Выбрать главу

Przeszedł rok, potem drugi. Okrążyli całą Helę, wykorzystując łaziki do wycięcia prymitywnego szlaku. Z każdym okrążeniem szlak stawał się coraz wyraźniejszy. Zrobili wycieczki na północ i południe, odwiedzając miejsca, gdzie znaleziono największe skupiska reliktów czmychaczy. Tutaj kopali i drążyli tunele, zbierając dalsze kawałki łamigłówki, a potem wracali na równik, by rozmyślać nad tym, co znaleźli.

Wreszcie pewnego dnia, w drugim czy trzecim roku pobytu, Quaiche zdał sobie sprawę z czegoś istotnego: że musi być świadkiem następnego zniknięcia.

— Jeśli to się znowu wydarzy, muszę to widzieć — oznajmił Grelierowi.

— Ale jeśli to się znowu wydarzy, bez żadnej szczególnej przy czyny, będziesz wiedział, że to nie cud.

— Nie — oświadczył Quaiche z naciskiem. — Jeśli to się wydarzy powtórnie, będę wiedział, że Bóg chciał mi to z jakiegoś powodu pokazać, że chciał mieć pewność, że w moim umyśle nie zagnieździły się wątpliwości, czy taka rzecz już się wydarzyła.

Grelier postanowił podjąć grę.

— Ale dysponujesz pomiarami telemetrycznymi z „Dominy”. Potwierdzają, że Haldora zniknęła. Czy to ci nie wystarczy?

Quaiche odrzucił ten argument machnięciem ręki.

— To tylko liczby w rejestrach elektronicznych. Nie widziałem tego na własne oczy. A takie spojrzenie jest dla mnie ważne.

— Więc będziesz musiał wiecznie obserwować Haldorę. To znaczy, póki ona znowu nie zniknie — poprawił się pośpiesznie Grelier. — Ale na jak długo zniknęła ostatnim razem? Na mniej niż sekundę? Na mniej niż mrugnięcie okiem? A jeśli to przegapisz?

— Będę się starał nie przegapić.

— Przez pół roku nawet nie widzisz Haldory — zauważył Grelier, machając ręką nad głową. — Ona wschodzi i zachodzi.

— Tylko wtedy, jeśli nie jedziesz za nią. Kiedy postanowiliśmy okrążyć Haldorę, zajęło to nam niecałe trzy miesiące. Drugi raz okrążyliśmy ją w mniej niż dwa. Byłoby to jeszcze prostsze, gdybyśmy podróżowali powoli, trzymając się tempa Haldory. Wystarczyłaby jedna trzecia metra na sekundę. Utrzymuj to tempo, pozostawaj blisko równika, a Haldora zawsze będzie nad głową. Zmieniać się będzie tylko krajobraz.

Grelier w zadziwieniu pokręcił głową.

— Już to przemyślałeś.

— To nie było trudne. Sprzęgniemy razem łaziki, zrobimy ruchomą platformę obserwacyjną.

— A sen? A mruganie?

— Ty jesteś lekarzem — powiedział Quaiche. — Wymyśl coś.

I wymyślił. Sen można przygnać narkotykami i neurochirurgią połączoną z odrobiną dializy, by usunąć trucizny powstałe w wyniku zmęczenia. Zajął się również mruganiem.

— To doprawdy ironia losu — zauważył kiedyś Grelier. — Jas — mina groziła ci właśnie brakiem snu i niezmiennym oglądem rzeczywistości w skafandrze ornamentowanym. A jednak teraz witasz to z radością.

— Świat się zmienia — odparł Quaiche.

Od tej pory dla Greliera czas mijał w serii epizodycznych migawek, gdyż ożywiano go z zimnego snu jedynie wtedy, gdy Quaiche go potrzebował. Teraz, kiedy stał na wieży, wspominał pierwsze wolne okrążanie planety w równym tempie z Haldorą i łaziki spięte razem niczym tratwa. Rok czy dwa lata później przybył statek Ultrasów zwabionych słabym błyskiem energii z umierającego „Gnostycznego Wniebowstąpienia”. Zatrzymali swój statek w rozsądnej odległości i wysłali na dół emisariuszy w takich pojazdach, że mogli sobie pozwolić na ich utratę. Quaiche sprzedał im relikty czmychaczy, w zamian dostał pojazdy i części zamienne.

Dekadę czy dwie później przybył następny statek. Ultrasi byli równie chętni do handlu. Relikty czmychaczy okazały się rynkowym przebojem. Tym razem jednak pragnęli zaoferować coś więcej niż części zamienne: przywieźli ze sobą spaczy, emigrantów z jakiejś kolonii, o której Quaiche i Grelier nigdy nie słyszeli. Zagadka Heli — pogłoski o cudzie — sprawiła, że przebyli całe lata świetlne.

