Выбрать главу

Ale Hybrydowcy okazali się porywaczami. Zabili kilkudziesięciu ludzi, próbując znaleźć Khouri. Uśpili ją i zabrali ze sobą na statek Skade. Tam chirurdzy Skade zoperowali Khouri i usunęli Aurę. Zarodek — zaledwie sześciomiesięczny — został potem zainstalowany w innej macicy. Ta biocybernetyczna wspomagająca konstrukcja z żywej tkanki została następnie umieszczona w nowym ciele, które Skade wyhodowała dla siebie po odrzuceniu w Matczynym Gnieździe starego, uszkodzonego ciała. Implanty w głowie Aury miały łączyć się tylko ze swoimi odpowiednikami w głowie Khouri, ale podprogramy infiltrujące Skade szybko zmodyfikowały rękodzieło Remontoire’a. Skade — mając we własnym ciele wzrastające dziecko — podłączyła się do tego samego strumienia danych, dzięki którym Remontoire zbudował swoją nową broń.

Dostała swój łup, ale Skade była sprytna. Może zbyt sprytna. Powinna była zabić Khouri, ale ona dostrzegła w niej dodatkowy element nacisku na Remontoire’a. Nawet kiedy wydarto jej dziecko, Khouri była użyteczna jako zakładnik. Po negocjacjach Skade zwróciła ją Remontoire’owi w zamian za dalsze informacje techniczne. Aura wcześniej czy później dostarczyłaby jej tych informacji, ale Skade nie miała ochoty czekać.

W tym czasie Inhibitorzy omal ich nie dopadli.

* * *

Kiedy statki w końcu dotarły w okolice Araratu, walka weszła w nową, cichą fazę. Ludzie rozszerzali konflikt, by wykorzystać świeżo zdobytą broń, której działanie nie do końca rozumieli. Inhibitorzy stosowali w odwecie własne brutalne strategie. Wojnę prowadzono ukradkiem: całą energią przekierowywano w niewykrywalne pasma. Rzutowano złudne obrazy, by zastraszać i zdezorientować przeciwnika. Z zapamiętaniem przerzucano się materią i siłami. Każdego dnia, w każdej godzinie ludzkie stronnictwa nawiązywały i zrywały współpracę, zależnie od zmian w sytuacji bitewnej. Skade tylko wtedy pomagała Remontoire’owi, jeśli alternatywą była anihilacja. Remontoire rozumował podobnie.

Jednak tydzień temu Skade zmieniła taktykę. Z ciężkiego okrętu — pozostały jej tylko dwie takie jednostki — wypuściła korwetę. Szybki statek prześlizgiwał się między głównymi frontami bitew, zmierzając na Ararat. Analiza ograniczeń przyśpieszeniowych sugerowała, że statek wiezie przynajmniej jedną osobę. Ludzie Remontoire’a śledzili jego lot. Korwetę ścigał mały oddział Inhibitorów, podchodząc znacznie bliżej do planety niż zwykle. Chyba maszyny zorientowały się, że gra toczy się o coś znaczącego i że korwetę należy za wszelką cenę powstrzymać.

Nie udało im się, ale uszkodziły statek Hybrydowców. Remontoirowcy wyśledzili kulejący pojazd — jego systemy maskujące włączały się i wyłączały. Obserwowali, jak statek wchodzi w atmosferę Araratu i w niemal niekontrolowany sposób ląduje w morzu. Nie było oznak, że na Araracie w ogóle ktoś to zauważył.

Kilka dni później Khouri poleciała śladem Skade. Remontoire odmówił skierowania na ten cel większych sił; uznał, że prawdopodobieństwo przedostania się obok Inhibitorów na powierzchnię planety jest małe. Zgodzili się jednak, że niewielka kapsuła może mieć pewną szansę. Ponadto ktoś powinien zawiadomić ludzi na Araracie, co się dzieje, dlatego wysłanie Khouri byłoby ubiciem dwóch wróbli za jednym strzałem.

Vasko doceniał siłę ducha, jaką Khouri musiała wykazać, przylatując tu sama, bez gwarancji, że ją ktoś odbierze, bez pewności, że zdoła ocalić swą córkę. Zastanawiał się, które uczucie było w niej silniejsze: miłość do córki czy nienawiść do Skade.

