Выбрать главу

Wizja kwestora, który ją śledzi, nie podobała się Rashmice. Jednak dziewczyna zamierzała przebywać krótko w karawanie i naprawdę zależało jej jedynie na zbadaniu dachu. Gdyby kwestor ją obserwował, mógłby ją z łatwością zatrzymać, kiedy przebierała się w skafander i szukała schodów na dach. Nikt nie przyszedł, więc być może kwestor miał uwagę skierowaną na co innego, albo uznał, że nie warto jej przeszkadzać chodzić tam, gdzie chce.

Szybko o nim zapomniała, podniecona faktem, że znowu znajduje się na zewnątrz.

Rashmika nigdy nie widziała zniknięcia. Dwa zaszły w ciągu jej życia — raz, kiedy Haldora była widoczna z jałowych wyżyn — ale była w tym czasie w szkole. Oczywiście, wiedziała, że szanse zobaczenia czegokolwiek były nieznaczne, nawet gdyby miała wyjątkowe szczęście i podczas tego zniknięcia przebywała na zewnątrz, na lodzie. Zniknięcia trwały tylko ułamek sekundy. Jedynymi ludźmi, którzy w ogóle je obserwowali — oczywiście jeśli nie liczyć Quaiche’a, który rozpoczął całą sprawę — byli ci, którzy bezustanne wpatrywanie się w Haldorę uczynili swoim obowiązkiem. I nawet oni musieli się modlić, by w tym krytycznym momencie nie mrugnąć czy nie spojrzeć w drugą stronę. Nie mówiąc o tym, że, pozbawieni snu za pomocą środków chemicznych i neurochirurgicznych, stale przebywali na skraju szaleństwa.

Rashmice trudno było sobie wyobrazić taki rodzaj poświęcenia, ale z drugiej strony w ogóle przystąpienie do jakiegokolwiek kościoła nigdy jej nie ciągnęło. Chciała zaobserwować zniknięcie, ponieważ wciąż uważała, że to racjonalnie uzasadnione zjawisko przyrodnicze, a nie dowód boskiej interwencji na skalę kosmiczną. A niewykorzystanie okazji zobaczenia czegoś tak rzadkiego i wspaniałego byłoby grzechem. W związku z tym już od maleńkości, kiedy Haldora stała wysoko, próbowała każdego dnia poświęcić trochę czasu na obserwację planety. Było to niczym w porównaniu z niekończącymi się godzinami, jakie katedralni obserwatorzy poświęcali na badania, a chociaż szanse na zobaczenie czegokolwiek były znikome, ignorowała wnioski ze statystyk i łajała tych, którzy nie rozumowali według zasad jej osobistego naukowego racjonalizmu.

Dach karawany pokrywały zdradliwe przeszkody. Przysadziste pudła generatorów, siateczki i wiatraczki chłodnic, wijące się prowadnice oraz przewody energetyczne. Wszystko wyglądało na bardzo stare, łatane wiele razy. Rashmika przechodziła z jednej strony na drugą po zaopatrzonej w poręcze kładce. Kiedy doszła do krawędzi i wyjrzała poza nią, była wstrząśnięta tym, jak daleko znajdowała się ziemia i jak powoli obecnie zdawała się poruszać. Na górze nie było nikogo, przynajmniej na tej maszynie.

Spojrzała w niebo, wyciągając szyję na tyle, na ile pozwalały jej niezgrabne stawy przyłączenia hełmu. Niebo było pełne świateł przesuwających się przeciwstawnie. Wyglądało to tak, jakby w górze znajdowały się dwie sfery niebieskie, dwa kryształowe globy, jeden wewnątrz drugiego. Jak zawsze ten widok przyprawił dziewczynę o natychmiastowy zawrót głowy. Normalnie takie zawroty były tylko drobną dokuczliwością, ale kiedy znajdowała się tak wysoko, mogły ją zabić.

Rashmika chwyciła mocno za poręcz i znowu spojrzała w dół, na horyzont, a potem ponownie w górę.

Złudzenie, że stoi w środku dwóch sfer, nie było całkowicie błędne. Światła przymocowane do zewnętrznej sfery były gwiazdami, niemożliwie odległymi; przymocowane do sfery wewnętrznej były statkami na orbicie wokół Heli, od których idealnie wypolerowanych kadłubów odbijało się słońce. Od czasu do czasu jeden czy drugi migotał silnymi, podobnymi do klejnotów błyskami dysz sterujących, kiedy Ultraskie załogi korygowały swe orbity lub przygotowywały się do odlotu.

