Выбрать главу

Wiem, że pomyślisz, że to dziwne, że tak długo nie pisałem ani do ciebie, ani do kogokolwiek z rodziny. Ale teraz sprawy mają się inaczej i pisanie nie byłoby rzeczą właściwą. Wszystko, co mówiłaś, okazało się prawdą. Zacznę od tego, że mnie okłamali i podali mi krew dziekana natychmiast, kiedy dotarłem do Drogi. Jestem pewien, że mogłaś to wywnioskować z listów, które wysłałem na początku. Najpierw byłem wściekły, ale teraz wiem, że to było w moim najlepszym interesie. Że musieli skłamać dla większego dobra. Jestem teraz szczęśliwy, szczęśliwszy niż kiedykolwiek byłem. Znalazłem w życiu obowiązek, coś większego ode mnie. Czuję miłość dziekana i miłość Stworzyciela. Rashmiko, nie oczekiwałem, że to zrozumiesz i że będzie ci się to podobało, dlatego przestałem pisać do domu. Nie chciałem kłamać, a jednocześnie nie chciałem nikogo krzywdzić. Lepiej było nic nie mówić.

To miłe i dzielne z Twojej strony, że pojechałaś po mnie. Znaczy to dla mnie więcej, niż możesz sobie wyobrazić. Ale musisz teraz jechać do domu, zanim przeze mnie zostaniesz jeszcze bardziej skrzywdzona. Zrób to dla mnie: jedź do domu, na jałowe wyżyny, i powiedz wszystkim, że jestem szczęśliwy i że ich wszystkich kocham.

Ogromnie mi ich brakuje, ale nie żałuję tego, co zrobiłem. Proszę. Zrób to dla mnie, dobrze? I przyjmij ode mnie również wyrazy miłości. Pamiętaj mnie takiego, jakim byłem, jako swego brata, a nie jako to, czym się stałem. Wtedy wszystko skończy się jak najlepiej.

Wyrazy miłości

Twój brat, Harbin Els.

Rashmika przeczytała list jeszcze raz, szukając w nim ukrytych znaczeń, a potem go odłożyła. Zamknęła list, ale pieczęć nie trzymała już brzegów.

* * *

Pokój Quaiche’a, dwieście metrów nad powierzchnią Heli, był mansardą na samym szczycie Wieży Zegarowej. Grelier widział przez okna prawie dwadzieścia kilometrów Drogi w obu kierunkach z umieszczonymi na niej niczym wymyślne ozdoby katedrami. Szczyty odległych iglic połyskiwały z nienaturalną wyrazistością przedmiotów w próżni, zmuszając wzrok do złudnego wierzenia, że są znacznie bliżej, niż były w rzeczywistości. Grelier przypomniał sobie, że niektóre iglice znajdują się niemal czterdzieści kilometrów za nimi. Dotarcie do miejsca bezpośrednio za Lady Morwenną zajmie im trzydzieści albo więcej godzin, większą część helijskiego dnia. A pewne katedry zostały tak daleko w tyle, że ich iglic nie było nawet widać.

Mansarda miała plan sześciokąta, w każdej ścianie znajdowało się wysokie pancerne okno. Płyty metalowych żaluzji były gotowe na polecenie Quaiche’a blokować światło płynące z każdego kierunku. Obecnie pokój był w pełni oświetlony; pasma światła i cienia padały na wszystko, co się w nim znajdowało. W pomieszczeniu ustawiono wiele luster na podestach, starannie dobierając linie widzenia i kąty odbić. Gdy Grelier wszedł, zobaczył swe własne porozbijane odbicie nadchodzące z tysiąca kierunków.

Umieścił trzcinkę w drewnianym stojaku przy drzwiach.

Prócz Greliera, w pokoju było dwóch ludzi. Quaiche jak zwykle półleżał w swoim medycznym fotelu. Był skurczoną, widmową postacią, wydającą się mniej materialną w pełnym świetle dnia niż w panującym w mansardzie mroku na wpół przymkniętych okiennic. Nosił zbyt wielkie czarne okulary, które podkreślały niezdrową bladość i chudość twarzy. Jego fotel gwarzył, od czasu do czasu wstrzykując w swego klienta porcję lekarstw. Większość obrzydliwych medycznych urządzeń wepchnięto pod fioletowy koc, który przykrywał spoczywającą postać Quaiche’a aż do klatki piersiowej. Od czasu do czasu jednak coś pulsowało w rurkach zasilających umieszczonych w przedramionach lub podstawie czaszki: coś chemicznie zielonego lub elektrycznie niebieskiego, coś, czego nie można było pomylić z krwią. Quaiche nie wyglądał na człowieka mającego się dobrze. Pozory w tym wypadku nie myliły.

