Życie jednego z głównych przestępców Chasm City mogło się wydawać wyniszczające. Wielu jemu podobnych załamywało się — wypaleni, wycofywali się w sferę drobnej przestępczości, z której wyrośli, albo popełniali taki błąd, z którego nie można było już niczego się nauczyć.
Scorpio jednak nigdy nie pękał, a kiedy coś schrzanił, popełniał błąd tylko jeden raz, a i tak zwykle to nie była wyłącznie jego wina. Działał przecież podczas wojny, gdy reguły tak szybko się zmieniały, że nawet on czasami zaskoczony stwierdzał, że postępuje legalnie. I to dopiero było przerażające!
Jeden z jego błędów okazał się niemal śmiertelny. Scorpio dał się złapać przez zombich, potem przez pająki… i w rezultacie dostał się pod wpływy Clavaina. W końcu musiał sobie zadać pytanie: jeśli miasto jest moim żywiołem, co to dla mnie znaczy, gdy zostanę go pozbawiony?
Po pewnym czasie znalazł odpowiedź, gdy Clavain wyjechał i kolonia została pod jego całkowitą kontrolą.
Obudził się pewnego ranka i tęsknota za Chasm City zniknęła. Przestał mieć ambicje skupiające się na czymś tak absurdalnie egoistycznym jak osobiste bogactwo, władza, status. Kiedyś wielbił broń i przemoc — nadal jeszcze musiał hamować wściekłość — ale zapomniał, kiedy po raz ostatni trzymał w ręce pistolet czy nóż. Kiedyś jego dni wypełniały zatargi i przemoc, przekręty i brudna robota, teraz zajmował się przydziałami, budżetem, liniami zaopatrzenia, zadziwiającym bagnem stosunków międzyludzkich. Pierwszy Obóz był małym miastem — w zasadzie trudno było nazwać go miastem — ale zarządzanie nim i całą kolonią zajmowało Scorpiowi cały czas. Żyjąc w Chasm City, nigdy by nie podejrzewał, że pewnego dnia będzie jak król spoglądał na swoje imperium. Przebył długą, skomplikowaną drogę, często ze zmiennym szczęściem, ale w pewnym momencie — może tego ranka, gdy stwierdził, że nie tęskni już za dawnym środowiskiem — stał się kimś w rodzaju męża stanu. Trudno było przewidzieć, że osoba, która zaczęła życie jako niewolnik kontraktowy, pozbawiony nawet godności posiadania własnego imienia, zrobi taką karierę.
Teraz jednak obawiał się, że to wszystko mu się wymknie. Zawsze wiedział, że pobyt na tym świecie jest tymczasowy, że to przystanek, na którym uchodźcy mają czekać, aż Remontoire i inni zdołają się przegrupować. Czas upływał, minęło dwadzieścia lat, i nic się nie działo, a w umyśle Scorpia zrodziła się kusząca myśl, że może to coś trwałego. Może są poważne powody opóźnienia działań Remontoire’a. Może konflikt między ludzkością a Inhibitorami ominie tę społeczność.
Ta nadzieja nigdy nie była realistyczna, a teraz Scorpio czuł, że będzie musiał zapłacić wysoką cenę za takie myślenie. Remontoire przybył i ściągnął tu działania wojenne. Jeśli Khouri mówi o rzeczywistych faktach, to sytuacja jest naprawdę poważna.
Miasto migotało w oddali. Wyglądało beznadziejnie przemija — jąco, jak warstewka pyłu w krajobrazie. Scorpio poczuł instynktownie, że coś, co jest mu drogie, znalazło się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Odwrócił się gwałtownie od otwartego luku i ruszył na zebranie.
TRZYNAŚCIE
Sala zebrań znajdowała się daleko we wnętrzu, w sferycznej komorze, która kiedyś mieściła centrum dowodzenia tego wielkiego statku. Droga do sali przypominała eksplorację wielkiego systemu jaskiń: należało pokonać labirynty zimnych krętych korytarzy, spiralne tunele, skrzyżowania i głębokie szyby. Duże puste komory. Trzeba było przeciskać się przez klaustrofobiczne przewężenia. Ściany oblepiały dziwaczne, niepokojące narośle, w jednym miejscu bąble trądu, w innym nawis przypominający skamieliny płuc. Scorpio wiedział, że wydzieliny statku nie są niebezpieczne — choć ich skład chemiczny był nieciekawy — ale nawet ktoś, kto żył w Mierzwie, nie mógł opanować uczucia obrzydzenia. Wrażenie byłoby bardziej znośne, gdyby statek był tylko konstrukcją mechaniczną, ale nie dało się pominąć faktu, że to, co Scorpio widział, stanowiło w jakimś tajemniczym sensie wspomnienie biologicznego ciała kapitana. To kwestia semantyki, czy Scorpio szedł przez statek, który przejął pewne cechy ciała, czy przez ciało, które napuchło do rozmiarów i kształtu statku.
