Выбрать главу

— Gdyby pan to zaaranżował, byłabym wdzięczna.

— Zawsze można się powołać na wyświadczone grzeczności — oznajmił. — Ale jest coś, o czym muszę wspomnieć. Są ludzie, którzy pani szukają, z jałowych wyżyn Vigrid. Tutaj policja nie może pani tknąć, ale pani nieobecność została zauważona.

— Nie dziwi mnie to.

— Spekuluje się na temat celu pani misji. Niektórzy powiadają, że wiąże się ona z pani bratem. — Zielone stworzenie podniosło wzrok, jakby nagle zainteresowało się rozmową. Rashmika zauważyła, że z całą pewnością brakowało mu jednej z przednich kończyn. — Harbin Els — kontynuował kwestor. — Tak się nazywa, prawda?

Nie było sensu zaprzeczać.

— Mój brat pojechał szukać pracy na Drodze — odparła. — Okłamali go, mówiąc, że nie umieszczą w nim krwi dziekana. Nie widzieliśmy go od tamtej pory.

— A teraz odczuwa pani potrzebę dowiedzenia się, co się z nim stało?

— To mój brat.

— Więc być może to panią zainteresuje.

Kwestor sięgnął pod biurko i wyciągnął złożoną kartkę papieru. Pchnął ją ku Rashmice. Zielone stworzenie obserwowało papier sunący po blacie.

Wzięła list, potarła kciukiem czerwoną woskową pieczęć. Na pieczęci widniał wytłoczony wizerunek skafandra z ramionami rozłożonymi niczym krzyż, promieniujący snopami światła. Pieczęć była złamana; tylko luźno trzymała się papieru po jednej stronie złącza.

— Co to jest? — spytała, bardzo uważne obserwując jego twarz.

— Nadeszło oficjalnymi kanałami z Lady Morwenny. To pieczęć Wieży Zegarowej.

Dotychczas prawda, pomyślała. Albo też kwestor szczerze wierzy, że sprawa tak się przedstawia.

— Kiedy?

— Dzisiaj.

Ale to było kłamstwo.

— Zaadresowane do mnie?

— Kazano mi, żeby pani to zobaczyła.

Spuścił wzrok, nie chcąc patrzeć jej w oczy. Utrudniało to odczytanie jego twarzy.

— Kto kazał?

— Nikt… Ja… — Znowu kłamał. — Obejrzałem to. Niech pani nie myśli o mnie źle, przeglądam całą korespondencję, która przechodzi przez karawanę. To kwestia bezpieczeństwa.

— Więc wie pan, co zawiera list?

— Sadzę, że powinna go pani sama przeczytać — odparł.

SIEDEMNAŚCIE

Hela, 2727

Stukanie trzcinki w żelazną podłogę wielkiej katedry znaczyło trasę marszu naczelnego medyka. Nawet w tych partiach katedry, gdzie słychać było silniki i mechanizmy napędowe, wszyscy wiedzieli, że nadchodzi, na długo przed jego przybyciem. Odgłosy jego kroków były tak regularne jak metronom, stukanie trzcinki wybijało rytm. Poruszał się z rozmyślną powolnością, dając wścibskim i leniuchom czas na rozproszenie się. Od czasu do czasu miał świadomość istnienia obserwatorów ukrytych za metalowymi słupami lub kratami. Szpiegowali go, sądząc, że robią to dyskretnie. Znacznie częściej wiedział z absolutną pewnością, że załatwia swoje sprawy nieobserwowany. W ciągu wielu lat jego służby u Quaiche’a ludność katedry zrozumiała jasno jedno: sprawy Greliera nie są dla ciekawskich.

Czasami jednak ci, co od niego uciekali, czynili to z innych przyczyn niż zakaz wtykania nosa w jego pracę.

Doszedł do spiralnych schodów, helisy z ażurowego żelaza, nurkującej w szczękające głębie Mocy Napędowej. Schody zadzwoniły jak uderzony kamerton. Albo podchwyciły wibracje od maszyn poniżej, albo ktoś właśnie je wykorzystał, by uciec przed Grelierem.

Przechylił się przez balustradę i zerknął w dół korkociągowego wnętrza klatki schodowej. Dwa zakręty pod nim pulchne palce przesuwały się szybko po poręczy. Czy to był jego człowiek? Bardzo prawdopodobne.

Nucąc pod nosem, Grelier otworzył z rygla drzwiczki ochronne i wszedł na klatkę. Zatrzasnął je ostrym końcem trzcinki i zaczął schodzić. Nie śpieszył się — pozwalał, by każdy krok odbił się echem, i dopiero wtedy schodził na niższy stopień. Pozwolił, by trzcinka stukała — tap, tap, tap — o tralki i informowała mężczyznę, że Grelier nadchodzi i że zamknięto wszelkie możliwości ucieczki. Grelier znał trzewia Mocy Napędowej równie dokładnie jak wnętrza innych sekcji katedry. Zamknął wszystkie pozostałe klatki schodowe kluczem Wieży Zegarowej. To była jedyna droga w górę lub w dół, a on starannie ją zarygluje, kiedy dotrze do dna. Schodził, a ciężka torba medyczna obijała mu się o udo w doskonałej synchronizacji ze stukotem trzcinki.