Grelier przypomniał sobie jednak, że Quaiche wyglądał tak od dziesięcioleci. Był bardzo starym człowiekiem, wypróbowywał aż do granic możliwości dostępne terapie przedłużające życie. Ale śmierć wydawała się zawsze nieco poza jego zasięgiem — jakby umieranie było progiem, którego nie miał siły przekroczyć.

Grelier pomyślał, że kiedy służyli pod dowództwem Jasminy na pokładzie „Gnostycznego Wniebowstąpienia”, obaj byli mniej więcej w tym samym wieku fizjologicznym. Teraz Quaiche był człowiekiem znacznie starszym, gdyż żył przez całe ostatnie sto dwanaście lat czasu planetarnego. Grelier, przeciwnie, doświadczył tylko trzydziestu lat. Układ był dosyć prosty, z wielkimi korzyściami, jeśli chodzi o Greliera.

— Nie bardzo cię lubię — powiedział mu Quaiche wtedy na pokładzie „Gnostycznego Wniebowstąpienia”. — Jeśli to nie jest jeszcze oczywiste.

— Sądzę, że do mnie dotarło — odparł Grelier.

— Ale cię potrzebuję. Jesteś dla mnie użyteczny. Nie chcę tutaj umierać. Nie w tej chwili.

— A co z Jasminą?

— Jestem pewien, że coś wymyślisz. Mimo wszystko ona polega na tobie w sprawie swoich klonów.

Było to wkrótce po wyratowaniu Quaiche’a z mostu na Heli. Natychmiast po otrzymaniu danych o tej konstrukcji Jasmina zawróciła „Gnostyczne Wniebowstąpienie” i poleciała nim do 107 układu Piscium, wchodząc na orbitę wokół Heli.

Na powierzchni nie było więcej pułapek: późniejsze badanie wykazało, że Quaiche uruchomił jedynych trzech wartowników na całym księżycu, którzy zostali tam umieszczeni i zapomniani przynajmniej sto lat przedtem przez skazanego obecnie na zapomnienie odkrywcę mostu.

Była to prawda, jednak nie całkowita. Istniał jeszcze jeden wartownik, ale jedynie Quaiche o nim wiedział.

Oszołomiony tym, co zobaczył, i ogłuszony tym, co mu się przytrafiło — jego cudownym wyratowaniem, połączonym nie — rozdzielnie ze stratą Morwenny — Quaiche zwariował. Przynajmniej taki był pogląd Greliera i w ciągu ostatnich stu dwunastu lat nic nie zmieniło tej opinii. Biorąc pod uwagę to, co zaszło, i obecność we krwi Quaiche’a wirusa zmieniającego percepcję, Grelier uważał, że Quaiche i tak tanio się wywinął — miał jedynie łagodną formę szaleństwa. Nadal w jakimś sensie pojmował rzeczywistość, nadal rozumiał — i wspaniale tym manipulował — wszystko, co zachodziło wokół niego. Szaleństwo przejawiało się jedynie w tym, że widział świat przez pryzmat pobożności. Sam siebie uświęcił.

Na poziomie racjonalnego myślenia Quaiche wiedział, że jego wiara ma coś wspólnego z wirusem we krwi. Wiedział jednak także, że został wyratowany dzięki prawdziwie cudownemu wydarzeniu. Dane telemetryczne z „Dominy” świadczyły o tym jasno: jego sygnał wzywający pomoc został przechwycony jedynie dlatego, że na ułamek sekundy Haldora przestała istnieć. W odpowiedzi na ten sygnał „Domina” pomknęła ku Heli, zdesperowana, by go ocalić, zanim skończy mu się powietrze.

Statek jedynie wypełniał swój obowiązek, pędząc maksymalnym ciągiem, by dotrzeć jak najszybciej na Helę. Ograniczenia przyśpieszenia zostały zignorowane. Ale tępa inteligencja statkowego umysłu zaniedbała obecność Morwenny.

Kiedy Quaiche dostał się z powrotem na pokład, skafander ornamentowany nie odzywał się. Później, w desperacji — częścią umysłu już wiedział, że Morwenna nie żyje — przeciął gruby metal skafandra. Sięgnął dłońmi do wewnątrz i pieścił zmiażdżoną okropność, łkając, kiedy Morwenna przepływała mu przez palce.

Nawet jej metalowe części zostały pogięte.

Dlatego Quaiche przeżył, ale okropnym kosztem. Jego wybór w tym momencie wyglądał dość prosto. Mógł znaleźć sposób na odrzucenie swojej wiary, jakąś terapię, która usunęłaby z jego krwi wszelkie ślady wirusa. Później musiałby znaleźć jakieś racjonalne świeckie wyjaśnienie tego, co mu się przydarzyło. I musiałby zaakceptować, że chociaż został ocalony przez coś, co wyglądało na cud, Morwenna — jedyna kobieta, którą naprawdę kochał — odeszła na zawsze, by on mógł żyć.