Выбрать главу

— Gdzie jestem?

— Na Araracie — rzekł Scorpio.

— Gdzie. — Nie zabrzmiało to jak pytanie.

— Wystarczy informacja, że to Ararat.

— Domyślam się, że w pobliżu waszego głównego osiedla.

— Jak powiedziałem…

— Jak długo to trwało?

— Zależy co — odparł Scorpio. — Sygnał z twojej kapsuły ode braliśmy parę dni temu. Nie wiemy, ile dni byłaś pod wodą ani jak długo trwała droga na planetę.

— Parę dni? — Spojrzała na niego, jakby powiedział „kilka miesięcy”. — Czemu to wam zajęło tyle czasu?

— Masz szczęście, że tak szybko do ciebie dotarliśmy — powie dział Blood. — Nie mieliśmy wpływu na procedurę wybudzania.

— Parę dni… Gdzie jest Clavain? Chcę się z nim widzieć. Nie mówcie mi tylko, że pozwoliliście mu umrzeć.

— Nie martw się — powiedział Clavain łagodnie. — Jak widzisz, nadal żyję.

Kilka sekund wpatrywała się w niego z ironicznym uśmieszkiem jak osoba, która podejrzewa, że jest obiektem kiepskiego żartu. — To ty?

— Tak. — Podał jej dłoń. — Wybacz, że tak cię rozczarowałem. Patrzyła na niego jeszcze chwilę.

— Przepraszam. Po prostu… spodziewałam się kogoś nieco innego.

— Mam nadzieję, że do czegoś się przydam — odparł Clavain i zwrócił się do Blooda: — Proszę, podaj jej koc, bo jeszcze umrze z zimna. Potem pozwólmy, niech doktor Valensin starannie ją zbada.

— Nie ma na to czasu — oznajmiła Khouri, zdzierając kilka plastrów, które wcześniej przeoczyła. — Dajcie mi coś, co pływa po wodzie. I broń… i trochę jedzenia i wody. I jakieś ubrania.

— Trochę się śpieszysz — stwierdził Clavain. — Nie możesz po czekać do rana? Przecież minęły dwadzieścia trzy lata. Jest sporo do obgadania.

— Do cholery, nie masz o niczym pojęcia.

Blood podał koc Clavainowi, a ten podszedł do Khouri i wręczył jej okrycie. Zawinęła się w nie bez entuzjazmu.

— Możemy skombinować łodzie i strzelby — rzekł Clavain. — Ale chyba dobrze by było, gdybyśmy wiedzieli, po co ci to właśnie teraz.

— Chodzi o moje dziecko — odparła. Clavain uprzejmie skinął głową.

— Twoje dziecko.

— O córkę. Ma na imię Aura. Jest tu, na… jak to się nazywa?

— Ararat — podpowiedział jej Clavain.

— Właśnie. Jest na Araracie. A ja przyjechałam, żeby ją ura tować.

Clavain spojrzał po swoich towarzyszach.

— A gdzie twoja córka dokładnie miałaby być?

— Jakieś osiemset kilometrów stąd — wyjaśniła Khouri. — Dawajcie broń. I inkubator. Potrzebuję też kogoś, kto zna się na chirurgii w warunkach polowych.

— Po co ci taki chirurg?

— Ponieważ najpierw musicie ją wydobyć ze Skade.

JEDENAŚCIE

Hela, 2727

Rashmika patrzyła na szkielet czmychacza. Ten spektakularny symbol bogactwa zwisał z sufitu w wielkim atrium wagonu. Nawet jeśli był fałszywy lub częściowo fałszywy — niepoprawnie zestawiony z nieprzystających do siebie części — to i tak był pierwszym w miarę kompletnym czmychaczem, jakiego widziała. Miała ochotę wspiąć się i dokładnie go obejrzeć, zanotować wzorce abrazyjne w miejscu, gdzie twarde sekcje pancerzy ocierały się o siebie. Przedtem Rashmika tylko czytała o takich rzeczach, ale miała pewność, że wystarczyłaby jej godzina uważnego studiowania, by określić, czy ten szkielet jest autentyczny, a przynajmniej wykluczyć możliwość, że jest tanią podróbką.

Z jakichś powodów uważała za mało prawdopodobne, że to podróbka, i do tego tania.

