Выбрать главу

Kwestor znów przyjrzał się karteczce. Wydało mu się, że już widział takie znaki.

— Brakujące zniknięcie? — spytał. — Myślałem, że to opowieść starych kumoszek.

— To nie ma znaczenia, czy to opowieść starych kumoszek, czy nie. To jedno z alternatywnych wierzeń, z którymi Pietr już się zetknął. On to rozpozna i to skłoni go do działania. — Grelier przyglądał się kwestorowi badawczo, chcąc chyba ocenić, czy można na nim polegać. — Wśród Obserwatorów umieściłem szpiega. Wspomni Pietrowi o dziewczynie odbywającej krucjatę. O dziewczynie urodzonej w lodzie, której przeznaczeniem jest zmienić świat.

— Rashmika?

Grelier złożył dłoń na kształt pistoletu i celując w kwestora, naśladował głosem dźwięk wystrzału.

— Pan musi tylko doprowadzić do ich spotkania. Umożliwić jej odwiedzenie Obserwatorów, a Pietr zajmie się resztą. Nie będzie potrafił się powstrzymać i przekaże wiedzę, którą zdobył.

Kwestor zmarszczył czoło.

— Czy ona musi zobaczyć te znaki?

— Musi mieć powód, by odwiedzić dziekana. Do tego służy druga kartka — list od jej brata. Jest zainteresowana czmychaczami, więc brakujące zniknięcie podsyci jej ciekawość. Będzie dążyć do wyjaśnienia sprawy bez względu na to, jak bardzo instynkt każe jej trzymać się z daleka od katedr.

— Dlaczego nie mogę teraz przekazać jej rurki? Po co ta kłopotliwa gra z Obserwatorami?

Grelier spojrzał na Miętuska.

— Pan się zupełnie nie uczy.

— Przepraszam, chciałem…

— Dziewczyną bardzo trudno jest manipulować, od razu po zna się na kłamstwie. Trzeba ją przeprowadzić przez bufor nie kwestionowanej, całkowicie urojonej wiary w siebie… — Grelier zamilkł na chwilę. — W każdym razie — podjął — muszę poznać jej ograniczenia. Kiedy już ją zanalizuję z pewnej odległości, można będzie do niej otwarcie się zbliżyć. Ale do tego momentu chcę ją prowadzić zdalnie. Pan stanowi część bufora, ale równocześnie będzie pan testem na jej zdolności.

— A list?

— Nich pan go odda osobiście. I oznajmi, że dotarł do pana za pośrednictwem tajnego kuriera i tylko to pan wie. Proszę ją dokładnie obserwować i donieść, jak zareagowała.

— A jeśli będzie zadawała za dużo pytań? Grelier uśmiechnął się ze współczuciem.

— Niech pan spróbuje kłamać.

Walizeczka zadzwoniła na znak, że zakończyła analizę. Grelier odwrócił ją tak, by kwestor mógł zobaczyć wyniki. Na wewnętrznej stronie wieczka pojawiły się histogramy i wykresy kołowe.

— Wszystko w porządku? — spytał kwestor.

— Nie musi pan niczym się niepokoić.

Kwestor obserwował na prywatnych ekranach, jak rubinowy statek w kształcie łódki podnosi się znad karawany, a główne dysze rzucają na grunt rozedrgane cienie.

— Tak mi przykro, Miętusku — powiedział.

Stworzątko usiłowało oczyścić sobie buzię, machając jedynym ramieniem, jak złamana wycieraczka samochodowa. Patrzyło na kwestora jagodowymi oczyma, które nie były aż tak bezmyślne, jakby kwestor sobie życzył.

— Jeśli nie zrobię tego, co Grelier chce, on tu wróci. Ale to, co chce zrobić z dziewczyną, nie jest w porządku. Czuję to. A ty? On mi się nie podoba. Jak tylko wylądował, wiedziałem, że będą kłopoty.

Rozprostował karteczkę. List był krótki, napisany wyraźnym, dziecinnym pismem. Od niejakiego Harbina do pewnej Rashmiki.

Ararat, 2675

Lot do „Nostalgii za Nieskończonością” trwał tylko dziesięć minut, z czego najwięcej zajęła końcowa operacja dokowania — oczekiwanie w kolejce za pojazdami, które przybyły wcześniej. Do statku wieży prowadziło kilka wejść, idealnie prostokątnych pieczar po bokach iglicy. Najwyższe z nich znajdowało się ponad dwa kilometry nad poziomem morza. W kosmosie spełniały rolę luków dokujących dla małych statków naprawczych lub głównych śluz powietrznych, umożliwiających wejście do przepastnych komór wewnętrznych.

