Выбрать главу

— Mam w takim razie sam pójść do ciebie?

Zaczął obchodzić reaktor. Był teraz na tym samym poziomie co wiązary. Żaden z nich nie był w tej chwili blisko niego, ale — widziane w skróconej perspektywie — ruchome metalowe przypory biły jak ostrza nożyc. Zobaczył kilku techników Glaura poruszających się wśród tej maszynerii, smarujących ją i sprawdzających. Wydawali się w niej uwięzieni, ale w jakiś magiczny sposób nie odnosili żadnego szwanku.

Obrąbek nogawki zniknął za zakrętem. Trucht zwiększył tempo. Grelier z uśmiechem zatrzymał się i wychylił poza barierkę. Był teraz blisko. Chwycił trzcinkę za górny koniec /przekręcił go o ćwierć obrotu.

— W górę czy w dół? — szepnął do siebie. — W górę czy w dół?

Okazało się, że w górę. Słuchał, jak stukanie przenosi się na kładkę ponad nim. Grelier nie wiedział, czy powinien czuć przyjemność, czy rozczarowanie. Wkrótce polowanie się skończy. Człowiek przekona się, że ma zablokowaną drogę ucieczki, i Grelier nie będzie miał żadnych trudności z uspokojeniem go trzcinką. Kiedy mężczyzna będzie potulny, wstrzyknięcie mu dodatkowej dozy zajmie tylko minutę czy dwie. No więc gdzie tu zabawa?

Po dotknięciu trzcinką mężczyzna będzie jak wosk w dłoniach Greliera. Oczywiście będą problemy ze zniesieniem go po drabinie, ale weźmie do pomocy jednego z ludzi Glaura.

Grelier wspiął się na następny poziom. Ta kładka miała mniejszą średnicę niż obie poniżej, gdyż znajdowała się bliżej szczytu kopuły reaktora. Nad nią był tylko jeden poziom, na samym szczycie, prowadziła nań łagodnie nachylona rampa. Grelier widział, jak Vaustad właśnie wchodzi po tej rampie.

— Nie ma tam nic dla ciebie — powiedział naczelny medyk. — Teraz zawróć i zapomnimy o całej sprawie.

Akurat zapomni. Ale Vaustadowi i tak już nie można było przemówić do rozsądku. Dotarł do wierzchołka i przez chwilę patrzył w tył, na swego prześladowcę. Pulchne ręce, głupia, zasapana twarz. Grelier właśnie złapał tego człowieka. Zresztą od początku nie było wątpliwości, że mu się uda.

— Zostaw mnie w spokoju! — krzyknął Vaustad. — Daj mi spokój, ty krwawy wampirze!

Grelier z cierpliwym uśmiechem postukał trzcinką po poręczy i zaczął wchodzić po rampie.

— Nie dostaniesz mnie — oznajmił Vaustad. — Mam dosyć. Zbyt wiele koszmarów.

— Och, daj spokój. Małe ukłucie i będzie po wszystkim. Vaustad złapał za srebrzystą rurę z parą wodną wychodzącą ze szczytu kopuły reaktora i zaczął się po niej wspinać, wykorzystując metalowe ożebrowanie rury. Nie wspinał się szybko ani wdzięcznie, ale postęp był stały. Czy on to zaplanował? — zastanawiał się Grelier. Zrobił błąd, zapominając o rurach z parą.

Ale dokąd on w końcu pójdzie? Rury doprowadzą go tylko z powrotem do turbin i silników napędowych. Może to przedłużyć pościg, ale nadal w dłuższej perspektywie ucieczka będzie daremna.

Grelier osiągnął szczyt reaktora. Vaustad znajdował się około metra nad jego głową. Grelier wyciągnął trzcinkę, starając się postukać nią w pięty Vaustada. Nie udało się: mężczyzna był za wysoko. Naczelny medyk obrócił czubek trzcinki o jeszcze jedną czwartą, zwiększając moc ogłuszającą, i dotknął trzcinką rury. Vaustad zaskowyczał, ale posuwał się dalej. Jeszcze jeden obrót trzcinki spowodował ustawienie maksymalnego ładunku, śmiertelnego z bliskiej odległości. Medyk musnął końcem trzcinki metal i patrzył, jak Vaustad kurczowo obejmuje rurę. Mężczyzna zacisnął zęby, ale zdołał utrzymać się na rurze.

Grelier upuścił trzcinkę z wyczerpanym ładunkiem. Ni stąd, ni zowąd sprawy poszły inaczej, niż sobie zaplanował.

— Dokąd się wybierasz? — spytał żartobliwie. — Zejdź zaraz, zanim zrobisz sobie krzywdę.

Vaustad nie odpowiadał, tylko pełzł dalej.