Dokonała w myślach klasyfikacji morfologicznej. DK4V8M. Albo DK4V8L, jeśli zmylił mnie nalot kurzu wokół ostatniego pancerza ogonowego, pomyślała. Przynajmniej można zastosować zwykły schemat klasyfikacyjny. Czasami w tanich podróbkach zestawiano części ciała w niesamowitych konfiguracjach anatomicznych, ale to był dość wiarygodny montaż, nawet jeśli poszczególne części nie pochodziły z tego samego miejsca pochówku.

Czmychacze byli koszmarem taksonomistów. Gdy odkopano pierwszego reprezentanta tego gatunku, wydawało się, że wystarczy złożyć porozrzucane części w całość przypominającą dużego owada czy homara. Czmychacz miał skomplikowany układ ciała, z wieloma wyspecjalizowanymi kończynami i organami czuciowymi, ale wszystko udało się skompletować w dość logiczny sposób i tylko trzeba było się domyślić, jak wyglądały organy wewnętrzne.

Tymczasem drugi znaleziony czmychacz nie pasował do pierwszego. Miał inną liczbę sekcji ciała, inną liczbę kończyn. Jego głowa i część gębowa też inaczej wyglądały. Jednak archeolodzy złożyli kompletnego osobnika, używając wszystkich kości.

Trzecie znalezione stworzenie nie pasowało ani do pierwszego, ani do drugiego. Z czwartym i piątym historia się powtórzyła.

Gdy wykopano setnego osobnika, nauka miała sto różnych wersji ciała czmychaczy.

Teoretycy szukali wyjaśnienia tego zjawiska. Wywnioskowano, że w chwili narodzin nie było dwóch jednakowych czmychaczy, ale dwa nowe równoczesne odkrycia obaliły tę hipotezę. Pierwsze — odkopanie grupki czmychaczy-dzieci. Choć istniały pewne różnice w budowie ich ciała, to jednak dzieci były identyczne. Analiza statystyczna sugerowała, że archeologowie powinni byli już odkryć przynajmniej trzech identycznych dorosłych osobników. Drugie odkrycie — znalezienie pary dorosłych czmychaczy na tym samym obszarze, w oddzielnych, choć połączonych komorach podziemnego systemu tuneli. Złożono ich części ciała i uzyskano nową jednostkę klasyfikacyjną. Kimura, młoda uczona, zainteresowała się dokładniej śladami pozostawionymi przez trące o siebie części szkieletu. Zaniepokoiło ją, że zadrapania nie pasowały do siebie: ślady na brzegu jednego kawałka skorupy nie miały swoich odpowiedników na kawałku przylegającym.

Początkowo Kimura sądziła, że ma do czynienia z podróbkami. Już wtedy istniał rynek na tego rodzaju obiekty. Postanowiła jednak głębiej zanalizować problem. Myślała nad nim wiele tygodni, przekonana, że nie dostrzega jakiegoś oczywistego zjawiska. Pewnego dnia bardzo intensywnie oglądała zadrapania pod dużym powiększeniem, w nocy gorączkowo o tym śniła, a rano pognała do laboratorium, by potwierdzić dręczące ją podejrzenia.

Znalazła rozwiązanie. Każde zadrapanie u jednego czmychacza miało swój odpowiednik, ale na szkielecie drugiego osobnika. Czmychacze po prostu wymieniały się częściami ciała. Dlatego nie były do siebie podobne. Podczas zrytualizowanych ceremonii przekazywały sobie części ciała, po czym wycofywały się do swoich jamek, by tam wrócić do zdrowia. W miarę jak odkopywano nowe szkielety, uzyskiwano coraz większą liczbę kombinacji. Przekazywanie części ciała miało praktyczne znaczenie — umożliwiało czmychaczom adaptację do szczególnych zadań i warunków. Rytualne wymiany miały również znaczenie estetyczne — zaspokajały potrzebę bycia nietypowym. Czmychacze, których budowa ciała bardzo odbiegała od przeciętnej, osiągały sukces społeczny, ponieważ brały udział w wielu wymianach. Jak udało się ustalić Kimurze i jej kolegom, największe odium spadało na czmychaczy identycznych, ponieważ to oznaczało, że przynajmniej jeden z nich był wyrzutkiem nie potrafiącym znaleźć partnera do wymiany.

Między uczonymi rozgorzał zaciekły spór. Większość uważała, że taki wzorzec zachowania nie był wynikiem naturalnej ewolucji, że miał swoje źródło we wcześniejszej fazie bioinżynierii, gdy czmychacze majstrowali przy własnej anatomii, by umożliwić wymianę całych części ciała między osobnikami, bez korzystania z mikrochirurgii i leków zapobiegających odrzuceniu przeszczepów.