Rashmika słyszała, że w każdej chwili na orbicie wokół Heli znajduje się od trzydziestu do pięćdziesięciu statków, wciąż przylatujących i odlatujących. Przeważnie niewielkich, gdyż Ultrasi nie ufali Haldorze i woleli trzymać swoje największe skarby znacznie dalej. Te statki, które widziała, były przeważnie promami we — wnątrzsystemowymi, wystarczająco dużymi, by pomieścić zamrożonych pielgrzymów i niewielki zespół ultraskich negocjatorów. Statki kursujące między Helą i orbitą zwykle były jeszcze mniejsze, gdyż kościoły nie pozwalały, by większe pojazdy podchodziły do powierzchni księżyca.

Wielkie statki, statki gwiezdne — światłowce — jedynie z rzadka odwiedzały orbitę Heli. Kiedy to robiły, wisiały na niebie jak ornamentacja ślizgająca się po niewidzialnych prowadnicach od horyzontu do horyzontu. Rashmika widziała w swoim życiu bardzo niewiele takich statków; zawsze jej imponowały, ale jednocześnie ją przerażały. Jej świat był lodową pianą, pokrywającą kamienny rdzeń. Był kruchy. Bliskie sąsiedztwo takich statków — zwłaszcza gdy ich załogi ręcznie korygowały kurs — przypominało trzymanie palnika spawarki tuż przy śniegowej kuli.

Zawroty głowy powracały falami. Rashmika znów spojrzała ku horyzontowi, łagodząc napięcie szyi. Stary skafander zrobiono solidnie, jednak niezupełnie go przystosowano do oglądania widoków w górze.

Spojrzała na Haldorę. Obecnie już dwie trzecie planety wzeszło nad horyzontem. Na Heli nie było powietrza, więc nic nie rozmazywało kształtów na horyzoncie. Brakowało wobec tego wizualnych wskazówek pozwalających stwierdzić, czy coś jest oddalone o kilkadziesiąt, czy o prawie milion kilometrów. Gazowy gigant wyglądał jak przedłużenie świata, na którym stała. Wydawał się większy, gdy był bliżej horyzontu niż zenitu, ale Rashmika wiedziała, że to złudzenie, przypadkowy efekt działania jej mózgu. Haldora zajmowała na niebie Heli czterdzieści razy większą powierzchnię niż Księżyc na niebie Ziemi. Zawsze się nad tym zastanawiała, gdyż wynikało z tego, że Księżyc nie robił wielkiego wrażenia w porównaniu z Haldora, mimo istotnego znaczenia dla ziemskiej literatury i mitologii.

Rashmika widziała Haldorę jako gruby półksiężyc. Nawet bez opuszczonych filtrów kontrastowych skafandra odróżniała pasma równikowego zabarwienia, które pokrywały świat od bieguna do bieguna: odcienie ochry, oranżu, sepii, płowej żółci, cynobru i koloru bursztynowego. Widziała zawijasy i zębate groty w miejscu, gdzie pasma kolorów stykały się ze sobą, i wściekłe szkarłatne oko systemu burzowego, przypominające sęk w drewnie. Widziała cienie wielu mniejszych księżyców krążących wokół Haldory i blady łuk pojedynczego pierścienia planety.

Rashmika opuszczała się w dół, aż siadła na pośladkach. Było to równie niewygodne jak próba patrzenia w górę, ale utrzymywała tę pozycję najdłużej jak mogła. W tym czasie wciąż obserwowała Haldorę, chcąc siłą woli wezwać ją do zniknięcia, do uczynienia tego, co ich wszystkich tu sprowadziło. Ale planeta po prostu dalej wisiała, jakby zakotwiczona do krajobrazu, tak bliska, że niemal dotykalna, najbardziej realna z rzeczy, jakie Rashmika widziała w życiu.

A jednak planeta znikała. Faktu, że to się wydarzyło — że w dalszym ciągu się zdarza — nie kwestionowano, przynamniej nie kwestionował go nikt, kto spędził dłuższy czas na Heli. Patrz na nią dostatecznie długo, myślała, a wtedy — jeśli nie masz pecha — zobaczysz, jak to się dzieje.

Ale dzisiaj widocznie nie nadeszła jej kolej.

Rashmika wstała i skierowała się na tył pojazdu, mijając właz, z którego wyszła na dach. Patrzyła teraz w na tył karawany i widziała inne wagony, jak unoszą się i opadają, pokonując niewielkie wzniesienie na szlaku. Karawana była teraz nawet dłuższa niż wtedy, gdy tu przybyła: w pewnym momencie cicho, bez fanfar kilkanaście dodatkowych jednostek doczepiło się do tyłu karawany. Karawana będzie rosła aż osiągnie Drogę Ustawiczną, a wtedy znowu podzieli się na mniejsze fragmenty, gdyż różne sekcje zostaną przydzielone konkretnym katedrom.