— Poranisz się.

Vaustad osiągnął punkt, w którym rura zakręcała się do położenia poziomego i biegła przez hol do kompleksu turbin. Grelier spodziewał się, że, zademonstrowawszy to, co miał zademonstrować, mężczyzna zatrzyma się przy skręcie rury pod kątem prostym. Ale zamiast tego Vaustad wpełzł na rurę, obejmując ją ramionami i nogami. Znajdował się obecnie trzydzieści metrów nad ziemią.

Scena przyciągnęła niewielką publiczność. Kilkunastu ludzi Glaura stało w holu poniżej i spoglądało w górę na widowisko, inni przerwali pracę między wiązarami.

— To sprawa Wieży Zegarowej — powiedział ostrzegawczo Grelier. — Wracajcie do pracy.

Robotnicy posłuchali, ale Grelier miał świadomość, że większość z nich jednym okiem wciąż obserwuje zajście. Czy sytuacja doszła do punktu, kiedy powinien wezwać dodatkową pomoc z Urzędu Analizy Krwi? Miał nadzieję, że nie; czerpał osobistą dumę z tego, że takie sprawy domowe zawsze załatwiał sam. Ale z Vaustadem były kłopoty.

Szef chóru przebył dziesięć metrów rury i znalazł się poza reaktorem. Teraz pod nim była tylko podłoga. Nawet przy zredukowanej sile przyciągania Heli upadek z trzydziestu metrów prawdopodobnie zakończyłby się śmiercią.

Grelier spojrzał w przód. Co pewien odcinek rurę podtrzymywały cienkie metalowe linki, zwisające z sufitu i zaczepione do powiększonych żeber. Najbliższa linka znajdowała się około pięciu metrów przed Vaustadem. Nie było sposobu, żeby się za nią przedostał.

— W porządku — powiedział Grelier, podnosząc głos, by prze krzyczeć zgiełk maszynerii napędowej. — Zademonstrowałeś swój pogląd. Pośmialiśmy się trochę. Teraz zawróć i rozsądnie omówimy te sprawy.

Jednak Vaustad był głuchy na wszelki głos rozsądku. Dotarł do podtrzymującej rurę linki i próbował ją wyminąć, przesuwając sporą część ciała na jedną stronę rury. Grelier patrzył na to z otępiającą pewnością, że Vaustadowi się nie uda. To byłoby trudne ćwiczenie nawet dla zwinnego młodego człowieka, a Vaustad nie był ani zwinny, ani młody. Zawinął się wokół rury, z jedną nogą zwisającą po jednej stronie, i machał drugą dla złapania równowagi. Jedną dłonią trzymał metalową linkę, drugą niezgrabnie usiłował chwycić najbliższe żebro po drugiej stronie. Nagle poślizgnął się i zawisł na jednej ręce, drugą młócąc powietrze.

— Spokojnie! — zawołał Grelier. — Zachowuj się spokojnie, a nic ci się nie stanie. Jeśli przestaniesz się ruszać, możesz się tak trzymać, aż sprowadzimy pomoc!

I znowu, młody człowiek w dobrej kondycji mógłby czekać na pomoc, wisząc na jednej ręce, ale Vaustad był gruby i nigdy wcześniej nie musiał wykorzystywać swych mięśni.

Grelier patrzył, jak dłoń Vaustada ześlizguje się z metalowej linki i mężczyzna spada na podłogę holu trakcyjnego z głuchym odgłosem niemal zagłuszonym przez stały hałas tła. Nie wrzeszczał, miał zamknięte oczy i z wyrazu zwróconej w górę twarzy można było sądzić, że umarł natychmiast. Grelier zabrał trzcinkę, wepchnął ją w zgięcie łokcia i rozpoczął podróż powrotną po serii ramp i drabinek. U stóp reaktora zabrał swój sprzęt medyczny i otworzył drzwi dostępu. Kiedy doszedł do Vaustada, wokół trupa zgromadziło się kilku robotników Glaura. Rozważał, czy ich nie odpędzić, ale potem zdecydował, że nie trzeba. Niech patrzą. Niech widzą, co oznacza praca w Urzędzie Analizy Krwi.

Uklęknął przy Vaustadzie i otworzył torbę ze sprzętem medycznym. Zionęła zimnem. Była podzielona na dwie części. Na górnej tacy leżały strzykawki wypełnione czerwonymi porcjami, świeżo z Urzędu Analizy Krwi. Na etykietach podano serotyp i szczep wirusa. Jedna z nich była przeznaczona dla Vaustada.

Podwinął rękaw mężczyzny. Czy nadal wyczuwał słabe tętno? To ułatwiłoby mu życie. Wyciąganie krwi ze zmarłego nigdy nie było prostym zadaniem.