Prom o rubinowym kadłubie marudził na szpili fachowo zrównoważonego ciągu nad sunącą karawaną. Potem obniżył lot i osiadł na głównym lądowisku. Kadłub otworzył się i z luku pojazdu wyszedł człowiek w skafandrze próżniowym. Zawahał się chwilę, po czym sięgnął do kokpitu i wydostał stamtąd laskę i białą walizeczkę. Kamery śledziły go z różnych miejsc — wszedł do wagonu karawany, otwierając kluczami Wieży Zegarowej drzwi, które normalnie były stale zamknięte. Potem je starannie za sobą zamykał. Kroczył powoli, niespiesznie, by dać kwestorowi czas na gimnastykę wyobraźni. Od czasu do czasu stukał laską w jakiś element wagonu albo przesuwał ręką po ścianie, a potem patrzył na rękawicę, jakby sprawdzał, czy nie ma kurzu.
— Nie podoba mi się to, Miętusku — powiedział kwestor do stworzenia siedzącego na biurku. — Nic dobrego to nie wróży, gdy ci kogoś nasyłają, zwłaszcza jeśli uprzedzą cię zaledwie godzinę wcześniej. To znaczy, że chcą cię zaskoczyć. To znaczy, że cię o coś podejrzewają.
Stworzenie zajęte było nasionkami, które kwestor usypał przed nim w piramidkę. Teraz obserwował z fascynacją, jak zwierzątko je, a potem się czyści. Czarne fasetowe oczy — które w odpowiednim oświetleniu były fioletowe — błyszczały jak rzadkie drogocenne kamienie.
— Kto to może być, kto to może być… — Kwestor bębnił pal cami po blacie. — Masz jeszcze trochę nasionek. Laska… Kto chodzi o lasce?
Stworzenie spojrzało na niego tak, jakby formułowało swoją opinię. Po chwili wróciło do skubania, zakręcając ogon wokół przycisku do papieru.
— Niedobrze, Miętusku. Czuję to.
Kwestor szczycił się tym, że w karawanie wszystko miał na oku. Robił to, czego żądał od niego kościół, ale we wszystkich innych sprawach nie wtrącał się do spraw katedr. Jego karawana zawsze terminowo wracała na miejsce spotkania na Drodze i prawie zawsze ze znaczną grupą pielgrzymów, robotników wędrownych i zbiorem artefaktów czmychaczy. Troszczył się o swoich pasażerów i klientów, nie spodziewając się od nich wdzięczności ani przyjaźni. Nie potrzebował tego. Miał swoje obowiązki, miał Miętuska i tylko to się dla niego liczyło.
Obecnie sprawy nie przedstawiały się tak dobrze jak w przeszłości, ale dotyczyło to wszystkich karawan, i jeśli kościół zamierzał kogoś ukarać, miał do wyboru innych, którzy osiągali znacznie gorsze wyniki od kwestora. Ponadto kościół musiał być zadowolony z jego pracy w ciągu ostatnich kilku lat; w przeciwnym razie nie pozwoliłby, żeby karawana tak się rozrosła i podróżowała tak ważnymi szlakami handlowymi. Kwestor utrzymywał dobre stosunki z katedralnymi oficjelami i miał reputację rzetelnego kontrahenta w negocjacjach z handlowcami w rodzaju Crozeta. Jaki więc cel przyświecał tej wizycie?
Miał nadzieję, że nie ma to nic wspólnego z krwią. Powszechnie wiedziano, że im bliższe są twoje związki z katedrami, tym większe prawdopodobieństwo, że wejdziesz w kontakt z agentami Urzędu Analizy Krwi — ciała, które rozpowszechniało autentyczną krew Quaiche’a i było organem Wieży Zegarowej. Ale tak daleko od Drogi krew Quaiche’a była rozcieńczona. Życie w kraju, poza żelaznym sanktuarium katedr, było ciężkie. Ludzie musieli się liczyć z lodospadami i gejzerami. Ich umysły musiały więc działać jasno, a nie pod wpływem chemicznej pobożności wirusa indoktrynacyjnego. A jeśli nastąpiła zmiana polityki, jeśli poszerzono zakres działań Urzędu Analizy Krwi?
— To ten Crozet — powiedział. — Zawsze przynosi pecha. Nie powinienem był go wpuszczać do karawany na tak dalekim etapie trasy. Powinienem był go odesłać z podkulonym ogonem. Leniwy drań.
Miętusek spojrzał na niego i powiedział małymi ustami:
— Ten, kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień.
