Выбрать главу

— Współczuję ci — powiedział Clavain ledwo słyszalnym głosem.

— Jest jeszcze coś — podjęła Khouri również bardzo cicho. — Cierń częściowo przeżył. W czasie długiego spadania na Hades kochaliśmy się, i gdy weszłam w gwiazdę, zabrałem jego część ze sobą. Byłam w ciąży.

Clavain odczekał stosowną chwilę, pozwalając, by jej słowa uzyskały przestrzeń, jakiej wymagały.

— A dziecko Ciernia? — spytał.

— To Aura. Dziecko, które ukradła mi Skade. Przyjechałam tu, by je odzyskać.

CZTERNAŚCIE

Ararat, 2675

Mały pokój, w którym Palfreyowi kazano czekać na Scorpia, przylegał do większych obszarów załadowczych. Z pomieszczeń tych korzystał zarząd zęzy, który miał utrzymywać dno statku w jak najsuchszym stanie. Zakrzywione ściany pokoiku pokrywał błyszczący szarozielony osad, teraz stwardniały we włóknistych, woskowatych formacjach. Na gładkiej blaszanej podłodze zakotwiczono grubymi śrubami małe, poobijane biurko z Centralnych Zasobów. Na biurku stała popielniczka, na wpół opróżniony kubek z czymś smolistym i podzespoły kilku pomp zęzowych. Części pompy podpierały przedmiot, który Scorpio uznał za staroświecki hełm próżniowy. Na metalowej skorupie łuszczyła się srebrzysta farba. Palfrey siedział, paląc papierosa za papierosem. Miał oczy czerwone ze zmęczenia, a na opalonej na różowo czaszce zmierzwione przerzedzone czarne włosy. Ubrany był w kombinezon koloru khaki z mnóstwem kieszeni. Na szyi zwisał na postrzępionych sznurkach aparat do oddychania.

Scorpio przyciągnął drugie krzesło — nogi okropnie zgrzytały o metal — ustawił je oparciem do przodu i usiadł okrakiem.

— A więc coś pan zobaczył? — spytał.

— Tak właśnie powiedziałem szefowi. Czy mogę już iść do domu?

— Opis szefa nie jest zupełnie jasny. Chciałbym wiedzieć trochę więcej. — Scorpio uśmiechnął się do Palfreya. — Potem wszyscy pójdziemy do domu.

Palfrey zgasił kolejnego papierosa.

— Dlaczego? Przecież mi pan nie wierzy, prawda? Scorpia w dalszym ciągu bolała głowa.

— Czemu pan tak mówi?

— Wszyscy wiedzą, że nie wierzy pan w zjawy. Według pana po prostu wynajdujemy preteksty, żeby się wykręcić od pracy na głębokich poziomach.

— To prawda, że pański szef będzie musiał zorganizować nowy oddział do obsługi tej części statku, i to prawda, że nie wierzę wszystkim meldunkom, które trafiają na moje biurko. Jednak jestem skłonny wiele z nich traktować poważnie. Często zjawy tworzą wzorzec, skupiając się w jednej części statku, albo poruszają się w górę lub w dół ciągu sąsiadujących poziomów. Tak jakby kapitan wybrał pewien obszar, a potem trzymał się go tak długo, aż zakomunikuje to, co chciał powiedzieć. Czy widział go pan kiedykolwiek wcześniej?

— To pierwszy raz — powiedział Palfrey. Dłonie mu drżały. Palce miał kościste; jasnoróżowe knykcie przypominały bąble, które za chwilę pękną.

— Proszę opowiedzieć, co pan widział.

— Byłem sam. Najbliższa brygada była oddalona o trzy po ziomy, usuwała kolejną awarię pompy. Zszedłem, by zerknąć na jednostkę, która mogła się przegrzewać. Miałem ze sobą narzędzia i to wszystko. Nie planowałem spędzenia tam na dole wiele czasu. Nikt z nas nie lubi pracować na tych głębokich poziomach, a już na pewno nie w pojedynkę.

— Myślałem, że pragmatyka służbowa wymaga, by nie wysyłać nikogo w pojedynkę poniżej poziomu sześćset.

— Owszem.

— Więc co pan tam robił w dole sam?

— Gdybyśmy trzymali się zasad, w ciągu tygodnia mielibyśmy statek zalany.

— Rozumiem.