Im bardziej się nad tym zastanawiał, tym mniej wydawało mu się prawdopodobne, że ta sytuacja jest wynikiem jakiegoś nieporozumienia, i tym bardziej wątpił, czy sprawę da się rozwiązać przez negocjacje. Jeśli Skade nadal żyje i jeśli dziecko żyje w jej ciele — będzie ich oczekiwała.

Jakim kosztem da się ją zmusić do oddania Aury?

W świetle lampy Vasko zobaczył srebrnoszary błysk: to Clavain oglądał nóż, który zabrał ze swego wyspiarskiego odosobnienia.

Hela, 2727

Rashmika zaaranżowała prywatne spotkanie z kwestorem Jonesem. Odbyło się ono bezpośrednio po sesji handlowej, w tym samym pozbawionym okien pokoju, który odwiedziła razem z Crozetem. Kwestor czekał na nią za biurkiem, z dłońmi splecionymi na swym obfitym kałdunie. Na jego twarzy malowała się podejrzliwość zmieszana z lubieżnym zainteresowaniem. Od czasu do czasu wkładał kawałek pożywienia w szczęki swego zwierzątka, które przysiadło na biurku jak abstrakcyjna rzeźba wymodelowana w jasnozielonym plastiku.

Rashmika przyglądała mu się bacznie i zastanawiała się nad jego zdolnością odróżniania prawdy od kłamstwa. W przypadku niektórych ludzi trudno to było określić.

— To uparte małe dziewuszysko, Miętuniu — powiedział kwestor. — Kazałem jej trzymać się z dala od dachu, a ona tam była niecałe dwie godziny później. Co mamy z nią zrobić, hę?

— Jeśli pan nie chce, by ludzie chodzili na dach, powinien pan nieco utrudnić tam dostęp — odparła Rashmika. — Tak czy siak, nie bardzo lubię, gdy ktoś mnie szpieguje.

— Mam obowiązek chronić mych pasażerów. Jeśli to się pani nie podoba, proponuję, by pani stąd odeszła, kiedy pan Crozet będzie wracał na jałowe wyżyny.

— Ale ja chcę zostać na pokładzie — wyjaśniła Rashmika.

— Chce pani odbyć pielgrzymkę do Drogi?

— Nie. — Ukryła swą odrazę, kiedy pomyślała o ludziach na platformach. Dowiedziała się, że nazywają ich Obserwatorami. — Nie. Chcę dojechać do Drogi i znaleźć tam pracę. Ale pielgrzymka nie ma z tym nic wspólnego.

— Hmm. Już przeglądaliśmy profil pani umiejętności, panno Els.

Nie podobało jej się, że zapamiętał jej nazwisko.

— Ledwie to omawialiśmy, kwestorze. Nie sądzę, by był pan w stanie naprawdę uczciwie ocenić moje umiejętności na pod stawie jednej krótkiej rozmowy.

— Powiedziała pani, że jest naukowcem.

— Zgadza się.

— Tak więc niech pani wróci na jałowe wyżyny i kontynuuje swoje badania. — Czynił wysiłki, by wyglądać i mówić rozsądnie. — Czy jest lepsze miejsce do głębszego studiowania czmychaczy niż właśnie to, gdzie odkopano ich relikty?

— Studiowanie tam jest niemożliwe — odparła. — Nikogo nie interesuje, co znaczą te relikty, dopóki można za nie dostać niezłą forsę. Nikt nie jest zainteresowany szerszym kontekstem.

— A pani, jak przypuszczam, jest nim zainteresowana?

— Mam własną teorię na temat czmychaczy — oznajmiła, w pełni świadoma, jak dziecinnie brzmią jej słowa — ale by po czynić dalsze postępy, potrzebuję właściwych danych, w rodzaju tych, jakie posiadają zespoły archeologiczne sponsorowane przez kościół.

— Tak, wszyscy wiemy o tych zespołach. Ale czyż nie są oni w stanie formułować własnych teorii? Proszę o wybaczenie, pani Els, ale dlaczego wydaje się pani, że to właśnie pani, siedemnastolatka, wniesie w tę dziedzinę świeże spojrzenie?

— Ponieważ nie jestem żywotnie zainteresowana w popieraniu poglądu quaicheistycznego — odparła Rashmika.

— Który na czym polega?

— Na utrzymywaniu, że czmychacze są nieistotnym szczegółem, niezwiązanym z głębszą przyczyną zniknięć, albo w najlepszym razie przypomnieniem o tym, co się nam przydarzy, jeśli nie pójdziemy quaicheistyczną drogą ku zbawieniu.