Выбрать главу

— Kto to jest ten Crozet?

— Jeden z naszych stałych handlarzy. Pracuje w rejonie Vigrid, na własny rachunek. Ma żonę Linxe i syna Culvera.

— Są tu teraz? Kiedy lądowałem, widziałem lodochód na wciągarce przy pana wagonie.

— To jego maszyna — potwierdził kwestor.

— Czy jeszcze ktoś z nim przyjechał?

— Tylko dziewczyna.

Mężczyzna uniósł brwi, które tak jak jego włosy miały kolor świeżego śniegu oświetlonego światłem księżyca.

— Dziewczyna? Mówił pan, że on ma syna, a nie córkę.

— Nie jest krewną. Podróżuje z nimi. Autostopowiczka. Nazywa się… — kwestor udawał, że szuka w pamięci — Rashmika. Rashmika Els. Ma szesnaście, siedemnaście standardowych lat.

— Wpadła panu w oko, co?

— Zrobiła na mnie wrażenie. Nie mogę temu zaprzeczyć. — Dłonie kwestora wyglądały jak dwa kłęby węgorzy ocierające się o siebie. — Ma coś w sobie, jakieś zdecydowanie, które rzadko się widuje, zwłaszcza u osób w jej wieku. Wydaje się, że wyprawiła się z jakąś misją.

Mężczyzna wyjął z walizeczki pustą strzykawkę.

— Jaki jest jej związek z Crozetem? Całkowicie uczciwy?

— O ile wiem, była tylko pasażerem.

— Słyszał pan doniesienie o tym, że ktoś uciekł? Jakaś dziewczynka zbiegła od swojej rodziny z jałowych wzgórz. Tamtejsza milicja prowadzi dochodzenie w sprawie domniemanego sabotażu.

— Chodzi o nią? Obawiam się, że nie powiązałem tych spraw.

— To świetnie, że pan tego nie widzi. — Uniósł strzykawkę pod światło. Kwestor patrzył na jego twarz zniekształconą przez szkło. — Inaczej mógłby pan ją odesłać z powrotem.

— To nie byłoby właściwe?

— Wolelibyśmy, żeby na razie została w karawanie. Rozumie pan, jest dla nas interesująca. Proszę podsunąć ramię.

Kwestor zawinął rękaw i pochylił się nad stołem. Miętusek patrzył na niego, przerywając swoją toaletę. Kwestor nie mógł odmówić. Polecenie wydano tak spokojnie, że nie było szans na sprzeciw. Strzykawka była pusta — gość przyjechał pobrać, a nie wstrzyknąć krew.

Kwestor zmusił się do spokoju.

— Dlaczego ma zostać w karawanie?

— Żeby dotarła tam, gdzie powinna dotrzeć. — Grelier wkłuł igłę. — Czy miał pan, kwestorze, zażalenie od wydziału nabytków?

— Zażalenie?

— Na Crozeta. Że zarabia nieco więcej niż normalnie za swoje graty czmychaczy.

— Zwykłe narzekania.

— Tym razem mogą być uzasadnione. Dziewczyna siedziała przy rokowaniach, tak?

Kwestor uświadomił sobie, że gość zna odpowiedzi na prawie wszystkie pytania, które zadawał. Obserwował, jak strzykawka napełnia się jego krwią.

— Była ciekawa — stwierdził. — Zawsze interesowała się pozostałościami po czmychaczach. Uważa siebie trochę za badaczkę w tej dziedzinie. Nie widzę w tym nic złego, że przysłuchiwała się negocjacjom. Crozet tak zdecydował, nie ja.

— Tak sądzę. Dziewczyna ma talent, dar od Boga. Potrafi wykryć kłamstwa. Odczytuje mikrozmiany na ludzkiej twarzy, sygnały podprogowe, których my nie zauważamy. Dla niej są tak wyraźne jak wielkie neony.

— Nie rozumiem… Mężczyzna wyjął igłę.

— Dziewczyna odczytywała twarze pańskich negocjatorów. Wiedziała, czy byli szczerzy, gdy mówili, że nie mogą dać więcej. Przekazywała potajemne sygnały Crozetowi.

— Skąd pan wie?

— Oczekiwałem, że się pojawi. Nasłuchiwałem. Sygnały przy prowadziły mnie do tej karawany.

— Ale to tylko dziewczyna.

— Joanna d’Arc też była tylko dziewczyną, a niech pan sobie przypomni, jaką krwawą jatkę urządziła. — Przyłożył plaster na rękę kwestora. Strzykawkę wsunął do specjalnej szczeliny z boku walizeczki. Krew wypłynęła ze zbiorniczka, wypchnięta przez mechaniczny tłoczek. Walizeczka zaczęła brzęczeć i perkotać.

