Выбрать главу

— Coś się dzieje, prawda?

— Nie jestem pewien, czy pana rozumiem.

— Nie przesłuchiwałby pan kogoś z obsługi zęzy, gdyby coś się nie działo.

— Niech mi pan wierzy, zawsze coś się dzieje.

— Ale tu musi chodzić o coś więcej. — Palfrey uśmiechnął się do niego. Ludzie uśmiechają się tak, kiedy myślą, że wiedzą o czymś, a ich rozmówca wolałby, żeby o tym nie wiedzieli — Słucham, co ludzie mówią. Słyszę o wielu innych zjawach, nie tylko na mojej zmianie.

— I do jakiego doszedł pan wniosku?

— Zdarzają się coraz częściej. Nie tylko w ostatnich dniach, ale w ostatnich tygodniach i miesiącach. Wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, kiedy sam je zobaczę.

— Bardzo ciekawa analiza.

— Według mnie… kapitan staje się niespokojny. Ale co ja tam wiem? Jestem tylko mechanikiem w zęzie.

— W rzeczy samej — rzekł Scorpio.

— Ale pan wie, że coś się dzieje, prawda? W przeciwnym wypadku nie interesowałby się pan tak bardzo pojedynczą zjawą. Założę się, że przesłuchuje pan w tych dniach wszystkich. On chyba naprawdę pana niepokoi.

— Kapitan jest po naszej stronie.

— Ma pan taką nadzieję. — Palfrey parsknął triumfalnie.

— Wszyscy mamy taką nadzieję. Jeśli nie ma pan jakichś innych planów wydostania się z tej planety, to musi pan liczyć na kapitana.

— Czy wynikła nagła konieczność wyjazdu?

A może zamącić mu w głowie i potwierdzić, że owszem, taka potrzeba może wystąpić? — pomyślał Scorpio. Nie bardzo lubił Palfreya. Ale Palfrey wszystko rozpowie, a on nie potrzebował fali paniki na dokładkę do małego kryzysu związanego z Khouri. Tej przyjemnostki musi sobie odmówić.

Przechylił się nad stołem i zderzył się z odorem Palfreya.

— Tylko pan piśnie komuś o tym spotkaniu, a wylatuje pan z obsługi ścieków.

Podniósł się z krzesła. Miał zamiar zostawić Palfreya samego z jego myślami.

— Nie zapytał mnie pan o to — powiedział Palfrey, podając mu poobijany srebrny hełm.

Scorpio wziął hełm i obrócił go w dłoniach. Był cięższy, niż się spodziewał.

— Myślałem, że należy do pana.

— Źle pan myślał. Znalazłem go tam w złomie, gdy zjawa znikła. Raczej go tam przedtem nie było.

Scorpio przyjrzał się bliżej hełmowi: był wykonany w staroświeckim stylu; ponad małym okienkiem płyty twarzowej były prostokąty zawierające symbole w podstawowych kolorach: krzyże i półksiężyce, pasy i gwiazdy.

Świnia zastanawiał się, co one znaczą.

Hela 2727

Teraz, kiedy Rashmika miała czas, wykorzystała go do zwiedzania karawany. Przestrzeń wewnątrz karawany była olbrzymia i wydawało się, że jej badanie będzie długo trwało. Jednak szybko odkryła, że jeden przedział karawany bardzo przypomina pozostałe. Dokądkolwiek poszła, napotykała te same nieprzyjemne zapachy, tych samych wędrownych pielgrzymów i handlarzy. Jeśli niektóre osoby stanowiły wariacje na główny temat, to różnice były zbyt nieznaczne, a osoby zbyt nudne, by ją zaciekawić. Tak naprawdę chciała dostać się na zewnątrz, na dach procesji pojazdów.

Minęło wiele miesięcy od czasu, gdy widziała Haldorę, i teraz, kiedy gazowy gigant wypełzł w końcu ponad horyzont, a karawana zmniejszyła odległość do katedr Drogi, dziewczynę dręczyło pragnienie, by wyjść na zewnątrz, położyć się na plecach i po prostu pooglądać olbrzymią planetę. Ale kiedy usiłowała wyjść na dach, żadne drzwi nie chciały się przed nią otworzyć. Rashmika próbowała wychodzić różnymi drogami i o różnych porach dnia. Miała nadzieję, że prześlizgnie się przez lukę w ochronie karawany, jednak dach, pełen sprzętu nawigacyjnego, dobrze chroniono.

Wycofywała się właśnie z kolejnej ślepej uliczki, gdy zobaczyła, że kwestor zablokował jej drogę. Na ramieniu przysiadło mu jego zielone zwierzątko. Czy jej się zdawało, czy też stworzenie miało uszkodzoną przednią kończynę? Rashmika wcześniej tego nie zauważyła.

— Czy mogę pani pomóc, panno Els?