Gdy zszedł, maszyny z dolnych poziomów zaśpiewały głośniej. Jeśli nie było innych dźwięków, odgłos ich pracy słyszało się we wszystkich częściach katedry. Ale na wysokich poziomach hałas silników i systemów napędowych musiał rywalizować z muzyką organową i bez przerwy śpiewającymi chórami. Umysł szybko odfiltrowywał ten słaby składnik dźwiękowego tła.

Tutaj było inaczej. Grelier słyszał ostry, przyprawiający o ból zębów skowyt turbin. Niskie brzdąkanie i walenie masywnych, wieloczłonowych korb i mimośrodów. Pracujące tłoki, otwierane i zamykane zawory. Słyszał gwarzące przekaźniki i przyciszone głosy personelu technicznego.

Schodził z przygotowanym sprzętem medycznym, stukając trzcinką.

Doszedł do ostatniego zakrętu spirali. Bramka wyjściowa skrzypiała na zawiasach: nie zamknięto jej na rygiel. Ktoś się śpieszył. Grelier przeszedł przez bramkę i umieścił sprzęt medyczny między nogami. Wyjął klucz z kieszeni na piersiach i zamknął ją, uniemożliwiając komukolwiek wejście na wyższy poziom. Potem podniósł swój sprzęt medyczny i wznowił leniwy marsz.

Rozejrzał się wokół. Po zbiegu nie było śladu, ale mógł się ukryć w wielu miejscach. Nie martwiło to Greliera: z czasem odnajdzie uciekiniera. Mógł sobie pozwolić na kilka chwil, by się rozejrzeć, nieco odetchnąć od zwykłej rutyny. Nie schodził znowu tak często na dół, a to miejsce zawsze robiło na nim wrażenie.

Moc Napędowa zajmowała jedną z największych komnat katedry, na najniższym poziomie, który jeszcze hermetyzowano. Pomieszczenie biegło przez całą dwustumetrową długość ruchomej konstrukcji. Miało szerokość stu metrów i pięćdziesiąt metrów wysokości od podłogi do wspaniałego łukowego sufitu. Maszyneria zajmowała większość dostępnej przestrzeni, z wyjątkiem luk przy ścianach i kilkunastu metrów pod sufitem. Była ogromna. Nie był to bezosobowy, abstrakcyjny ogrom mechanizmów statku kosmicznego, ale było w niej coś intymnie bliskiego i dlatego bardziej groźnego. Maszyneria statków gwiezdnych była rozległa i biurokratyczna; ona po prostu nie zauważała ludzi. Jeśli jej się narazili, najzwyczajniej przestawali istnieć, unicestwieni w bez — bolesnym ułamku sekundy. Ale tutaj olbrzymia maszyneria była dostatecznie mała, by ludzi zauważać. Gdy weszli jej w drogę, zostawali okaleczeni lub zmiażdżeni.

Nie było to jednak bezbolesne i wcale nie natychmiastowe.

Grelier szturchnął trzcinką bladozielony pancerz turbiny. Poczuł energiczne dudnienie uwięzionych energii. Pomyślał o wirujących łopatkach, ciągnących energię z przegrzanej pary reaktora atomowego. Wystarczyła jedna wadliwa łopatka i turbina mogła w każdej chwili wybuchnąć, przynosząc śmierć każdemu w promieniu pięćdziesięciu metrów. Zdarzało się to od czasu do czasu; on wtedy zwykle schodził na dół, by sprzątnąć bałagan. Było to naprawdę podniecające.

Reaktor — elektrownia atomowa katedry — był największym elementem maszynerii w sali. Mieścił się w butelkowozielonej kopule w tylnym krańcu pomieszczenia. Najmilszą rzeczą, jaką dało się o nim powiedzieć, było to, że działał i że był tani. Na Heli nie było kopalnego paliwa jądrowego, ale Ultrasi zapewniali gotową dostawę. Może był brudny i niebezpieczny, ale bardziej ekonomiczny od antymaterii i łatwiejszy w obsłudze niż elektrownia fuzyjna. Wykonali obliczenia i okazało się, że oczyszczenie lokalnego lodu w celu otrzymania paliwa do syntezy jądrowej wymagałoby tak wielkiego zakładu do wstępnej przeróbki jak cały istniejący zespół Mocy Napędowej. A katedra już osiągnęła maksymalny wymiar, jeśli wziąć pod uwagę wielkość Drogi i Diabelskich Schodów. Ponadto, reaktor dawał całą moc, jakiej katedra potrzebowała, a pracownicy reaktora znowu tak często nie chorowali.