Выбрать главу

Mniejszość badaczy uznała, że wymiany były zbyt głęboko osadzone w kulturze czmychaczy i nie mogły powstać w najnowszym okresie ich historii. Sugerowano, że miliardy lat wcześniej czmychacze musieli żyć w bardzo wrogim środowisku — z punktu widzenia ewolucji przypominającym zatłoczony garnek homarów. By osobnik mógł przeżyć, musiał nie tylko mieć zdolność odtworzenia oderwanych kończyn, ale również ponownego przyłączenia oderwanej kończyny, nim została zjedzona. Kończyny — a potem również inne zasadnicze części ciała — przeszły ewolucję, rozwijając w sobie zdolność przeżycia po oderwaniu od reszty ciała. Gdy wzrastał nacisk na przetrwanie, czmychacze nabyli kompatybilności międzyosobniczej, umożliwiającej wykorzystanie nie tylko własnych odrzuconych części, ale również części krewnego.

Być może nawet czmychacze nie pamiętały, kiedy zaczęła się ta wymiana. Z pewnością nie znaleziono żadnych wyraźnych aluzji do tego w nielicznych symbolicznych zapisach odkrytych na Heli. Wymiana była nieodłączną częścią ich życia, podstawowym elementem postrzegania przez nich rzeczywistości, zbyt oczywistym, żeby o tym wspominać.

Patrząc na tę fantastyczną istotę, Rashmika zastanawiała się, co czmychacze sądziliby na temat ludzkości. Prawdopodobnie uznaliby rasę ludzką za dziwaczną, a niezmienność za coś strasznego, jakiś rodzaj śmierci.

Rashmika uklękła i oparła na udach kompnotes. Otworzyła go i wyjęła z rowka pisak. Nie było jej wygodnie, ale zamierzała siedzieć w ten sposób tylko kilka minut.

Zaczęła rysować. Pisak skrzypiał po kompnotesie, gdy płynnie i pewnie prowadziła dłoń. Na ekranie powstawało obce zwierzę.

* * *

Linxe miała rację co do karawany: to nic, że przyjęto ich chłodno, najważniejsze, że po trzech dniach podróży mieli okazję wyjść z lodochodu.

Rashmika ze zdziwieniem zauważyła, że jej nastrój się poprawił. Przestała się niepokoić o akcję milicji z Vigrid, choć nadal dręczyło ją pytanie, dlaczego ją ścigano. Ponadto powietrze było tu świeższe, wiaterki przynosiły interesujące zapachy, znacznie przyjemniejsze od tych, jakie panowały w lodochodzie.

Wagon rozplanowano i wyposażono z rozmachem: szerokie przejścia, wygodne pokoje, jasne oświetlenie. Wszystko było wypucowane. Gościom podano jedzenie i picie. Mogli uprać ubrania i po raz pierwszy od paru dni porządnie się umyć. Oferowano również rozmaite rozrywki, choć akurat Rashmika uznała je za mało interesujące. Widziała tu nieznanych ludzi, zupełnie nowe twarze.

Doszła do wniosku, że początkowo źle oceniła naturę stosunków między kwestorem a Crozetem. Nie było między nimi sympatii, ale zrozumiała, że w przeszłości obie strony były dla siebie użyteczne. Opryskliwość była tylko grą maskującą fakt, że w istocie czuli do siebie szacunek. Kwestor chciał usłyszeć użyteczne ploteczki, Crozet tymczasem musiał zdobyć pewne części zapasowe czy inne towary nadające się na wymianę.

Rashmika nie zamierzała uczestniczyć we wszystkich negocjacjach, ale szybko się zorientowała, że może pomóc Crozetowi. Usiadła przy końcu stołu z kartką i piórem. Nie pozwolono jej wnieść do sali kompnotesu — obawiano się, że ma zainstalowane jakieś zabronione oprogramowanie, na przykład software analizujący głos.

Rashmika notowała uwagi na temat sprzedawanych przez Crozeta przedmiotów i robiła szkice ze starannością, z jakiej zawsze była dumna. Autentycznie interesowała się tematem rozmów, ale miała też inny cel.

W pierwszej sesji negocjacyjnej uczestniczyli dwaj kupcy. Potem pojawił się trzeci i czwarty. Rozmowy zawsze obserwował kwestor lub jeden z jego zastępców. Każda sesja zaczynała się od pytania, co Crozet ma do zaoferowania.

— Nie szukamy pozostałości po czmychaczach — oznajmiono mu za pierwszym razem. — To nas nie interesuje. Chcemy ludzkich artefaktów, rzeczy pozostawionych na Heli w ciągu ostatnich stu lat, a nie śmieci sprzed tysiąca wieków. Teraz, gdy ewakuuje się bogate układy słoneczne, zmniejsza się rynek na bezużyteczne obce dziadostwo. Kto chciałby powiększać swoją kolekcję, kiedy musi sprzedawać wszystkie dobra, żeby sobie kupić niszę w zamrażarce?