— Jeśli chce się pan z nią zobaczyć… — zaczął kwestor.

— Nie, nie chcę. Przynajmniej nie teraz. Chcę, żeby pan nie spuszczał jej z oka, aż dojedziecie do Drogi. Nie może wrócić z Crozetem. Pańskie zadanie polega na tym, żeby ona została w karawanie.

Kwestor opuścił rękaw.

— Zrobię wszystko, żeby tego dopilnować.

— Zrobi pan więcej niż wszystko. — Nadal trzymając walizeczkę na kolanach, schwycił Miętuska i ścisnął go dłonią odzianą rękawicą skafandra. Drugą ręką złapał przedramię stworzenia i po ciągnął. Zwierzak miotał się wściekle, wydając z siebie okropny wysoki gwizd.

— Och, co ja zrobiłem — powiedział Grelier.

— Nie. — Kwestor zamarł przerażony.

Grelier położył udręczonego zwierzaka na biurku, a oderwaną kończynę cisnął na podłogę. — To tylko kończyna. Jest ich mnóstwo tam, skąd pan go wziął.

Ogon Miętuska skręcał się w spirale jakby z bólu.

— Teraz porozmawiamy o szczegółach — oznajmił Grelier. Wy jął z kieszeni skafandra małą metalową rurkę. Kwestor wzdrygnął się. Jednym okiem ciągle obserwował okaleczone zwierzę. Grelier pchnął rurkę po blacie. — Dziewczyna to problem — stwierdził. — Potencjalnie może być użyteczna dla dziekana, choć on o tym jeszcze nie wie.

Kwestor próbował zachować spokój w głosie.

— Pan rzeczywiście zna dziekana?

— Widuję go czasami.

— To znaczy, że wie pan, czy on żyje?

— Żyje. Tylko niezbyt często opuszcza wieżę. — Grelier znów spojrzał na Miętuska. — Jak na dowódcę karawany zadaje pan dużo pytań.

— Przepraszam.

— Niech pan otworzy rurkę.

Kwestor wykonał polecenie. Wewnątrz rurki znajdowały się dwie ciasno zwinięte karteczki. Delikatnie je wyciągnął i rozprostował na biurku. Jedna z nich była listem. Druga zawierała jakieś tajemnicze znaki.

— Nie wiem, co mam z tym zrobić.

— Nie szkodzi, powiem panu. List zachowa pan dla siebie. Znaki wraz z rurką odda pan mężczyźnie o imieniu Pietr.

— Nie znam nikogo o imieniu Pietr.

— Powinien pan znać. To pielgrzym, już jest w karawanie. Troszkę niestabilny emocjonalnie.

— Niestabilny?

Grelier zignorował pytanie i poklepał walizeczkę, która nadal brzęczała i bulgotała, jakby dokonywała analizy kwestorskiej krwi.

— Większość szczepów wirusa będących w obiegu nie jest szczególnie niebezpieczna. Wywołują uczucia religijne albo wizje, ale nie wtrącają się bezpośrednio do poczucia własnej osoby gospodarza. Z Pietrem jest inaczej. Nazywamy to DEUS-X. To rzadka mutacja oryginalnego wirusa indoktrynacyjnego, którą próbowaliśmy utrzymać w ryzach. Wirus sprawia, że człowiek jest umieszczony w centrum swego prywatnego kosmosu. Nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę, ale wirus zmienia jego poczucie rzeczywistości i człowiek staje się swoim własnym Bogiem. Zostaje przyciągnięty na Drogę do któregoś z ortodoksyjnych kościołów, ale zawsze odczuwa konflikt z konwencjonalną doktryną. Wędruje z jednej sekty do drugiej, wszędzie czując, że prawie doznaje oświecenia. Dokonując coraz bardziej skrajnych wyborów, powędruje w stronę coraz dziwniejszych przejawów kultu Haldory, jak Obserwatorzy.

Kwestor nigdy nie słyszał o DEUS-X, ale dość dobrze znał takie religijne osoby, o jakich mówił Grelier. Zwykle byli to młodzi mężczyźni, bardzo poważni, pozbawieni poczucia humoru. W ich umysłach musiało już wcześniej być coś takiego, do czego wirus mógł się doczepić.

— Co mamy zrobić z tą dziewczyną?

— Na razie nic. Chcę, żeby Pietr dostał rurkę i tę karteczkę. Znajdzie w niej jakiś sens, choć nigdy nie widział tych znaków zapisanych tak dokładnie. Dla niego będzie to jak znalezienie iluminowanej księgi, podczas gdy dotąd miał tylko zadrapania na kamieniu.