* * *

Scorpio w zasadzie nigdy nie lubił podróży do „Nieskończoności”. Ta perwersyjna, wynaturzona mutacja obiektu mechanicznego napawała go grozą. Scorpio nie był ani trochę przesądny, ale zawsze czuł, że wkracza do statku nawiedzonego przez duchy. I wiedział, że nie jest to odczucie dalekie od prawdy. Statek rzeczywiście można było nazwać nawiedzonym, ponieważ cała jego konstrukcja została zespolona z pozostałościami ducha niegdysiejszego kapitana. W czasach, gdy parchowej zarazy nie traktowano już z takim jak wcześniej przerażeniem, los kapitana był wstrząsającą pamiątką potworności, do jakich zdolna była zaraza.

Prom zostawił pasażerów w najwyższym luku i wzleciał bezpośrednio w niebo, aby wypełnić pilne zadania dla kolonii. Strażnik służb bezpieczeństwa czekał już, by ich zaprowadzić na spotkanie. Dotknął palcem słuchawki i lekko zmarszczył czoło, słuchając odległego głosu. Potem zwrócił się do Scorpia:

— Pokój jest bezpieczny, proszę pana.

— Nie ma żadnych zjaw?

— W ciągu ostatnich trzech tygodni niczego nie zauważono powyżej poziomu czterysta. Spora aktywność na niższych poziomach, ale wyższe rejony statku mamy dla siebie. — Strażnik zwrócił się teraz do Vaska. — Zechce pan pójść za mną.

Vasko spojrzał na Scorpia.

— Zejdzie pan na dół?

— Dołączę za chwilę. Ty idź przodem i przedstaw się. Powiedz tylko, że jesteś Vasko Malinin, agent Służby Bezpieczeństwa, i że brałeś udział w misji sprowadzenia Clavaina… I nic więcej nie mów, póki tam nie dojdę.

— Tak jest, proszę pana. I mam jeszcze jedno pytanie.

— Co takiego?

— Co miał pan na myśli, mówiąc „zjawy”?

— Nie musisz tego wiedzieć — odparł Scorpio.

Potem obserwował, jak odchodzą w trzewia statku, czekając, aż umilkną kroki i będzie miał cały luk dokujący dla siebie. Podszedł do wejścia i stanął na ściętych czubkach bucików niebezpiecznie blisko krawędzi.

Wiatr ostro szorował mu twarz, choć dziś nie był szczególnie silny. Scorpio zawsze bał się, że w takim momencie zostanie zepchnięty, ale z doświadczenia wiedział, że wiatr zwykle wieje do wnętrza luku. W każdej chwili jednak świnia gotów był schwycić lewą ręką za brzeg włazu, gdyby powiew chciał go wypchnąć na zewnątrz. Mrugając załzawionymi oczyma, obserwował, jak statek w kształcie pazura pochyla się i cofa. Potem spojrzał w dół, na kolonię, za którą był odpowiedzialny nawet po powrocie Clavaina.

Kilometry dalej skrzył się w zatoce Pierwszy Obóz. Z tej odległości nie widać było żadnych szczegółów, z wyjątkiem największych budowli, takich jak Wysoka Koncha. Nie widać było radosnej krzątaniny wśród nędznych bud na brudnych ulicach. Miasto jawiło się jako niesamowicie schludne i uporządkowane, jakby założono je zgodnie z zasadami urbanistyki. Tak mogłoby wyglądać każde miasto na każdym ze światów w każdej epoce. Cienkie pióra dymu unosiły się z kominów kuchni i fabryk. Poza tym Scorpio nie dostrzegał żadnego ruchu. Równocześnie jednak miasto drżało gorączkowym podprogowym ruchem, jakby obserwowane przez drgające rozgrzane powietrze.

Przez wiele lat Scorpio myślał, że nigdy nie dostosuje się do życia poza Chasm City. Pławił się w zawiłościach tamtejszego świata, uwielbiał niebezpieczeństwa oraz nowe wyzwania. Każdego dnia mógł być pewien, że czeka go z sześć poważnych zamachów na jego życie, organizowanych przez licznych rywali, oraz kilkanaście innych prób napaści, zbyt nieudolnych, by się nimi przejmować. Każdego dnia mógł wydać rozkaz uciszenia któregoś z wrogów. Scorpio nigdy nie robił tego wyłącznie dla zysku, zawsze była to sprawa osobista.