Starał się, by w jego głosie zabrzmiało niedowierzanie, ale słyszał to samo mniej więcej kilkanaście razy w tygodniu, na obszarze całej kolonii. Każdy myślał, że pracuje w jedynej brygadzie obciążonej ponad granice wytrzymałości. Jako wspólnota szarpali się od jednego ledwie opanowanego kryzysu do następnego. Ale tylko Scorpio i jego nieliczni zastępcy o tym wiedzieli.

— Nie majstrujemy przy rozkładach zajęć — powiedział Palfrey, jakby spodziewał się, że Scorpio zaraz właśnie o to zapyta.

— Proszę mi powiedzieć o zjawie. Był pan na dole i patrzył na gorącą pompę. Co się stało?

— Kątem oka zobaczyłem, że coś się porusza. Z początku nie wiedziałem, co to jest. Tam na dole panuje mrok, a nasze latarki nie działają należycie. Mnóstwo rzeczy tylko sobie wyobrażasz, więc nie wyskakujesz natychmiast ze skóry, gdy po raz pierwszy wyda ci się, że coś zobaczyłeś. Ale kiedy poświeciłem latarką i odpowiednio spojrzałem, z całą pewnością coś tam było.

— Proszę to opisać.

— Wyglądało jak maszyneria. Złom. Stare mechanizmy pomp, części serwitorów. Druty. Liny. Graty, które musiały tam leżeć od dwudziestu lat.

— Zobaczył pan maszynerię i pomyślał, że to zjawa?

— To nie była po prostu maszyneria — bronił się Palfrey. — To było zebrane razem, spięte w coś większego. Miało kształt człowieka. Po prostu tam stało i na mnie patrzyło.

— Czy słyszał pan, jak się zbliża?

— Nie. Jak powiedziałem, to wyglądało jak złom. Mógł tam być cały czas i czekać, aż go zauważę.

— I co się wtedy stało?

— To spojrzało na mnie. Głowa zrobiona z setek drobnych kawałków, poruszyła się, jakby potwierdzając, że mnie zauważyła. I zobaczyłem wyraz twarzy. To nie była po prostu maszyna. Tam funkcjonował umysł. Nie podobało mi się to — dodał niechętnie.

Scorpio zabębnił koniuszkami palców po oparciu krzesła.

— Jeśli to pana uspokoi… to była zjawa klasy trzeciej. Klasa pierwsza to lokalne zmiany w warunkach atmosferycznych statku: wiatr albo spadek temperatury bez przyczyny. To jest najbardziej powszechny rodzaj zjaw, meldunki o nich otrzymujemy niemal codziennie. Prawdopodobnie tylko mała część ma cokolwiek wspólnego z kapitanem.

— Wszyscy tego doświadczaliśmy — przyznał Palfrey.

— Klasa druga występuje nieco rzadziej. Definiujemy ją jako rozpoznawalny dźwięk mowy, fragment słowa czy zdania albo nawet całe oświadczenie. I znowu mamy tu element niepewno ści. Jeśli ktoś się przestraszył i słyszy wycie wiatru, łatwo sobie wyobrazi, że usłyszał parę słów.

— To było inne.

— Najwyraźniej. Co doprowadza nas do zjawy klasy trzeciej: fizyczna obecność, przejściowa lub nie, przejawiająca się w przemianie materii statku — na przykład widać twarz na ścianie — lub opanowaniu dostępnych urządzeń. To, co pan zobaczył, najwyraźniej zalicza się do tej grupy.

— To mnie uspokaja.

— Dobrze. Mogę też panu oświadczyć, że wbrew pogłoskom nikt nigdy nie odniósł obrażeń w spotkaniu ze zjawą i że tylko nieliczni widzieli zjawę klasy trzeciej więcej niż raz.

— Nie namówicie mnie, żebym znowu zszedł na dół.

— Nie proszę pana o to. Zostaną panu wyznaczone nowe obowiązki albo na wysokich poziomach statku, albo na lądzie stałym.

— Im szybciej zejdę ze statku, tym lepiej.

— Doskonale. W takim razie załatwione.

Scorpio przesunął się, by wstać, krzesło zazgrzytało po podłodze.

— To wszystko? — spytał Palfirey.

— Powiedział mi pan wszystko, co powinienem wiedzieć. Palfrey szturchał w popielniczkę zgaszonym niedopałkiem ostatniego papierosa.

— Widzę ducha i przepytuje mnie jeden z najpotężniejszych ludzi w kolonii?

Scorpio wzruszył ramionami.

— Akurat byłem w pobliżu i pomyślałem, że doceni pan moje zainteresowanie tą sprawą.

Mężczyzna patrzył na niego podejrzliwie. Takiego wyrazu twarzy nie widywało się u świń.