Quaiche miał swoich pierwszych uczniów. Przybyły dalsze tysiące, później dziesiątki tysięcy, potem setki tysięcy. Dla Ultrasów Hela stała się teraz dochodowym przystankiem na szlaku międzygwiezdnego handlu. Światy centrum, stare miejsca wymiany, były teraz poza zasięgiem, dotknięte zarazą i wojną, a być może jeszcze czymś gorszym. Na Helę docierało teraz bardzo mało statków i przywoziły straszliwe opowieści o wściekłych mechanicznych rzeczach, które wynurzyły się z przestrzeni międzygwiezdnej i rozrywały światy, pożerały życie organiczne, ale same nie były bardziej żywe niż zegary czy planetaria. Ci, którzy teraz przybywali na Helę, nie tylko chcieli być świadkami cudownych zniknięć, ale wierzyli, że zbliża się koniec ich czasów i Hela jest miejscem ostatecznej pielgrzymki.

Ultrasi przywozili ich swoimi statkami i udawali, że nie interesują się lokalną sytuacją poza jej bezpośrednimi aspektami komercyjnymi. W przypadku niektórych była to z pewnością prawda, ale Grelier dobrze znał Ultrasów i był pewien, że ostatnio widział coś w ich oczach — trwogę, która nie miała nic wspólnego z rozmiarami ich dochodów, a była związana z ich własnym i przeżyciami. Przypuszczał, że też widzieli różne rzeczy, może widma kryjące się na krawędzi ludzkiego kosmosu. Przez lata musieli je odrzucać jako wymysły podróżników, ale teraz, kiedy wiadomości z kolonii centrowych przestały nadchodzić, zaczynali się nad tym zastanawiać.

Na Heli było teraz wielu Ultrasów. Zgodnie z umowami handlowymi, ich światłowcom nie pozwalano przybliżać się ani do Haldory, ani jej zamieszkanego księżyca. Zbierali się w roju parkującym na krawędzi układu i wysyłali na Helę małe promy. Reprezentanci kościołów sprawdzali promy i pilnowali, żeby nie przewoziły sprzętu zapisującego lub skanującego nakierowanego na Haldorę. Taką umowę można było z łatwością obejść, ale Ultrasi wykazywali zadziwiające zdyscyplinowanie. Chcieli grać w tę grę, ponieważ chcieli handlować.

Kiedy Grelier przybył na mansardę, Quaiche kończył omawiać sprawy z jakimś Ultrasem.

— Dziękuje, kapitanie, że poświęcił mi pan czas — powiedział. Blade widmo jego głosu wznosiło się szarymi spiralami z fotela podtrzymywania życia.

— Przykro mi, że nie mogliśmy dojść do porozumienia — odparł Ultras — ale rozumie pan, że bezpieczeństwo statku musi być moim głównym priorytetem. Wszyscy jesteśmy świadomi, co stało się z „Gnostycznym Wniebowstąpieniem”.

Quaiche rozłożył swoje cienkie palce w geście ubolewania.

— Straszna sprawa. Miałem szczęście, że przeżyłem.

— Też tak uważamy.

Fotel przechylił się ku Grelierowi.

— Naczelny medyku Grelier… czy mogę panu przedstawić kapitana Basquiata ze światłowca „Narzeczona Wiatru”?

Grelier uprzejmie skłonił się nowemu gościowi Quaiche’a. Ultras nie był tak osobliwy, jak niektórzy spotykani przez Greliera, ale nadal był dziwny i niepokojący, jeśli by zastosować standardy linii podstawowej. Był bardzo cienki i pozbawiony koloru jak jakiś zasuszony, wybielony przez pogodę owad, ale postawiony prosto w krwistoczerwonej szkieletowej podporze, ozdobionej srebrnymi liliami. Ultrasowi towarzyszyła bardzo wielka ćma: wachlowała skrzydłami jego twarz.

— Cała przyjemność po mojej stronie — powiedział Grelier i postawił na ziemi sprzęt medyczny z napełnionymi krwią strzykawkami. — Mam nadzieję, że dobrze się pan bawił na Heli.

— Nasza wizyta była owocna, naczelny medyku. Nie mogliśmy spełnić ostatnich życzeń dziekana Quaiche’a, ale poza tym chyba obie strony są zadowolone z jej przebiegu.

— A inny szczegół, który omawialiśmy? — spytał Quaiche.

— Zgony w kasetach zimnego snu? Tak, mieliśmy ze trzydzieści przypadków śmierci mózgu. W lepszych czasach moglibyśmy przywrócić strukturę neuralną, stosując właściwą interwencję medszynową, jednak nie teraz.