło za sprawą sztucznie spreparowanego wirusa w mózgu? Wcześniej miał podobne odczucia — nieudolne, mechanicznie wymuszone reakcje — ale teraz te emocje wszystko wypełniały i stanowiły jego integralną część. Wtedy były to efekty teatralne — teraz prawdziwa burza.