Ze szczytu reaktora wyrastała plątanina rur z parą pod wysokim ciśnieniem. Połyskujące srebrzyste kiszki przemierzały całą komorę, nieoczekiwanie zmieniając kierunki pod kątem prostym czy nawet zginając się jak spinka do włosów. Rury zasilały trzydzieści dwie turbiny, upakowane jedna na drugiej w dwóch rzędach, każdy rząd szeroki na osiem turbin. Kładki, platformy inspekcyjne, tunele dostępu, drabiny i dźwigi sprzętowe zamykały całą tę brzęczącą masę jak w klatce. Turbiny były prądnicami zmieniającymi pędzącą parę w energię elektryczną. Zasilały tą energią główne silniki napędowe, które w ilości dwudziestu czterech przysiadły na turbinach w rzędach po osiem. Silniki z kolei zmieniały energię elektryczną w siłę mechaniczną, poruszając wielkie mechanizmy korbowe i zawiasowe, które ostatecznie przesuwały katedrę po Drodze. W każdej chwili po każdej stronie obciążano jedynie dziesięć silników z dwudziestu; dodatkowe pracowały na jałowym biegu, gotowe do przyłączenia, gdyby któryś silnik lub zestaw silników trzeba było wyłączyć do remontu.
Same mechanizmy przechodziły nad głowami, od silników napędowych do ścian po obu stronach. Penetrowały ściany przez hermetyczne uszczelki, umieszczone dokładnie w punkcie wahania głównych wiązarów. Uszczelki sprawiały problemy — wciąż się psuły i trzeba było je wymieniać. Ale w ten czy inny sposób ruch mechaniczny wygenerowany przez Moc Napędową musiał być przeniesiony poza ściany, w próżnię.
Nad Grelierem, powoli jak we śnie, wiązary poruszały się w przód i w tył, w górę i w dół, zsynchronizowanymi falami startującymi z przodu komory i przesuwającymi się w dół. Skomplikowany układ mniejszych korb i mimośrodów łączył ze sobą wiązary i koordynował ich ruchy. Napowietrzne kładki przebiegające między wielkimi dźwigarami agresywnego metalu pozwalały robotnikom smarować połączenia i sprawdzać, czy w punktach uszkodzeń nie nastąpiło zmęczenie metalu. Była to praca niebezpieczna: chwila nieuwagi i smarowanie odbywało się w całkowicie niewłaściwych miejscach i niewłaściwym środkiem.
Moc Napędowa nie ograniczała się oczywiście do tej komory. Obejmowała o wiele więcej. Gdzieś znajdowała się nawet niewielka kuźnia pracująca dzień i noc, by zapewnić części zamienne. Największe elementy musiały oczywiście być produkowane w przydrożnych fabrykach, ale zdobycie i transport takich części zamiennych zawsze zabierały czas. Rzemieślnicy z Mocy Napędowej byli dumni z pomysłowości, jaką się wyróżniali przy pilnych naprawach, kiedy jakieś części musiały pełnić funkcję niezgodną ze swym przeznaczeniem. Wiedzieli, że wszystko sprowadza się do postulatu: cokolwiek się wydarzy, katedra musi się przesuwać. Nikt nie wymagał od nich rzeczy nadzwyczajnych — katedra musiała pokonać tylko jedną trzecią metra na sekundę. Sedno sprawy leżało nie w szybkości, ale w tym, że katedrze nigdy, ale to przenigdy nie wolno było się zatrzymać.
— Naczelny medyku, w czym mogę panu pomóc?
Grelier zlokalizował źródło dźwięku: ktoś spoglądał na niego z kładki w górze. Mężczyzna miał na sobie szary kombinezon Mocy Napędowej i trzymał się poręczy dłońmi w wielkich rękawicach. Jego czaszce, podobnej do kuli pistoletowej, krótki zarost nadawał odcień niebieskawy. Na szyi miał brudną chustę. Grelier zidentyfikował mężczyznę jako Glaura, jednego z szefów zmiany.
— Może zszedłby pan na chwilę na dół — poprosił Grelier.
Glaur natychmiast posłuchał, przeszedł kładkę i zniknął z powrotem w maszynerii. Grelier leniwie stukał trzcinką o metalową podłogę i czekał, aż mężczyzna zejdzie.
