Sięgnął do drugiej części torby, tej z pustymi strzykawkami. Symbolicznie uniósł jedną do światła.
— Pan daje — powiedział Grelier, wbijając strzykawkę w żyłę Vaustada i zaczynając wyciągać krew. — I czasami niestety Pan odbiera.
Skończył dopiero po napełnieniu trzech strzykawek.
Grelier zaryglował za sobą bramkę na spiralne schody. Musiał przyznać, że miło było uciec z hali trakcyjnej. Czasami wydawało mu się, że to katedra wewnątrz katedry, ze swymi własnymi niepisanymi prawami. Tu na dole — wśród maszyn — nie był w swoim żywiole. Sprawę Vaustada mógł wykorzystać najlepiej jak się dało, ale wszyscy wiedzieli, że nie przybył tu po to, by pobrać krew, ale by ją dać.
Przed dalszą drogą na górę zatrzymał się przy jednym z punktów rozmów i wezwał zespół z Urzędu Analizy Krwi, by załatwili sprawę ciała. Później trzeba będzie odpowiedzieć na pytania, ale to nic takiego, co budziłoby go po nocach.
Grelier szedł przez główny hol, kierując się do Wieży Zegarowej. Wybrał okrężną drogę — po sprawie z Vaustadem nie śpieszyło mu się do spotkania z Quaichem. Ponadto miał w zwyczaju przynajmniej raz okrążyć hol przed udaniem się w górę lub w dół. Była to największa otwarta przestrzeń w katedrze i jedyna — jeśli nie liczyć hali napędu — gdzie mógł się uwolnić od łagodnej klaustrofobii, którą odczuwał w każdej innej części ruchomej konstrukcji.
W miarę jak katedra rozrastała się do obecnych rozmiarów, hol wielokrotnie przerabiano i rozszerzano. Przypadkowy obserwator nie dostrzegł wielu zmian, ale Grelier widział to, co mogło ujść spojrzeniu innych. Obserwował niewyraźne blizny w miejscach, skąd zabrano wewnętrzne ściany. Widział obwódkę na wysokości oryginalnego, o wiele niższego sufitu. Od położenia nowego minęło trzydzieści czy czterdzieści lat — w bezpowietrznym środowisku Heli było to przedsięwzięcie gigantyczne, zwłaszcza że stare pomieszczenie pełniło swą funkcję w czasie całego remontu, a katedra oczywiście musiała ciągle być w ruchu. A jednak chór nie opuścił ani jednej nuty, a liczba ofiar wśród robotników budowlanych pozostała znośnie mała.
Grelier przystanął na chwilę przy jednym z witrażowych okien po prawej stronie katedry. Kolorowa konstrukcja wznosiła się kilkadziesiąt metrów w górę. Otaczał ją szereg kamiennych łuków, na samym szczycie było rozetowe okno. Szkielet architektoniczny katedry, mechanizmy napędowe i powłoka zewnętrzna z konieczności zostały wykonane głównie z metalu, ale wiele elementów wnętrza pokryto cienką warstwą murarki kosmetycznej. Pewna jej cześć została wykonana z rodzimych minerałów Heli, ale cała reszta — kamienie w subtelnym odcieniu biszkoptów i pyszne białe i różowe marmury — zostały przywiezione tu przez Ultrasów. Mówiono, że niektóre kamienie pochodziły nawet z katedr na Ziemi. Grelier podchodził do tych pogłosek bardzo sceptycznie: prawdopodobnie zostały wzięte z najbliższej asteroidy. To samo dotyczyło świętych relikwii, które napotykał upakowane w oświetlonych świecami niszach. Każdy mógł zgadywać, ile naprawdę miały lat, czy zostały ręcznie wykonane przez średniowiecznych rzemieślników, czy sklecone w fabrycznych nanokuźniach.
Jednak bez względu na to, skąd pochodziły obramowujące je kamienie, okno witrażowe było wspaniałe. Właściwie oświetlone, nie tylko promieniowało własną chwałą, ale przekazywało tę chwałę wszystkiemu i wszystkim w holu. Grelier zwracał szczególną uwagę na to, co wyobraża wzór z kawałków kolorowanego, odpornego na próżnię szkła. Zmieniał się on, zgodnie z poleceniami samego Quaiche’a. Kiedy Grelier miał trudności z bezpośrednim zrozumieniem Quaiche’a (a to zdarzało się coraz częściej), okna dawały dobry wgląd w stan ducha Quaiche’a.