— O jakie ludzkie artefakty chodzi?

— Użyteczne. Nastały mroczne czasy, ludzie nie chcą już dzieł sztuki ani rzeczy nietrwałych, chyba że wierzą, że to przynosi szczęście. Chcą głównie broni i systemów podtrzymywania życia. Tego, co da im przewagę podczas ucieczki. Przemycanej broni Hybrydowców. Opancerzenia Demarchistów. Wszystko, co jest odporne na zarazę, znajdzie nabywców.

— Z zasady nie handluję bronią — powiedział Crozet.

— W takim razie musisz się dostosować do nowego rynku — stwierdził jeden z mężczyzn z uśmieszkiem wyższości.

— Kościoły przechodzą na handel bronią? Czy to nie jest odro binę niezgodne z pismem świętym?

— Jeśli ludzie chcą ochrony, dlaczego mielibyśmy im tego od mawiać?

Crozet wzruszył ramionami.

— Ja nie mam już karabinów i amunicji. Może na Heli ktoś nadal wykopuje broń, ale ja nie.

— Musisz mieć coś innego.

— Niewiele. — Podniósł się, jakby chciał przerwać rokowania. To samo robił podczas wszystkich następnych sesji. — Chyba lepiej już sobie pójdę, nie chciałbym wam zabierać czasu.

— Niczego nie masz?

— Niczego interesującego was. Oczywiście mam trochę reliktów po czmychaczach, ale jak powiedziałeś… — Crozet parodio wał głosem lekceważący ton kontrahenta — nie ma teraz rynku na obce dziadostwo.

Kupcy westchnęli i wymienili spojrzenia. Kwestor pochylił się ku nim i zaczęli szeptać.

— W zasadzie mógłbyś pokazać nam, co masz — zaproponował jeden z kupców z ociąganiem — ale nie rób sobie nadziei. Najprawdopodobniej nie będziemy zainteresowani. Prawie na pewno nie.

Crozet znał jednak te sztuczki i wiedział, że musi się zastosować do tych bezsensownych i dziecinnych reguł gry. Sięgnął pod krzesło i wyjął zawiniątko, jakby starannie opakowane małe zmumifikowane zwierzę.

Twarze kupców wykrzywiły się z niesmakiem.

Położył pakunek na stole i odwijał go, irytująco powoli usuwając kolejne warstwy. Cały czas opowiadał, jak nadzwyczaj rzadki jest ten obiekt i w jak szczególnych okolicznościach został odkopany, ubarwiając wątpliwą historię jego pochodzenia.

— Pośpiesz się, Crozet.

— Naświetlam sprawę — odparł.

W końcu odwinął ostatnią warstwę ochronną i rozpostarł ją na stole, odsłaniając szczątek czmychacza.

Rashmika widziała to wcześniej — to był jeden z przedmiotów, którymi opłaciła przejazd lodochodem.

Nigdy nie przyciągały wzroku. Rashmice pozwalano obejrzeć tysiące artefaktów wydobytych z wykopalisk Vigrid. Mogła je dokładnie zbadać, nim przeszły w ręce handlarzy. Nigdy jednak nie widziała czegoś, co wprawiłoby ją w zachwyt. Artefakty były bez wątpienia sztucznymi tworami, wykonano je z matowych, spatynowanych metali lub nieszkliwionej ceramiki. Rzadko miały jakąś ornamentację — żadnych śladów farby czy napisów. Raz na tysiąc zdarzały się obiekty pokryte łańcuchem symboli, i niektórzy badacze twierdzili nawet, że rozumieją ich znaczenie. Większość artefaktów była jednak matowa, monotonna, niedopracowana. Przypominały pozostałości nieporadnej kultury epoki brązu, a nie promienne wytwory cywilizacji, która potrafiła podróżować w kosmosie i która z pewnością nie ewoluowała tutaj, w układzie 107 Piscium.

Mimo to w ciągu ostatniego wieku rozwinął się popyt na takie relikty, częściowo dlatego, że żadna z innych wymarłych cywilizacji — choćby Amarantini — nie pozostawiła po sobie porównywalnego zbioru przedmiotów codziennego użytku. Tamte cywilizacje zostały tak doszczętnie zniszczone, że niemal nic po nich nie przetrwało, a nieliczne obiekty miały wielką wartość i podlegały kurateli dużych organizacji naukowych, na przykład Instytutu Sylveste’a. Tylko po czmychaczach pozostało tyle obiektów, że prywatni kolekcjonerzy mogli kupować oryginalne artefakty. I nieważne, że były to rzeczy drobne i mało efektowne. Były bardzo stare i należały do kultury obcych, a ponadto osnuwał je woal tragedii ich wyginięcia.