Nie obchodziło go, które określenie jest trafniejsze. Obie wersje wzbudzały w nim odrazę.
Dotarł do sali, która w porównaniu z prowadzącymi do niej korytarzami była nadzwyczaj jasna i czysta. Sferyczne pomieszczenie dowodzenia wyposażono w podwyższoną podłogę oraz okazały drewniany stół konferencyjny. Odnowiony projektor wisiał nad stołem jak zbyt duży żyrandol; pokazywał schematyczne widoki planety i okalającej ją przestrzeni powietrznej.
Clavain już czekał. Miał na sobie sztywny czarny uniform, który przez ostatnie osiemset lat nigdy nie wydawał się szokująco niemodny. Ktoś popracował nieco nad jego wyglądem: na twarzy widniały zmarszczki i cienie, ale kilkugodzinny sen sprawił, że można było rozpoznać dawnego Clavaina. Gładził starannie przyciętą brodę, opierając łokieć na stole, drugą ręką bębnił w błyszczący czarny blat.
— Coś cię zatrzymało, Scorp? — spytał łagodnie.
— Potrzebowałem chwili zastanowienia. Clavain spojrzał na niego i skinął głową.
— Rozumiem.
Scorpio usiadł. Zarezerwowano dla niego fotel obok Vaska, w większej grupie urzędników kolonii.
Clavain siedział na szczycie stołu. Po lewej miał Blooda, którego mocna postać zajmowała szerokość dwóch normalnych miejsc. Blood jak zwykle wyglądał jak zbir, który bez zaproszenia wtargnął na prywatne przyjęcie. W jednej raciczce miał nóż, grzebał ostrzem pod paznokciami drugiej ręki i rzucał wydobyty brud na podłogę.
Jego przeciwieństwem była Antoinette Bax, siedząca z prawej strony Clavaina. Tę kobietę człowieka Scorpio znał z Chasm City. Była wtedy nastolatką. Teraz przekroczyła czterdziestkę i nadal — według Scorpia — wyglądała atrakcyjnie, choć twarz miała cięższą, a wokół oczu zaczęły jej się tworzyć kurze łapki. Jedno, co jej pozostało — i co zapewne zabierze do grobu — to rządek piegów na nosie. Zawsze sprawiały wrażenie, że je świeżo, precyzyjnie namalowano. Włosy miała teraz dłuższe, z asymetrycznym przedziałkiem, sczesane do tyłu i upięte. Nosiła skomplikowaną miejscową biżuterię. Była kiedyś doskonałym pilotem, ale ostatnio miała niewiele okazji do latania. Narzekała na to żartobliwie, ale równocześnie solidnie się przykładała do pracy w kolonii. Stała się kompetentnym mediatorem.
Jej mężem był Xavier Liu, nieco od niej starszy. Poprzetykane siwizną czarne włosy wiązał z tyłu w skromny warkoczyk. Miał starannie przyciętą bródkę i brakowało mu dwóch palców prawej dłoni — skutek wypadku w dokach przed piętnastu laty. Był geniuszem od maszyn, zwłaszcza od układów cybernetycznych. Scorpio zawsze był z nim w dobrych stosunkach. Liu należał do nielicznych ludzi, którzy zupełnie nie zwracali uwagi na to, że rozmawiają ze świnią; traktował Scorpia po prostu jako kogoś, kto ma smykałkę do mechaniki i można z nim na ten temat merytorycznie porozmawiać. Xavier był obecnie odpowiedzialny za główny park mechaniczny, nadzorował topniejące zapasy będących jeszcze na chodzie serwitorów, pojazdów, samolotów, promów, pomp oraz broni. Kiedy Scorpio do niego przychodził,
Liu zawsze miał roboty po same łokcie i Scorpio zwykle mu pomagał.
Obok Blooda siedziała Paulina Sukhoi, postać blada, widmowa, jakby dręczyło ją coś tuż za skrajem pola widzenia albo sama była duchem. Ręce i głos stale jej drżały i powszechnie wiedziano, że cierpi na przemijające napady obłędu. Lata temu pracowała w Chasm City pod patronatem szemranego osobnika przy doświadczeniach dotyczących lokalnej zmiany próżni kwantowej. Zdarzył się wypadek i w zerwanym ciągu prawdopodobieństw, czyli w kwantowym skoku próżni, Sukhoi zobaczyła coś strasznego. Pchnęło ją to na skraj szaleństwa. Nawet po tylu latach nie była w stanie o tym opowiadać. Mówiono, że spędza czas, wyszywając wzory na dywanach.