— Po prostu zwiedzałam karawanę. To nie jest zabronione, prawda? — wyjaśniła.

— Owszem, ale z pewnymi ograniczeniami. — Wskazał ruchem głowy drzwi za nią, które uprzednio znalazła zamknięte. — Oczy wiście dach jest jednym z miejsc nie przeznaczonych do zwiedzania.

— Nie jestem zainteresowana dachem.

— Nie? Wobec tego musiała pani się zgubić. Te drzwi prowadzą tylko na dach. Nie ma tam niczego, co mogłoby panią zainteresować, niech mi pani wierzy.

— Chciałam zobaczyć Haldorę.

— Musiała ją pani już wcześniej wielokrotnie widzieć.

— Dawno temu i nigdy bardzo wysoko nad horyzontem — powiedziała. — Chciałabym zobaczyć ją w zenicie.

— Cóż, będzie pani musiała na to poczekać. A teraz… jeśli pani pozwoli… — Przepchnął się obok niej, jego cielsko przygniotło ją nieprzyjemnie w wąskim korytarzu.

Zielone stworzenie patrzyło na nią fasetowymi oczyma.

— Niech ten, kto jest bez grzechu, rzuci kamieniem — zaintonowało.

— Dokąd pan idzie, kwestorze? Nie ma pan skafandra.

— Proszę teraz odejść, panno Els.

Zrobił coś, czego najwyraźniej nie chciał, by widziała: sięgnął szybko w głąb zacienionej alkowy obok drzwi. Rashmika usłyszała ciche szczękniecie, jak gdyby otworzył się jakiś ukryty mechanizm.

Drzwi uchyliły się i kwestor wszedł do środka. W czerwono oświetlonym pomieszczeniu dostrzegła sprzęt ratowniczy i kilka wieszaków ze skafandrami próżniowymi.

* * *

Powróciła kilka godzin później, gdy była pewna, że kwestor jest już z powrotem we wnętrzu karawany. Niosąc własny strój powierzchniowy jak zgnieciony tłumok, przemykała się przez gwarne trzewia wagonów. Próbowała otworzyć drzwi — nadal były zamknięte. Ale kiedy włożyła dłoń do sekretnej alkowy, znalazła ukrytą kontrolkę. Przycisnęła ją, usłyszała szczęk i zamek w drzwiach puścił. Wślizgnęła się do śluzy, zabezpieczyła za sobą wejście i przebrała się we własny skafander. Sprawdziła powietrze i stwierdziła z satysfakcją, że zapas w zbiorniku jest wystarczający; przez chwilę miała wrażenie deja vu, gdyż pamiętała, że sprawdzała to samo przed wyjazdem z domu.

Przypomniała sobie, że zbiornik nie był wówczas całkowicie napełniony, tak jakby ktoś ostatnio korzystał z jej skafandra. Wtedy nie zaprzątała sobie tym głowy, ale teraz nie mogła powstrzymać potoku myśli. Wokół śluzy powierzchniowej były ślady, co sugerowało, że ktoś korzystywał zarówno ze śluzy, jak i skafandra. Odciski stóp były małe — mogły należeć do jej matki, ale równie dobrze mogły należeć do Rashmiki.

Wspomniała również policję i ich podejrzenie, że to właśnie ona ma coś wspólnego z sabotażem. Nie pomogła sprawie, kiedy uciekła wkrótce potem, ale jeśli ją ścigali, musieli mieć jakiś dodatkowy dowód łączący ją z działaniem sabotażystów.

Co to oznaczało? Gdyby była jedną z osób, które wysadziły magazyn ładunków wybuchowych, z pewnością zachowałaby o tym jakieś wspomnienie. Co więcej, dlaczego miałaby zrobić tak bezsensowną rzecz? Nie, powiedziała sobie, to nie mogłam być ja. To niefortunny zbieg okoliczności.

Ale wątpliwości nie dały się tak łatwo odrzucić.

Dziesięć minut później stała pod bezpowietrznym niebem na karku olbrzymiej maszyny. Historia z sabotażem nadal ją nękała, ale wysiłkiem woli skierowała swe myśli na bardziej aktualne sprawy.

Cofnęła się myślami do tego, co wydarzyło się w korytarzu, gdzie kwestor ją znalazł. Ze wszystkich możliwych wejść na dach wybrał dokładnie to, które ona wybrała, i tam na nią wpadł. To więcej niż prawdopodobne, że ją szpiegował, obserwował jej pielgrzymki po małym imperium na kołach. Kiedy do niej mówił, coś ukrywał. Była tego pewna: miał to wypisane na twarzy. Ukrywał poczucie winy, że ją szpieguje? Wątpiła, czy ma okazję szpiegować wiele dziewcząt w jej wieku, tak więc prawdopodobnie jak tylko mógł, korzystał z tego — on i to jego okropne zwierzątko.