— Coś się dzieje, naczelny medyku? — spytał Glaur po przy byciu.
— Szukam kogoś — poinformował go Grelier. Nie musiał mówić, dlaczego. — Widziałeś tutaj kogoś nieoczekiwanego?
— Na przykład kogo?
— Kierownika chóru. Jestem pewny, że znasz gościa. Ma pulchne dłonie.
Glaur spojrzał w tył, na wolno bijące wiązary. Przesuwały się niczym wiosła jakiegoś biblijnego galeonu obsadzonego setkami niewolników. Grelier pomyślał, że Glaur wolałby raczej być tam na górze i mieć do czynienia z przewidywalnym niebezpieczeństwem ze strony poruszanego metalu, niż tu na dole żeglować wśród zdradliwych raf katedralnej polityki.
— Był ktoś taki — oznajmił wreszcie Glaur. — Kilka minut temu widziałem mężczyznę przemierzającego hol.
— Wydawał się trochę śpieszyć, prawda?
— Założyłem, że załatwia sprawy Wieży Zegarowej.
— Nie załatwiał. Ma pan pojęcie, gdzie teraz jest? Glaur rozejrzał się wokół.
— Mógł skorzystać z jednej z klatek i wrócić na główne poziomy.
— To mało prawdopodobne. Sądzę, że nadal jest tu na dole. W którym kierunku szedł, kiedy pan go zobaczył?
Glaur wahał się chwilę, co Grelier skwapliwie odnotował.
— W stronę reaktora.
— Dziękuję. — Grelier elegancko postukał laseczką i opuścił kierownika zmiany, którego chwilowa użyteczność się skończyła.
Skierował się za swą zwierzyną do reaktora. Oparł się pokusie, by wydłużyć krok. Szedł miarowo, bez pośpiechu i stukał laseczką o podłogę, a jeśli przechodził obok czegoś, co rezonuje, stukał w ten przedmiot. Od czasu do czasu, gdy przekraczał oszklone, zakratowane okienko w podłodze, chwilę się zatrzymywał, by obserwować, jak dwadzieścia metrów w dole przesuwa się słabo oświetlony grunt. Ruch katedry był solidny jak skała.
Pojawił się reaktor. Zieloną kopułę otaczały jej własne pierścienie kładek, wznoszące się aż do szczytu. W mocno nitowanych okienkach obserwacyjnych osadzono grube ciemne szkło.
Grelier dostrzegł rękaw znikający za zakrętem kładki na drugim poziomie od podłogi.
— Halo! — zawołał. — Jesteś tam, Vaustad? Chciałbym na słówko.
Żadnej odpowiedzi. Grelier niespiesznie okrążył reaktor. W górze rozległ się metaliczny odgłos truchtu, choć osoba biegnąca ciągle pozostawała poza zasięgiem wzroku. Grelier uśmiechnął się, zażenowany głupotą Vaustada. W holu trakcyjnym można było się ukryć w setkach miejsc. Jednak małpi instynkt skłonił kierownika chóru do skierowania się na wyższy poziom, nawet jeśli to groziło zapędzeniem się w uliczkę bez wyjścia.
Grelier doszedł do zaopatrzonego w bramkę wejścia na drabinę. Przeszedł przez bramkę i zamknął ją za sobą na klucz. Nie mógł wejść ze swym sprzętem medycznym i trzcinką, zostawił więc sprzęt na ziemi. Wetknął trzcinkę w zagięcie ramienia i ruszył w górę, szczebel po szczeblu, aż osiągnął pierwszą kładkę.
Obszedł reaktor po kładce, jedynie po to, by jeszcze bardziej zdenerwować Vaustada. Od czasu do czasu uderzał trzcinką o zakrzywione metalowe boki reaktora lub czarne szkło okienek inspekcyjnych. Szkło przypominało mu smoliste fragmenty witrażowego okna w fasadzie katedry i przez chwilę zastanawiał się, czy to ten sam materiał.
Cóż, trzeba sprawę załatwić.
Znów doszedł do drabiny i wszedł na następny poziom. Nadal słyszał żałosny trucht szczura laboratoryjnego.
— Vaustad? Bądź dobrym facetem i chodź tutaj, dobrze? Za chwileczkę będzie po wszystkim. — Czuł kroki mężczyzny prze noszone bezpośrednio przez metal.