— Tak, dziękuję ci, Miętusku. — Kwestor otworzył szufladę biurka. — Może byś się tu schował do odejścia naszego gościa? I trzymaj pysk na kłódkę.
Wyciągnął rękę, chcąc delikatnie zwinąć Miętuska, by zmieścił się wewnątrz szuflady, ale drzwi gabinetu już się otwierały — uniwersalny klucz pasował nawet tutaj.
Człowiek w skafandrze wszedł, przystanął i zamknął drzwi za sobą. Oparł trzcinową laskę o stół, postawił białą walizeczkę na ziemi. Otworzył szczelny hełm barokowy — płaskorzeźba wokół przyłbicy przedstawiała gargulce — zsunął go z głowy i położył na końcu stołu.
Ku swemu zdziwieniu kwestor nie poznał mężczyzny. Nie był to ten sam kościelny oficjel, z którym zwykle miał do czynienia. Ten był zupełnie obcy.
— Mogę zamienić z panem słówko, kwestorze? — spytał mężczyzna, wskazując pobliskie krzesło.
— Tak, tak — odparł kwestor pośpiesznie. — Proszę usiąść. Jak… hmm…?
— Jak mi minęła podróż z Drogi? — Mężczyzna zamknął na chwilę powieki, jakby uśpiony tym nadzwyczaj nudnym pytaniem kwestora. — Bez sensacji. — Spojrzał na stworzenie, którego kwestor nie zdążył schować. — To pański, tak?
— Mój Mi… Milusek. Miętusek. Ulubieniec.
— Zabawka genetyczna, prawda? Niech zgadnę: częściowo patyczak, częściowo kameleon, częściowo coś ze ssaka?
— Jest w nim kot — oświadczył kwestor. — Zdecydowanie kot, prawda, Miętusku? — Podsunął gościowi trochę ziarenek. — Po częstuje się pan?
Ku zdumieniu kwestora — nie wiedział, dlaczego w ogóle wyszedł z tą propozycją — mężczyzna wziął odrobinę ziarenek i podsunął je na dłoni Miętuskowi. Bardzo delikatnie. Stworzenie zaczęło poruszać żuchwą, jedząc ziarenka.
— Urocze. — Mężczyzna nie cofał ręki. — Sprawiłbym sobie takie, ale słyszałem, że bardzo ciężko je zdobyć.
— Strasznie trudno je utrzymać w zdrowiu — powiedział kwestor.
— Jestem tego pewien. Ale przejdźmy do interesów.
— Do interesów. — Kwestor skinął głową.
Mężczyzna miał pociągłą twarz z płaskim nosem i mocną szczęką. Tuż nad czołem wyrastała mu gęsta czupryna siwych włosów, sztywnych jak szczotka i idealnie przylegających na czubku głowy, jakby przyciętych laserem. W tutejszym oświetleniu świeciły niebieskawą aurą. Jego zapięta z boku na guziki tunika z wysokim kołnierzem miała insygnia Wieży Zegarowej: dziwny, podobny do mumii skafander kosmiczny, promieniujący światłem przez szczeliny w pancerzu. Kwestor wątpił jednak, czy mężczyzna jest duchownym. Nie wyglądał na kogoś, w kim płynie krew Quaiche’a. A więc to jakiś wysoko postawiony urzędnik.
— Nie chce pan wiedzieć, jak się nazywam? — spytał obcy.
— Nie, chyba że mi pan powie.
— A jednak jest pan ciekawy?
— Zapowiedziano, że mam się spodziewać wizyty. To wszystko, co muszę wiedzieć.
Mężczyzna uśmiechnął się.
— To bardzo dobra polityka. Może mnie pan nazywać Grelier. Kwestor skinął głową. W najwcześniejszych dziejach Heli,
od zaobserwowania pierwszego zniknięcia, występował niejaki Grelier. Kwestor przypuszczał, że przez wiele pokoleń rodzina Greliera odgrywała ważną rolę w kościele.
— To przyjemność gościć pana w karawanie, panie Grelier.
— Niedługo tu zabawię. Jak mówiłem, chciałem zamienić słówko. — Przestał karmić Miętuska i rzucił pozostałe ziarenka na podłogę. Pochylił się, podniósł białą walizeczkę i położył ją na kolanach. Miętusek zaczął się czyścić, wykonują ruchy takie, jakby się modlił.
— Czy ostatnio ktoś przybył do karawany?
— Ludzie zawsze przychodzą i odchodzą.
— Ale ostatnio, w ciągu paru minionych dni?
— No tak, Crozet.
Mężczyzna skinął głową i otworzył wieko walizeczki. Kwestor zobaczył strzykawki ustawione w szeregu jak żołnierze.