Kiedy ostatnio zwrócił uwagę na to okno, było poświęcone Haldorze i pokazywało stylizowany widok gazowego giganta w skłębionych kawałkach ochry i beżu. Planetę osadzono na błękitnym tle upstrzonym żółtymi szkiełkami otaczających ją gwiazd. Na pierwszym planie znajdował się skalisty krajobraz wykonany z kontrastujących czarnych i białych odłamków, ze złotym kształtem statku Quaiche’a zaparkowanego wśród głazów. Sam Quaiche był na zewnątrz statku, brodaty i w długiej szacie, klęczał na ziemi i wznosił błagalnie dłoń ku niebu. Grelier przypominał sobie, że wcześniej okno pokazywało katedrę wznoszącą się po zygzakowatej pochylni Diabelskich Schodów — tak, by wszyscy ją widzieli niczym małego, rzucanego wichrami żaglowca — za nią w tyle wszystkie inne katedry, a na niebie nieco mniejszą Haldorę.
Grelier nie był pewien, ale jeszcze wcześniej mogła tu być nieco skromniejsza wariacja na temat rozbitego statku.
Obrazy, które obecnie pokazywało okno, były dość wyraźne, ale ich znaczenie dla Quaiche’a znacznie trudniej poddawało się osądowi. Na szczycie, wprawione w okno rozetowe, znajdowało się znajome, opasane pierścieniem oblicze Haldory. Poniżej było kilka metrów rozgwieżdżonego nieba w odcieniach od głębokiego niebieskiego do złotego. Większość wysokości okna zajmowała wypiętrzona i olbrzymia katedra, chwiejący się zestaw oflagowanych iglic i podpór. Z linii zbiegającej się perspektywy było jasne, ze katedra położona jest bezpośrednio pod Haldorą. Katedra była w oczywisty sposób większa od każdej znajdującej się na Wiecznej Drodze; praktycznie była to cytadela. I — jeśli Grelier się nie mylił — najwyraźniej stała na fundamentach, a nie mechanizmach trakcyjnych. Nie było nawet śladu Wiecznej Drogi.
Okno go zaintrygowało. Sceny wymalowane na oknie mogły nosić piętno nierealności (na przykład Quaiche poza swym statkiem bez skafandra), ale zwykle miały przynajmniej odniesienia do rzeczywistych wydarzeń. Obecna zawartość okna wydawała się jednak niepokojąco metaforyczna. Akurat tego Grelier potrzebował: metaforycznego Quaiche’a na karku. Ale cóż innego można było wywnioskować z olbrzymiej uziemionej katedry? Może symbolizowała trwałą, nieruchomą naturę wiary Quaiche’a? Doskonale, powiedział sobie Grelier, myślisz, że teraz możesz go odczytać, ale co będzie, gdy obrazy zaczną być jeszcze bardziej mgliste?
Pokręcił głową i wznowił swą podróż. Przebył całą lewą ścianę katedry i nie zobaczył innych dziwactw w oknach. To przynajmniej sprawiło mu pewną ulgę. Może nowy projekt okaże się tymczasową aberracją i życie potoczy się dalej jak zwykle.
Poszedł na przód katedry, w cień czarnego okna. Kawałki szkła były niewidzialne: widział tylko widmowe łuki i słupy podpierającej murarki. Ale rysunek w tym oknie niewątpliwie się zmienił od czasu, kiedy ostatnim razem go oglądał.
Ruszył do tyłu prawą stroną, aż dotarł do podstawy Wieży Zegarowej.
— Nie mogę tego dłużej odkładać — powiedział Grelier sam do siebie.
Po powrocie do swej kwatery w karawanie Rashmika otworzyła list, łamiąc już i tak osłabioną pieczęć. Papier rozłożył się szeroko. Był dobrej jakości: kremowy i gruby, lepszy niż cokolwiek, z czym miała do czynienia na jałowych wyżynach.
W środku starannym, ale niewyrobionym pismem wypisano krótką wiadomość.
Rozpoznała charakter pisma.
Droga Rashmiko!
Bardzo przepraszam, że tak długo się z tobą nie kontaktowałem. Słyszałem twoje imię w przekazie z rejonu Vigrid mówiącym, że uciekłaś z domu. Spodziewałem się, że po moim ostatnim liście pojedziesz za mną i spróbujesz się dowiedzieć, co się ze mną stało. Kiedy się dowiedziałem, że jest taka karawana zmierzająca ku Drodze, do której z czyjąś pomocą zdołałabyś dotrzeć, byłem prawie pewny, że w niej będziesz. Popytałem się, wynalazłem nazwiska pasażerów i teraz piszę ten list do ciebie.